Sport.pl

Marcin Mięciel: Na razie formę mam wakacyjną

- Pewnie mógłbym zrobić większą karierę za granicą, gdybym miał więcej szczęścia i przede wszystkim gdybym wyjechał wcześniej. Piłkarzowi z polską mentalnością jest trudno na Zachodzie - mówi nowy piłkarz Legii
Kontrakt ze swoim byłym klubem Marcim Mięciel podpisał w poniedziałek. Umowa będzie obowiązywała przez następny sezon, a po rozegraniu określonej liczby spotkań zostanie automatycznie przedłużona na kolejny.

Mięciel grał w Legii w latach 1994-2001 z półroczną przerwą w 1995 r., gdy występował w ŁKS. Po odejściu z Legii grał w Borussii Mönchengladbach, Iraklisie Saloniki, PAOK Saloniki i Vfl Bochum. W sobotę za porozumieniem stron rozwiązał obowiązującą jeszcze rok umowę z niemieckim klubem. Mięciel ma rywalizować o miejsce w ataku z Takesure Chinyamą, który przeszedł w zeszłym tygodniu operację kolana.

Rozmowa z nowym napastnikiem Legii Marcinem Mięcielem.

Kuba Dybalski: Dlaczego wraca pan do Legii?

Marcin Mięciel: Ustaliliśmy z żoną, że już czas wrócić. Córka idzie do polskiej szkoły, a ja za rok czy dwa mógłbym już nie dostać z Legii tak dobrej oferty i musiałbym tułać się w innych klubach. Dlatego uznałem, że to właściwy moment.

W grudniu kończy pan 34 lata. Długo jeszcze będzie pan grać w piłkę?

- Czuję się bardzo dobrze. Z powodzeniem mogę grać jeszcze dwa-trzy lata. Kiedyś patrzyłem na starszych kolegów i myślałem, że będę grał do trzydziestki. Teraz mam 33 lata i ciągle gram, choć wielu z tych, z którymi występowałem, już pokończyło kariery.

A co pan chciałby robić po zawieszeniu butów na kołku? Podobno jednym z elementów kontraktu będzie praca w Legii po zakończeniu kariery.

- Nie mogę mówić o szczegółach umowy. Ale już od dawna myślałem o trenowaniu młodzieży. Czy to w klubie, czy we własnej szkółce.

Rozmowy z Legią miały skończyć się w piątek, kontrakt został podpisany dopiero w poniedziałek.

- Negocjacje trochę trwały. trzeba było rozwiązać kontrakt z Bochum. Ja zresztą niedawno wróciłem z wakacji a rozmawiał głównie mój menedżer.

Z Vfl Bochum miał pan jeszcze roczny kontrakt.

- Miałem przyrzeczenie od władz klubu, że nie będą mi robić żadnych problemów, i wszystko poszło gładko.

Wiele razy mówił pan, że jeśli wróci do Polski, to tylko do Legii. Ale nie tylko tu pana chcieli.

- Miałem też oferty z Grecji i Cypru.

W ostatnim sezonie w PAOK Saloniki strzelił pan 14 bramek w lidze i ścigał się z Rivaldo o koronę króla strzelców. Czego zabrakło, żeby pokonać Brazylijczyka?

- Na pewno nie mieliśmy takiej ekipy jak Olympiakos. Poza tym byłem wyznaczony do strzelania rzutów karnych, a przez cały sezon nie mieliśmy żadnego karnego. Wszystkie gole strzeliłem wtedy z akcji. Mimo wszystko byłem z tego sezonu bardzo zadowolony. Jeśli chodzi o osiągnięcia indywidualne, bo zespół nie awansował do europejskich pucharów.

Po YouTube krąży film z pana golem strzelonym dla PAOK przewrotką. Goli w ten sposób strzelał pan sporo. Skąd zamiłowanie do przewrotek?

- To się wzięło z czasów, gdy byłem jeszcze młodym chłopakiem, a w Realu grał Hugo Sanchez. On w prawie każdym meczu próbował przewrotek i często strzelał gola. Próbowałem na podwórku robić to co on. Teraz to jest dla mnie po prostu zwykły strzał. Jeden ze sposobów na zdobycie gola. Ale dla kibiców to coś fajnego, niezwykłego.

Po powrocie do Niemiec już nie było tak dobrze. Czemu strzelił pan dla Bochum w Bundeslidze tylko sześć goli?

- Rzadko wychodziłem w pierwszym składzie. Jeśli zaczynałem od początku, to w co drugim meczu strzelałem gola. W Bochum był Stanislav Sestak, który miał pewne miejsce w składzie, a oprócz niego było kilku napastników, którzy grali, gdy byli w formie. Jeśli zdarzył się komuś słabszy występ, to zastępował go inny. W sumie wszyscy zagraliśmy mniej więcej tyle samo meczów.

Po ośmiu latach wraca pan do kraju. Jest pan zadowolony z zagranicznej kariery?

- Pewnie mógłbym zrobić większą, gdybym miał więcej szczęścia i przede wszystkim gdybym wyjechał wcześniej. Piłkarzowi z polską mentalnością jest trudno na Zachodzie. Tam podejście do treningów, zaangażowanie i walka na boisku jest zupełnie inne i jak polski piłkarz się z tym zderza, to może mieć problem.

Tak samo jest w Grecji i Niemczech?

- Przede wszystkim w Niemczech. Do Grecji pojechałem, mając za sobą grę w Mönchengladbach, więc było mi łatwiej. Ale piłkarz z nazwiskiem w Polsce w Niemczech jest jednym z wielu. Okazuje się, że każdy potrafi grać na poziomie, jest rywalizacja. Polak w Niemczech musi pokonywać różne bariery, nawet Artur Wichniarek ostatnio o tym wspominał.

Pan też twierdzi, że Polak w Niemczech musi być dwa razy lepszy od Niemca, żeby grać?

- To każdy wie. Artur Wichniarek strzela tyle goli, że powinien kosztować miliony i gdyby był Brazylijczykiem, pewnie by tak było. Ja przyszedłem do Borussii Mönchengladbach z dużym apetytem na grę. Strzeliłem sporo bramek w okresie przygotowawczym, a w pierwszym meczu sezonu usiadłem na ławce, w drugim też. Potem trudno się przełamać. W końcu wszedłem, strzeliłem gola, myślałem, że już wygrałem rywalizację, ale nie. Znów wróciłem na ławkę. To duży przeskok. Jeśli jedziesz do klubu, w którym kogoś znasz, jest dużo łatwiej.

W Legii pan kogoś zna?

- Z dawnych czasów znam tylko Wojtka Szalę i Tomka Kiełbowicza. Pozostali to nowe twarze.

Nie martwi pana, że trener Urban wystawia zwykle tylko jednego napastnika? W poprzednim sezonie to był Takesure Chinyama, który został królem strzelców.

- Rywalizacja jest wszędzie. Teraz gramy jednym, ale trener może postawić w pewnym momencie na dwóch czy nawet trzech. Wszystko zależy od formy.

Stać Legię na odebranie Wiśle tytułu mistrza Polski?

- Pewnie. Wisła ma mocny skład, podobnie Lech. Ale Legia jest naprawdę dobrym zespołem ze sporym potencjałem. Ma bardzo dobrych zawodników i jeśli przygotujemy formę, to jak najbardziej.

A jak z pana formą? Zagra pan we wtorkowym sparingu ze Zniczem?

- Forma na razie jest wakacyjna, ale postaram się to jak najszybciej nadrobić. Trener zdecyduje, czy zagram ze Zniczem, ale wydaje mi się, że to jednak byłoby za wcześnie.