I chleba, i igrzysk. Czego brakuje w warszawskim sporcie?

Czego środowisko sportowe oczekuje od samorządowców? Głównie rozsądnego podziału dotacji i wsparcia przy wynajmowaniu obiektów.


Jest jedna rzecz, której sportowa Warszawa potrzebuje na pewno - to nowoczesna, pojemna hala. Torwar, zaprzeczenie nowoczesności, ze swoimi 4,8 tys. krzesełek jest na 13. miejscu w Polsce. Hale budują miasta i duże, i małe, Warszawa pozostaje jedyną europejską stolicą bez porządnego obiektu. Ale czy to się zmieni w najbliższych latach? Urzędująca prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz nie wspomniała nawet o hali w programie wyborczym na lata 2014-20.

Czego jeszcze brakuje? Zależy komu. Kilkaset klubów działa na różną skalę - są szkolne, młodzieżowe, ligowe, dla amatorów, dla wyczynowców. Każdy z nich ma swoje kłopoty i oczekiwania.

Jakub Lipczik, wiceprezes lacrosse'owego Gromu

Chcielibyśmy prosić władze miasta o przychylność i czas na wysłuchanie nas. Gdy urzędnicy słyszą, że jesteśmy sportem niszowym, jesteśmy od razu skreślani. Kiedyś odmówiono nam wynajęcia boiska, argumentując, że "nie gracie w piłkę".

Trenujemy dwa razy w tygodniu na orlikach na Białołęce i na Pradze, których władze samorządowe nas lubią i są nam przychylne. Ale to wyjątki. Gdybyśmy chcieli zorganizować trzeci trening, byłby problem. Taki jak ze znalezieniem pełnowymiarowej hali na treningi zimowe - zarządcy boją się, że zniszczymy ją kijami, ale my przecież praktycznie nie dotykamy nimi podłogi. Halę wynajmujemy po znajomości.

Nie staramy się o dotacje od miasta, nie mamy na to czasu. Ledwo starcza nam go na załatwienie bieżących spraw i szukanie sponsorów.

Co mogłyby zrobić dla nas władze? W tym roku wspieraliśmy projekt budowy boiska wielofunkcyjnego na Ursynowie, które mogłoby powstać w ramach budżetu partycypacyjnego. Projekt nie przeszedł, ale w Warszawie jest oprócz nas kilka drużyn z różnych, np. amerykańskich, dyscyplin sportu, które z takiego boiska mogłyby korzystać.

Błażej Maresz, prezes kolarskiego WKK, przewodniczący Komisji Dialogu Społecznego ds. Sportu

System finansowania sportu w Warszawie stał się w miarę czytelny, ale można go jeszcze bardziej uprościć. Kluby wiedzą, jakiej się spodziewać kwoty w konkretnej dyscyplinie, i mogą sobie skalkulować budżet na następny rok, ale ten system ma też wady. Normalną rzeczą przy finansowaniu innych organizacji są konkursy wieloletnie, ale stołeczne biuro sportu przekazuje dotacje tylko na jeden rok, a do tego o pieniądze można się starać tylko raz w roku, podczas gdy firmy mogą z dnia na dzień otrzymać fundusze dzięki zamówieniom prywatnym.

Poza tym nagradzana jest głównie liczba zawodników w klubach, a w mniejszym stopniu wyniki. W założeniach na rok 2014 85 proc. kwoty otrzymywało się za liczbę zawodników, a tylko 15 proc. za osiągnięcia. Należałoby to wypośrodkować.

Formalności też powinny być bardziej uproszczone. Czasami jeden mały błąd na formularzu powoduje, że dostajemy okrojone środki lub nie dostajemy ich wcale. Co mają powiedzieć kluby takie jak Spójnia czy Gwardia, które mają po stu czy dwustu zawodników i jeśli popełnią błąd na formularzu, to nie otrzymają dotacji? Patrzy się nie na wyniki, ale na to, czy dobrze się wypełnia papierki.

Kolejnym problemem jest niedofinansowanie Warszawskiej Olimpiady Młodzieży. Te zawody powoli upadają, kluby nie mają okazji się ze sobą sprawdzić, nie mają szans wypromować swoich zawodników, muszą wyjeżdżać poza Warszawę na inne zawody. Z kolei spore dofinansowanie otrzymują duże imprezy masowe, na przykład Maraton Warszawski czy kolarski Memoriał Królaka, a one moim zdaniem powinny się same finansować. Te pieniądze powinny zostać przekazane na oddolne inicjatywy skierowane dla młodzieży, na przykład wtorki lekkoatletyczne, środy biegowe czy czwartki kolarskie.

Robert Mucha, członek Towarzystwa Narciarskiego Biegówki

Ze współpracy z władzami samorządowymi jesteśmy zadowoleni, choć ze względu na specyfikę biegówek mamy trudności z pozyskaniem pieniędzy z budżetu miasta. Sezon mamy zimą, a konkursy miasto ogłasza właśnie w grudniu. Wyniki znamy w styczniu, a umowy podpisywane są w lutym. To może dobrze działa w innych dyscyplinach sportu, ale my nie możemy z tych pieniędzy skorzystać. Dobrze by było, gdyby te konkursy były rozpisywane co pół roku lub co kwartał. Musimy radzić sobie inaczej, korzystamy z małych grantów, które jednak mają limit. Jedna organizacja pozarządowa może otrzymać od miasta maksymalnie 10 tys. zł w ciągu roku. Wykorzystujemy prawie całą tę kwotę w Wesołej, gdzie prowadzimy szkolenia.

Co jeszcze może zrobić miasto lub władze dzielnicy? Nad Wisłą działa zimą trasa narciarska, którą finansuje Zarząd Mienia. Instruktorzy są, sprzęt jest, władze Pragi-Północ i Pragi-Południe mogą sfinansować zajęcia dla dzieci, młodzieży czy osób starszych, których nie stać na opłacenie lekcji. Jedną osobę można nauczyć biegać na nartach za 100 zł.

Jolanta Dolecka, prezes siatkarskiej Politechniki

Od wielu lat naszym największym problemem jest pozyskiwanie sponsorów. W Warszawie o to trudno, widać to było po klubach koszykarskich, które grały w ekstraklasie, ale padały, bo nie miały pieniędzy. Dlatego od dyrektora biura sportu oczekiwałabym pomocy w kwestii finansów - nie bezpośrednio w szukaniu sponsorów, ale w znalezieniu ścieżki, która pomogłaby dofinansowywać kluby z ekstraklasy. Wielokrotnie omawialiśmy różne możliwości, padały różne propozycje, czekamy na efekty.

Drugi nasz problem to wysokie stawki za wynajem obiektów. Większość klubów nie ma własnych, a korzystając z miejskich, musimy płacić duże kwoty. O wiele wyższe niż w innych miastach, gdzie zdarza się przecież, że hale - o wiele większe, ładniejsze, nowocześniejsze niż Arena Ursynów - udostępniane są klubom za symboliczną złotówkę. My za halę płacimy ponad 200 zł za godzinę, co przy dwóch treningach dziennie, meczach itd. generuje duże koszty.

Tomasz Wakulski, trener koszykarskiej Jagiellonki

Jednym z minusów w relacjach z miastem jest zapętlony przepływ części dotacji. Dostajemy z miasta pieniądze, które w dużej części musimy przeznaczyć na wynajem obiektów, czyli wpłacić je z powrotem do miejskiej kasy, tracąc przy okazji na rozliczeniach. Może zamiast dotacji, które wracają do miasta, urzędnicy mogliby zaproponować inny system?

Generalnie uważam, że miasto nie dba o sport młodzieżowy. Przedstawiciele dzielnic, urzędów nie pokazują się na szkolnych zawodach, mistrzostwach Warszawy. A pieniądze dają, bo muszą. Zresztą nawet ten wyczynowy, ligowy, miasto traktuje politycznie - pomaga tam, gdzie się to opłaca, można powiedzieć, że "kupuje" wyborców.

Kamil Majewski, prezes łyżwiarskiej Korony Wilanów

Najważniejsze powinno być mądre rozdzielanie pieniędzy. Jeszcze niedawno było tak, że dyscypliny były podzielone na koszyki. Łyżwiarze dostawali więcej pieniędzy ze względu na droższe obiekty sportowe. Piłkarze dostawali mniej, ale przecież większość szkółek trenuje na darmowych orlikach, odpadają wówczas koszta wynajmu hali czy sprzętu. Tymczasem dziś wszyscy są wrzuceni do jednego worka. Kolarze, wioślarze, piłkarze czy siatkarze - wszyscy otrzymują pięć złotych za jedne zajęcia trenującego dziecka.

Niektórzy wykorzystują to w niedozwolony sposób. W tym roku okazało się, że kilka klubów miało bardzo zawyżone liczby zawodników - nawet dwukrotnie więcej niż stan faktyczny. Potrzebna jest weryfikacja.

Paradoksem jest też, że miasto finansuje się samo, dotując kluby, ale potem pobierając opłaty za wynajem obiektów. A przy okazji zapomina, że kluby potrzebują ubezpieczyć zawodników, kupić sprzęt sportowy i stroje.

Jedne dyscypliny są w stanie poradzić sobie bez miejskich dotacji - drugie nie mają szans bez nich istnieć. Dlatego między sportowcami a urzędnikami potrzebny jest dialog.

Maciej Wandzel, współwłaściciel piłkarskiej Legii

Dla nas najważniejszą sprawą jest otwarcie dialogu z miastem na temat współpracy biznesowej. My nie chcemy od miasta pomocy, my chcemy stworzyć ramy współpracy marketingowej, reklamowej i przy organizacji akcji społecznych, która przyniosłaby zyski obu stronom. Legia to potężna marka, a Warszawa jest jedynym dużym miastem, które nie próbuje tego komercyjnie wykorzystać, nie reklamuje się poprzez klub.

Inna ważna rzecz to uzyskanie pomocy przy rozwoju infrastruktury służącej do szkolenia młodzieży. Nasza akademia i projekty z nią związane rozwijają się prężnie, ale wszystkie grupy młodzieżowe trenują na jednym boisku. Zajęcia odbywają się od 8 do 20, a jednorazowo na boisku przebywa aż 100 osób. Czego oczekiwalibyśmy od miasta? Oddania nam w długoletnią dzierżawę terenów między stadionem i ul. Czerniakowską, gdzie moglibyśmy wybudować kilka boisk dla młodzieży.

Tomasz Porzeziński, trener Warszawianki

Dobrze by było, gdyby silniej promowano sport seniorski. Uważam, że to szansa na popularyzację nie tylko dla piłki ręcznej, lecz także dla pozostałych dyscyplin. Skorzystaliby nie tylko sportowcy, lecz także samo miasto. Poza tym, powyższe działania mogłyby uzupełniać lepszą promocję aktywności fizycznej wśród najmłodszych mieszkańców stolicy. To byłaby doskonała okazja, aby znaleźć sportowe talenty wśród młodzieży.

Marzy nam się także hala sportowa, na której mogłyby być rozgrywane mecze w ramach takich imprez jak np. mistrzostwa Europy. Niestety, obecnie w stolicy nie ma takiego obiektu. Mamy jednak nadzieję, że się to zmieni i będziemy mogli uczestniczyć w wydarzeniach sportowych na najwyższym poziomie.