Dominik Czubek o swoich wzlotach i upadkach: Nie można być miękkim

- Najwięcej śmiechu było zawsze wtedy, kiedy nowi koledzy w drużynie po kilku dniach, a nawet tygodniach orientowali się, że Czubek to moje nazwisko, a nie pseudonim wynikający z zachowania - mówi Sport.pl 36-letni Dominik Czubek, ostatni pruszkowski koszykarz pamiętający mistrzowskie lata.
Czubek, mierzący ledwie 174 cm wzrostu zadziorny gracz o wielkim sercu, kilkanaście dni temu zdobył dla pierwszoligowego Znicza Basket Pruszków aż 31 punktów w wygranym na wyjeździe meczu w Radomiu, a potem rzucił 16 i miał 11 asyst w zwycięskim spotkaniu z Sudetami Jelenia Góra. Jest w zadziwiająco dobrej formie.

Łukasz Cegliński: Od kilku lat obiecywałem sobie, że jak skończysz karierę, to zrobię z tobą długi wywiad o koszykówce, szczególnie tej z Pruszkowa. Ale skoro ciągle grasz, to robimy go teraz.

Dominik Czubek: Gram tak długo, że nie wyobrażam sobie, co będzie, jak przestanę. Nawet się tego boję... Kiedyś sobie powiedziałem, że będę grał, dopóki ktoś będzie chciał, żebym ja grał, dopóki będę się czuł na siłach i dopóki będę wiedział, że się nie kompromituję. Uważam, że na razie jest nieźle, a w tym sezonie to nawet jestem zaskoczony, że idzie mi tak dobrze.

Pod koniec października Tyrice Walker napisał ci na Facebooku, żebyś wziął się do roboty.

- No i skorzystałem z tej miłej rady. Z tych dobrych pruszkowskich czasów zostało nas właściwie dwóch z Leszkiem Karwowskim, którzy jeszcze grają i obaj dajemy radę. I chyba będzie tak dalej, dopóki zdrowie pozwoli. Z każdym sezonem coraz bardziej czuję każdy trening i każdy mecz, coraz trudniej mi odpalić maszynerię, żeby zacząć biegać. Na szczęście jest jeszcze serce, które ją napędza.

I to jak! Te 31 punktów w Radomiu sprzed kilkunastu dni zdobyte przez prawie 37-letniego zawodnika, zrobiły wrażenie.

- Zrobiły, ale akurat tak się mecz ułożył. Miałem szczęście, bo było dużo fauli i aż 12 razy rzucałem wolne. Trafiłem wszystkie, co trudne nie było, bo przecież rzuty wolne są łatwe i powinno się je trafiać z jak najwyższą skutecznością. Rzuty z gry też mi wpadały, a grałem długo, bo mieliśmy w drużynie i urazy, i faule. Spędziłem na boisku prawie 40 minut, co też jest zaskakujące, ale nie czułem się bardzo zmęczony. Myślę, że szybko taki mecz już mi się nie powtórzy.

Pamiętasz swój punktowy rekord?

- Tak, kiedyś w trzecioligowych rezerwach MKS MOS rzuciłem w Giżycku chyba 64 punkty. Ale to też był wyjątkowy mecz, bo pojechaliśmy na niego w pięciu, z czego tylko jak i Piotrek Trociński byliśmy doświadczeni, a resztą była młodzież. Wiadomo było, że przegramy i przegraliśmy, ale ja rzuciłem gdzieś 80 proc. punktów drużyny. Pamiętam, że w Giżycku grał wówczas znany z Polonii Piotrek Wiktorowski.

A rekordy z młodzieżowych drużyn MKS MOS? Miałeś okazję grać akurat w niezłym roczniku.

- Mi to jakoś zdobywanie punktów nigdy nie sprawiało problemu - niejednokrotnie rzucałem po 40 czy więcej. Byliśmy ciekawą drużyną, a w której rzucanie było często na mojej głowie.

Mieliście w juniorach dwóch liderów - Michała Woźniaka i ciebie. O Woźniaku mówiło się, że jest tytanem pracy, o tobie, że masz dużo talentu, ale na treningach czasami cię nie ma.

- Może jak byłem młodszy, jak byłem juniorem, czy kadetem, to mogło się zdarzać, że nie przyłożyłem się do treningu. Ale jakiś licznych absencji nie pamiętam, bo ja koszykówką żyłem i żyję do dziś. Mogłem nie wychodzić z sali, choć takim pracoholikiem jak Michał nie byłem. Miałem może trochę więcej szczęścia niż on.

Trenowałem w tym samym klubie, co ty, w jednym z młodszych roczników. I pamiętam, że budziłeś w nas postrach - byłeś takim małym zabijaką, z długimi blond lokami, niewyparzoną gębą, którą pyskowałeś zawodnikom, trenerom i sędziom. Czubka można się było bać.

- Mam swój charakter, nigdy nikomu nie ustępowałem, nigdy niczego się nie bałem. Zdarzało się, że dostawałem po buzi, ale nie było sytuacji, że się cofałem. Taki się urodziłem, tak dorosłem. Byłem pyskaty, nieuprzejmy i dużo na boisku gadałem, ale sprowadził mnie w końcu na ziemię pan Chmiel [Alojzy, nieżyjący już wieloletni przewodniczący Wydziału Gier i Dyscypliny PZKosz], który po transferze do Białegostoku zawiesił mnie na starcie sezonu na pięć meczów. To mnie wiele nauczyło, od tamtej pory liczba fauli technicznych za dyskusję w moim wykonaniu zdecydowanie się zmniejszyła.

Za co dostałeś takie zawieszenie?

- Za całokształt mojej gry w Zgierzu, gdzie przez cały sezon gromadziłem faule techniczne i dyskwalifikacje.

A pamiętasz, jak na początku lat 90., po porażce w Olsztynie zdjąłeś spodenki i wypiąłeś tyłek w kierunku publiczności?

- Obecny prezes Znicza Mirosław Krysztofik przypomina mi to regularnie... W Olsztynie przegraliśmy mecz juniorów, nasza drużyna była sfrustrowana porażką, publiczność była dla nas bardzo niemiła, no i zsunąłem trochę spodenki... Na pewno nie wypiąłem się na cały świat, pokazałem tylko fragment pośladków. Błędy młodości.

Odczuwałeś, że masz szczególnie przechlapane u kibiców w innych miastach, ze względu na nazwisko?

- Trochę tak, bo moje nazwisko ułatwia sprawę tym, którzy chcą komuś dociąć. Przyzwyczaiłem się. Najwięcej śmiechu było zawsze wtedy, kiedy nowi koledzy w drużynie po kilku dniach, a nawet tygodniach orientowali się, że Czubek to moje nazwisko, a nie pseudonim wynikający z zachowania.

Byłeś juniorem, kiedy MKS MOS Pruszków awansował do ekstraklasy. To była dla was chyba najlepsza motywacja do treningu, do walki. Jak wspominasz lata, w których walczyłeś o miejsce w składzie zespołu ekstraklasy?

- Cały czas wierzyłem, że jestem w stanie grać w pierwszym zespole. Najpierw była to drużyna na awans, potem na utrzymanie, w końcu na mistrzostwo, na grę o medale. Wychodziło, jak wychodziło - zaczynałem od pojedynczych meczów. Popełniłem chyba jednak istotny błąd, bo miałem propozycję z AZS Toruń, ale jej nie przyjąłem - gdybym odszedł, to grałbym więcej i może stałbym się lepszym zawodnikiem.

Pamiętasz swój debiut w ekstraklasie?

- Tak, bo to był mój jedyny występ w sezonie 1994/95, kiedy zdobywaliśmy mistrzostwo. Kontuzję miał Keith Williams, graliśmy w Poznaniu. Wygraliśmy wyraźnie, chyba różnicą 30 punktów.

Dokładnie 100:69.

- Właśnie. Trzy dni wcześniej był inny mecz i doszło do tego elementu rywalizacji z Michałem Woźniakiem, o którym wspomniałeś. Wtedy to on zadebiutował, w meczu we Wrocławiu rzucił trzy punkty. W następnym meczu postawiono na mnie, a ja rzuciłem chyba...

Sześć. W tym setne punkty. Krzysztof Żolik, wówczas drugi trener drużyny, mówił przed tamtym meczem: "Liczymy na Czubka, bo jest twardy i bezczelny. Nie będzie miał kłopotów z przeprowadzeniem piłki".

- Zawsze tak o mnie mówili. Pierwszy był chyba trener Jacek Gembal, który mawiał, że być może ja się rzeczywiście czegoś jeszcze w koszykówce nauczę, ale i tak mam już coś, czego nie mają inni - jakbym stanął koło Michaela Jordana, to grałbym z nim tak samo, jak z kolegą z juniorów. Cóż, ja rzeczywiście nie czułem strachu. Wiedziałem, co potrafię, na co mnie stać. Wychodzę na boisko i gram z takimi samymi ludźmi. Jasne, nie raz i nie dwa zdarzało się, że ktoś mnie ograł, że zostałem wyraźnie pokonany. Ale to część sportu. Zawsze trzeba próbować dawać sobie radę, nie można być miękkim.

Niski wzrost zwykle traktuje się jako problem, ale może czasem te 174 cm były dla ciebie atutem?

- Pewnie, że chciałem być wyższy - byłoby mi łatwiej, bo w ekstraklasie ciężko było mi momentami coś zwojować. Długo liczyłem, że jeszcze urosnę, bo 174 cm miałem już wieku 16 lat, ale ni cholery nie chciało pójść w górę. Później już tylko tyłem. Ale poważnie - niski wzrost bywał atutem, bo czasem ktoś mnie lekceważył, czasem okazywałem się sprytniejszy.

W sezonie 1995/96 w drużynie było przez moment trzech Amerykanów, a jednym z nich był rozgrywający Gary Waites. Kiedyś pobiliście się na treningu.

- Ja miałem niejedną bójkę... Raz mnie bili, raz ja biłem, nawet w drużynie. Z Waitesem było akurat tak, że jemu też w drużynie nie szło, miał kłopoty z kontuzjami, nie grał najlepiej. Na treningu doszło do sytuacji spornej, był tam jakiś faul, chyba mój. Waites do mnie przyskoczył, zaatakował i chyba myślał, że położę uszy po sobie i będę przepraszał.

Podobno to ty go pobiłeś?

- No, tak mówią... Gary'ego usunięto po tej akcji z drużyny, po kilku dniach i rozmowach z prezesem Januszem Wierzbowskim wrócił, przed całą drużyną przeprosił za swoje zachowanie i dodał, że ze mną porozmawia jeszcze osobiście, żeby wszystko wyjaśnić. Ale nigdy tego nie zrobił, szkoda.

Kto był twoim największym rywalem na boisku, z kim najbardziej rywalizowałeś o miejsce w składzie? Czułeś się kiedyś pokrzywdzony, że ty nie grasz, a grają obcokrajowcy?

- Nie, tak nigdy nie myślałem. W latach 90. obcokrajowcy przyjeżdżali po to, żeby grać i wtedy byli to naprawdę dobrzy zawodnicy. Mogliśmy się od nich uczyć. Ja nigdy nie uważałem, że jestem od nich lepszy. Uważałem tylko, że mogłem dać zmianę, coś do drużyny wnieść. Jedyny prawdziwy żal wynikający z tego, że przegrywałem rywalizację o miejsce w składzie nie czując się gorszym od kolegi, miał miejsce za czasów trenera Michalisa Kiritsisa, który stawiał na Łukasza Jagodę. Trener Kiritsis od początku był do mnie nastawiony negatywnie i nigdy nie dał mi szansy. Traktował mnie jak kogoś narzuconego drużynie, a mi było przykro. Nie uważam, że Łukasz kiedykolwiek był lepszym zawodnikiem ode mnie. Szczególnie, że byłem wtedy w dużo lepszej formie fizycznej niż teraz.

Od jakiego zawodnika najwięcej się nauczyłeś?

- Było kilku, którzy mieli olbrzymie umiejętności. Na pewno duży wpływ na mój charakter wywarł Marek Sobczyński. U niego nie było łatwo, traktował mnie tak, jak kiedyś traktowano młodych zawodników - nie raz i nie dwa dostałem od niego łokciem czy jakiś inny cios. Nazywał mnie "taboret" i wymagał różnych rzeczy. Dostałem od niego solidną lekcję koszykarskiego życia, ale też umiejętności, bo to był zawodnik klasowy. Ale się nie litował, co było ważne. Teraz, w ostatnich latach, zdarzało mi się usłyszeć uwagę od trenera, żebym nie zachowywał się ostro w stosunku do młodszych graczy, żebym ich oszczędzał. Ja jednak uważam, że młodzież powinna uczyć się charakteru od starszych. Marek był pierwszym, który wywarł na mnie taki duży wpływ. Później wrażenie robili Amerykanie, z których wręcz kosmiczny był Jeff Massey. Dużo także nauczyłem się od Andrzeja Sinielnikowa, z którym grałem w Legii - gdyby miał trochę inny charakter, to byłby jednym z najlepszych graczy w historii ligi. Rozgrywający z doskonałym przeglądem sytuacji, mający oryginalną wizję budowania akcji. Same pozytywy, ale trudny charakter.

Niektórzy trenerzy mówią jednak, że rozgrywający powinien mieć trudny charakter. Powinien mieć własne zdanie, narzucać innym rozwiązania.

- Tak, rozgrywający powinien być generałem, wodzem. Teraz to się zmienia, bo trenerzy coraz częściej decydują z ławki, jak ma wyglądać akcja. Wcześniej dowodził rozgrywający, on kierował drużyną i kreował jej grę i myślę, że właśnie w latach 90. Sinielnikow był idealnym przykładem kogoś, kto to robi. Bo on po prostu zawsze wiedział, co zrobić.

Jakich miałeś idoli jak zaczynałeś grać w koszykówkę?

- Pamiętam tych, którzy wówczas grali w Pruszkowie. Jacka Rybczyńskiego, Tomka Kwasiborskiego, a wcześniej Irka Kasprzaka. Oni grali nam pod nosem, my ich obserwowaliśmy. Ale żaden z nich nie wywarł aż takiego wpływu na moją grę - bardziej wywarła go młodzieżowa drużyna, w której grałem. No i trenerzy, ci pierwsi: najpierw uczył nas Jacek Gembal, ale potem, w najistotniejszym dla mojego rozwoju okresie, przejął nas Krzysztof Podgórski. Grałem, rzucałem, biegałem - wtedy koszykówka wciągnęła mnie naprawdę. Potem trenerzy zmieniali się szybko i ostatnio nawet próbowałem ich policzyć - było ich ponad dwudziestu w różnych klubach, z czego Gembal prowadził mnie trzy lub cztery razy.

Mówiąc "grałem, rzucałem, biegałem" idealnie streściłeś tzw. pruszkowski styl gry. Dużo kontr, dużo rzutów z dystansu i agresywna obrona na całym boisku.

- Tak, drużyny z Pruszkowa tak grały. Teraz mówi się, że jak dziesięciolatek pójdzie do piłkarskiej szkółki Barcelony, to będzie uczył się grać takim systemem, jakim gra pierwszy zespół. U nas było podobnie - począwszy od seniorów wszystkie młodsze grupy broniły pressingiem na całym boisku, rzucały z dystansu, szukały wejść pod kosz. Ale jeśli w ciągu kilkunastu lat mieliśmy tylko Huberta Białczewskiego, który miał wyraźnie ponad dwa metry, jeśli w większości roczników najwyżsi mieli po 196 cm wzrostu, to jak mieliśmy grać? Biegaliśmy, rzucaliśmy i tak w kółko.

Pomówmy o chyba twoim najbardziej pamiętnym meczu - pierwsze spotkanie 1/8 finału Pucharu Koracza na wyjeździe z Meysusporem Kayseri. Styczeń, 1997 roku - Massey ma kontuzję, w składzie jest Dominik Czubek.

- Jeff nie wrócił do Pruszkowa po świętach i u trenera Wojciecha Krajewskiego zadebiutowałem na początku stycznia w lidze. W Kayseri szło nam super, wygrywaliśmy chyba 20 punktami, ale nagle coś się zacięło i rywale zaczęli nas gonić. Gospodarze się zbliżyli, a trener Krajewski, o którym niektórzy mówią, że nie ma tak wielkich umiejętności trenerskich, jak ma nosa i farta, powiedział: - Wchodzisz! Wszedłem i zrobiłem to, co robiłem przez całą karierę - rzuciłem punkty, podałem.

Trafiłeś dwa wolne, a także dwie trójki. Potem koledzy śmiali się, że poszło ci tak dobrze dlatego, że w hotelu w Kayseri mieszkałeś w pokoju z Tyrice'em Walkerem.

- Tak rzeczywiście było, można różne rzeczy przypisywać takim sytuacjom. Te moje rzuty mogły nie wpaść, mogło się to wszystko inaczej ułożyć, ale się udało. Tylko później znów miałem niedosyt, bo wrócił Jeff, a ja nie tyle, że zacząłem grać mniej, tylko z powrotem usiadłem na ławce. Ale to był najfajniejszy okres mojej kariery, ta druga połowa lat 90. w Pruszkowie.

W 1999 roku zdecydowałeś się wreszcie odejść - do Polpharmy Starogard.

- W Pruszkowie podpisałem trzyletni kontrakt - w pierwszym sezonie rozegrałem 15 meczów, w drugim, 1995/96, grałem więcej, ale potem, po przyjściu Krajewskiego, cofnąłem się. I tak ciągle, falami. Zmieniali się trenerzy, zmieniała się moja rola w drużynie. W końcu zdecydowałem, że trzeba coś zmienić, bo z czasem w zespole graczy z Pruszkowa zaczęto traktować gorzej niż tych, którzy przyjeżdżają z Polski i zarabiają więcej. Zdecydowałem się odejść do Polpharmy, skąd dostałem propozycję dobrą i sportowo, i finansowo, ale skończyło się to nienajlepiej - przeszedłem cały okres przygotowawczy, ale dwa tygodnie przed ligą trener Tadeusz Huciński znienacka zaprosił mnie do gabinetu i powiedział, że klub rezygnuje z moich usług. W lidze w Polpharmie nie zagrałem, ratując sezon przypadkiem trafiłem do Zgierza. To był trudny okres, byłem mocno sfrustrowany. Myślałem, że będę kończył karierę. Podobnie było zresztą w sezonie z Kiritsisem, o którym już wspominałem.

Po Zgierzu był Białystok.

- I to była super odmiana. Białegostoku wcześniej nie znałem, a są tam fajni ludzie i wówczas, kiedy ja tam grałem, był fajny klimat do koszykówki. Fajne były też wyniki, choć w finale z Notecią Inowrocław przegraliśmy dwa pierwsze mecze u siebie, wygraliśmy dwa na wyjeździe i, w decydującym spotkaniu, znów przegraliśmy u siebie. Do awansu zabrakło jednego zwycięstwa, ale to był bardzo udany dla mnie sezon. Powinienem tam zostać, ale pojawiła się propozycja powrotu do Pruszkowa. Zawsze ciągnie na własne śmieci, a ja myślałem, że dostanę szansę od trenera Kiritsisa, który chciał budować waleczną drużynę i we wstępnej rozmowie cieszył się z mojego przyjścia. Co się potem zmieniło - nie wiem.

Potem grałeś jeszcze w Legii Warszawa, gdzie skorzystałeś na rozpadzie drużyny.

- Za ten moment muszę podziękować trenerowi Gembalowi, który wyciągnął mnie za uszy z grania w trzeciej lidze z juniorami MKS MOS. Ja wówczas już normalnie pracowałem, a koszykówkę traktowałem jako zabawę. Ale trener zadzwonił z propozycją i pomyślałem, że jeszcze spróbuję. To pozwoliło mi wrócić do poważniejszego grania, choć myślę, że i tak bym wrócił w momencie, kiedy po upadku ekstraklasowej drużyny w Pruszkowie Mirosław Krysztofik zaczął odbudowywać klub od podstaw. Ale tamten powrót zdecydowanie zawdzięczam trenerowi Gembalowi i Legii.

Całą seniorską karierę obserwowałeś wzrost, a potem upadek ekstraklasowej koszykówki w Pruszkowie. Dlaczego ona upadła?

- Bo zaniedbano to, dzięki czemu ją zbudowano - wychowywanie młodzieży. Postawiono na pieniądze, na kupowanie koszykarzy i na nic więcej. Szkolenie zaniedbano. Działaczy, prezesa Janusza Wierzbowskiego, przestało interesować to, czy młodzież będzie do drużyny napływała, bo byli przekonani, że zawsze będą pieniądze i zawsze będzie można kogoś kupić. Rzeczywistość okazała się inna i gdyby nie prezes Krysztofik i ludzie, z którymi dźwignął klub jako Znicz Basket, to możliwe, że poważniejszej koszykówki w Pruszkowie nie byłoby do teraz.

A jak jest teraz? Od kilku lat gracie z lepszym lub gorszym skutkiem w I lidze. Zmieniają się trenerzy, zmienia się coś jeszcze?

- Ważne jest to, że przez wszystkie lata, które tu ostatnio jestem, może raz zdarzyło się, że dostałem pensję z minimalnym opóźnieniem. To bardzo istotne dla każdego zawodnika - młodego, starszego, miejscowego, z rodziną czy bez. Wiemy, że dostaniemy to, co nam obiecano, że mamy stabilną sytuację. W miarę możliwości mamy zapewnione wszystko to, czego nam trzeba, jeśli chodzi np. o opiekę lekarską. A na boisku zauważyłem, że w ciągu ostatnich lat w drużynie poprawia się atmosfera. Myślę, że w tym sezonie widać to na boisku, gdzie się bijemy, walczymy i niedostatki kadrowe nadrabiamy charakterem. Tu jest też duża rola trenera Michała Spychały, który - mimo, że jest moim rówieśnikiem i byłym kolegą z boiska - w mojej umownej hierarchii trenerów zawędrował wysoko. Ma pojęcie o tym, co robi, angażuje się w drużynę, daje nam impuls i dobrze nas motywuje. To także dzięki niemu w tym sezonie mamy takie wyniki.

Jak patrzysz na młodych chłopaków trenujących w Pruszkowie, to widzisz nowych Czubków czy Woźniaków, którzy nie tyle wyróżniają się umiejętnościami, co charakterem?

- Właśnie z tym charakterem jest największy problem. Chłopaki mają teraz większe możliwości znalezienia miejsca do gry, technicznie mogą się rozwijać lepiej. Ja nie zawsze miałem dostęp do piłki i do kosza - oni mają, ale nie mają tego charakteru. Może wynika to z dostępności i możliwości technicznych? Komputery, konsole, kanały telewizyjne dają tyle atrakcji, że młodzież nie ma dużej ochoty na wysiłek fizyczny i angażowanie się w sport całym sobą. To jej największy minus.

"Dominik Czubek - legenda, która nigdy nie ma końca" - taką flagę zrobili dla ciebie kibice Znicza.

- To szalenie miłe. Tak miłe, że aż wzruszające. Nie uważam jednak, żebym zasłużył na coś takiego - moje zaangażowanie dla drużyny jest wielkie, ale tak jest zawsze w każdej drużynie. Nawet tej amatorskiej z kolegami. Daję z siebie wszystko na miarę swoich możliwości.

A myślisz o tym, ile będziesz jeszcze grał?

- Niedawno za cel stawiałem sobie to, żeby mój syn świadomie obejrzał mnie jak gram. On ma już cztery lata, już mnie widział. Ale w lipcu urodziła mi się córka i teraz muszę się jej pokazać. Będę grał, dopóki zdrowie pozwoli. Kilka lat temu bywało tak, że jak wstawałem w nocy do dziecka, to się niemal przewracałem, a lekarz stwierdzał zwyrodnienie stawów skokowych. Teraz, w tym sezonie, czuję się rewelacyjnie. Nic mnie nie boli.