Sport.pl

Sierant utrzymał lidera dla słabej Legii

Legia Warszawa - ŁKS Łódź 1:0. W meczu z ŁKS legionistów wyręczył łodzianin Robert Sierant, który w ostatnich sekundach wbił piłkę do własnej bramki. Za tydzień w Krakowie ekipa Jana Urbana może nie mieć tyle szczęścia.
Ekstraklasa.tv: Fatalny kiks Sieranta w końcówce »

Gdy do rzutu rożnego podchodził Maciej Iwański, mijała trzecia minuta doliczonego czasu gry. W polu karnym najwyżej wyskoczył Roger, ale nie sięgnął piłki. Ta odbiła się jednak od głowy stojącego obok Sieranta i wpadła do bramki. Zwycięstwo w dramatycznych okolicznościach pozwoliło Legii nie tylko utrzymać prowadzenie w tabeli, ale też odskoczyć na dwa punkty Wiśle Kraków, która w piątek tylko zremisowała z Piastem w Gliwicach, i już na trzy punkty Lechowi, który w Poznaniu nie potrafił rozstrzygnąć spotkania z Ruchem Chorzów.

Ale już w najbliższą niedzielę przed Legią najważniejszy sprawdzian sezonu. Jeśli wygra w Krakowie, droga do mistrzostwa powinna być już łatwa, remis - przy stracie punktów Lecha - też pozwoli zachować najlepszą pozycję w tabeli i nadzieje. Tyle że forma zespołu z Warszawy wcale nie stawia go w roli faworyta. - Legia musi poprawić grę, jeśli chce wygrać w Krakowie - ocenił po meczu stoper ŁKS Tomasz Hajto. Te słowa można potraktować jak eufemizm, bo w sobotę Legia, choć przeważała, zagrała bardzo słabo i mogła przegrać.

Hajto: zabrakło nam minuty, żeby urwać punkty Legii


Legia po raz kolejny musiała radzić sobie z rywalem, który czekał na ataki na własnej połowie. Gospodarze grali zbyt szybko, bardzo niedokładnie. Często tracili piłkę, wymieniając podania w środku pola. Oprócz piłki stracili również Jakuba Rzeźniczaka, który zobaczył czwartą żółtą kartkę i w Krakowie nie zagra.

Pierwszy raz w tym sezonie Maciej Iwański zaczął mecz na ławce rezerwowych. - Brakuje mu błysku, którym decyduje się o wyniku. To efekt zmęczenia - tłumaczył Jan Urban. Jego brak był jednak widoczny, dopiero gdy wszedł na boisko w drugiej połowie, Legia zyskała drugi oddech. W Krakowie Iwański będzie musiał wyjść od początku, bo z taką liczbą strat jak w pierwszej połowie Legia nie ma szans nawet na remis.

ŁKS nie tylko skutecznie rozbijał ataki gospodarzy, ale też groźnie kontratakował. Mało brakowało, a już w pierwszej połowie mogło być 1:0 dla gości, gdy Tomasz Ostalczyk, który zadebiutował w tym sezonie w podstawowym składzie ŁKS, oszukał obronę Legii i strzelił prosto w Jana Muchę. W drugiej połowie byłych kolegów mógł pogrążyć wypożyczony z Legii do ŁKS Marcin Smoliński, ale nie trafił w bramkę. Legia miała więcej okazji, ale regularnie je marnowała. Takesure Chinyama, który w Gliwicach potrafił zdobyć gola prawie z zerowego kąta, tym razem nie trafiał z kilku metrów.