Sport.pl

Stolica znów polubiła siatkówkę

Na mecze Politechniki brakuje biletów, ale drużyna nie przeniesie się na Torwar, bo klub ledwo wiąże koniec z końcem
W sobotę przed meczem ze Skrą Bełchatów przed ursynowską halą Arena ustawił się kilkudziesięciometrowy wężyk chętnych, by zobaczyć w akcji największe gwiazdy światowej siatkówki, m.in. Mariusza Wlazłego, Dawida Murka, Stephana Antigę, Miguela Falascę. Większość kibiców odeszła jednak z kwitkiem, bo kilka tysięcy biletów rozeszło się w mgnieniu oka.

W hali nie było wolnego miejsca. Specjalnie na to spotkanie klub wypożyczył dodatkowe trybuny, ale kibice, by się pomieścić, i tak musieli stanąć za boiskiem.

Organizatorzy policzyli, że mecz obejrzały ponad 3 tys. osób. To rekord ostatnich lat, wcześniej siatkówka zupełnie nie interesowała mieszkańców stolicy. Nawet kiedy na Torwarze, w największej warszawskiej hali, grała reprezentacja Polski bądź rozgrywano finałowy turniej o Puchar Polski.

- Nie wiem, jak to wytłumaczyć, że wszędzie panuje moda na siatkówkę, tylko nie w Warszawie - zastanawia się Jolanta Dolecka, prezes Politechniki. - Mam nadzieję, że spotkanie ze Skrą zada kłam tej tezie.

Siatkarze, którzy przegrali z czterokrotnym z rzędu mistrzem Polski dopiero w piątym secie (do 13), byli zachwyceni. - Po raz pierwszy czuliśmy się jak u siebie - opowiada trener Politechniki Krzysztof Kowalczyk. - Wpływ na to miała nie tylko frekwencja, ale również dodatkowe trybuny, które zamknęły boisko. Czuliśmy oddech fanów, a to mobilizuje. Chłopakom grało się świetnie.

Trener Kowalczyk marzy o tym, by jego zespół rozgrywał mecze na Torwarze. Ale licząc koszty, od razu wątpi w ten pomysł. - Wypożyczenie hali na jeden dzień to wydatek 15 tys. zł. Dodatkowo należałoby trenować tam przynajmniej raz w tygodniu. Nie stać nas na to.

Politechnika ma najskromniejszy budżet w lidze - 1,8 mln zł. Gdyby nie długo namawiani do współpracy sponsorzy - J.W. Construction oraz OSRAM - klub w ogóle nie przystąpiłby do rozgrywek.

- Torwar raczej odpada - dodaje Dolecka. - Nie stać nas na organizację meczów w tej hali. Poza tym nie mam pewności, czy udałoby nam się ściągnąć na trybuny aż pięć tysięcy widzów. Nie wiem też, czy dalibyśmy radę organizacyjnie. Zarówno dla mnie, jak i mojego zastępcy, siatkówka to tylko dodatek do zawodowej pracy. Wszystko spada na nasze barki, a prowadzenie klubu w najwyższej lidze nie jest łatwe. Idąc jednak naprzeciw oczekiwaniom i kibiców, i siatkarzy, myślimy o wypożyczeniu dodatkowych trybun na kolejne spotkania albo o kupnie ich na własność. Na meczu ze Skrą zaproponowałam to burmistrzowi Ursynowa Tomaszowi Męcinie. Ma nad tym pomyśleć.

W sobotę Politechnika znów zagra we własnej hali, tym razem z wicemistrzem Polski z Częstochowy. Część kibiców kupiła wejściówki już podczas meczu ze Skrą. Kosztują 35 i 25 zł. Dla klubu nie oznacza to jednak dodatkowych wpływów. Dolecka: - Im więcej ludzi, tym więcej ochrony, jeszcze większe koszty. Nie stać nas, by dokładać do organizacji spotkań, bo ledwie udaje się nam zapiąć budżet.

Mimo że Politechnika inaczej niż w poprzednich sezonach nie gra już o utrzymanie, lecz plasuje się w środku tabeli, chętnych na jej sponsorowanie wciąż jest niewielu. Zdaniem prezes w Warszawie, jeśli ktoś chce wspomóc sport, wybiera piłkę nożną.

- A nasi siatkarze wyróżniają się przecież w lidze - dodaje Kowalczyk. - Zdobywamy punkty w meczach z najlepszymi, kilku moich graczy jest w czołówce statystyk indywidualnych.

- Co z tego? - macha ręką jeden z warszawskich siatkarzy. - W Polsce komfort pracy mają tylko kluby, które dostają grubą kasę od spółek skarbu państwa. Ale i tak niejednym jeszcze odbierzemy punkty.