Sport.pl

Nieskuteczni do bólu

Niewykorzystanych okazji Legii w meczu z Broendby nie da się policzyć na palcach u obu rąk i nóg. Momentami zespół Jana Urbana grał równie porywająco co nieskutecznie. Zremisował 2:2 i pożegnał się z Ligą Europejską
Warszawianie powinni zapewnić sobie awans już po pierwszej połowie. Poza pierwszymi pięcioma minutami rozgrywali najlepszy mecz od miesięcy. Długo utrzymywali się przy piłce, atakowali - raz prawą, raz lewą stroną. Świetnie spisywał się Roger Guerreiro, który rządził i dzielił piłki w środku pola, doskonale podawał do przodu.

W 53. minucie doskonale wymienił piłkę z Marcinem Mięcielem i zagrał do napastnika, który został sfaulowany w polu karnym. Karnego wykonywał - tak jak w Kopenhadze - Maciej Iwański. Strzelił w prawy róg bramkarza, Andersen tam też pofrunął. Ale piłki nie sięgnął. Legia prowadziła 2:1 i była blisko awansu.

Duńczycy słaniali się na nogach od szóstej minuty, kiedy udało im się zaskoczyć zdenerwowanych na początku meczu legionistów. Strata piłki zakończyła się rzutem rożnym po którym padł gol dla Broendby. Od tej pory, przez godzinę, na boisku dominowała Legia. Stłamsiła rywali, szybko wyrównała - Giza po dośrodkowaniu Jakuba Rzeźniczaka.

Akcje warszawian były urozmaicone. Mieli przewagę jak Broendby w pierwszym meczu. Dla sytuacji z 34. minuty wytłumaczenia nie znalazł nikt. Mięciel, Giza, Szałachowski i znowu Giza strzelali cztery razy, stojąc w polu bramkowym gości. Piłka odbijała się od bramkarza i obrońców, ale do siatki nie wpadła.

Legia stworzyła więcej okazji, niż czasem zdarzało jej się przez miesiąc w ekstraklasie. Poradziła sobie z pressingiem Duńczyków, odbierając im piłkę daleko od swojej bramki, jakby przeczuwając, że limit szczęścia we własnym polu karnym wykorzystali w pierwszym meczu.

Tuż przed przerwą z pola karnego strzelał Iwański. Trafił piłką w Maxa von Schlebruegge - kapitan Broendby padł znokautowany i zamroczony zszedł z boiska, nie czekając na przerwę. W drugiej połowie grał z opatrunkiem.

Mecz do złudzenia przypominał spotkanie sprzed tygodnia, tyle że w Kopenhadze cudów w bramce Legii dokonywał Jan Mucha. W czwartek w pierwszej połowie szczęście było przy bezradnych rywalach Legii.

W drugiej połowie nic się nie zmieniło. Rozstrzygnięcie nastąpiło szybko. Tyle że odmieniły się role. To legioniści pierwsi strzelili bramkę, a później - zamiast spokojnie punktować Duńczyków - pozwolili im zbliżyć się pod swoje karne i wywalczyć rzut rożny, po którym Madsen pozbawił drużynę Urbana złudzeń.

Legioniści zagrali bardzo dobry mecz, bohaterem mógł być właściwie każdy z nich. Bo każdy miał szanse - zabrakło koncentracji, szczęścia i trochę umiejętności. Zespół Urbana zagrał najbardziej emocjonujące spotkanie, odkąd nauczony trenerskiego fachu w Hiszpanii były reprezentant Polski prowadzi zespół.

Kiedy w 90. minucie Giza strzelił z ośmiu metrów w bramkarza, Urban ukrył głowę w dłoniach, jakby nie dowierzając temu, co zobaczył w tym spotkaniu. Legia odpada po emocjonującym i dobrym meczu - wolałaby awansować po słabej grze. Ale czasem szczęściu trzeba pomóc i do ambicji oraz starań dołożyć umiejętności. Tych ostatnich trochę warszawianom zabrakło.