Sport.pl

W obronie Piechniczka

Odpowiedź Michała Tomczaka na felieton Rafała Zarzyckiego ?Janie, nie podążaj tą drogą? z 15 września 2009 roku.
Nie ja jeden cenię sobie felietony Rafała Zarzyckiego pisane z pozycji kibica Legii i publikowane na stronie sportowej "Stołecznej". To są teksty bardzo niezależne i wskutek tego często odkrywcze.

Ale poglądy Zarzyckiego wyrażone w tekście z "Gazety" z wtorku 15 września 2009 r. są subiektywne w sposób przekraczający w moim przekonaniu bardzo rozległe granice osobistych odczuć dotyczących piłki nożnej.

W tekście tym reprezentacja Antoniego Piechniczka - prowadził on kadrę w latach 1980-86 - przedstawiona została jako poletko nepotyzmu, kumoterstwa i uprzedzeń trenera Piechniczka. Z tekstu wynika, że właściwie gdyby nie on, to bylibyśmy mistrzami świata.

Byłem w tamtym dziesięcioleciu dziennikarzem sportowym, między innymi byłem korespondentem z Meksyku. Poglądy na temat reprezentacji i pracy Piechniczka były - jak to zawsze w piłce bywa - różne, ale nigdy nie były takie, jak to przedstawił Zarzycki. Piechniczek był przez wszystkich postrzegany jako zawodowiec wysokiej klasy. Nigdy nikt nie zarzucał mu żadnego wchodzenia w układy. Owszem, miał swoje wybory, preferencje, miał i uprzedzenia. Tak jak Ferguson, Benitez i Hiddink.

Wszystko to są jednak tylko słowa. Zarzycki ma prawo uważać, że Kazik Buda (też go bardzo ceniłem, ale to był jednak piłkarz jednostronny) zbawiłby polską piłkę nożną. Spójrzmy jednak, co zrobił Piechniczek i co się stało po Piechniczku. Czy po jego odejściu cała ta zbawcza generacja piłkarzy wymarła? Przestała grać w piłkę nożną? Czy też złośliwie postanowiła zmarnować swoje talenty pod przywództwem innych trenerów reprezentacji (pracowali z kadrą po Piechniczku wszyscy najlepsi, z Łazarskim i Strejlauem na czele).

Oprócz słów jednak i bardzo prywatnych odczuć ważniejszy jest dwuznaczny efekt tego, co pisze Zarzycki. Piechniczek był ostatnim polskim trenerem reprezentacji, który odniósł wielkie sukcesy międzynarodowe. Nawet Meksyk, przeżywany wówczas w 1986 roku jako dojmujące upokorzenie, z obecnej perspektywy jawi się jako sukces. Polska strzeliła jedną bramkę, ale wyszła z grupy i zagrała wielki, choć pechowy mecz z Brazylią. Jak to się ma do osiągnięć Engela i Janasa, i to w czasach, gdy w mistrzostwach gra o połowę więcej drużyn? Ani w 2002, ani w 2006 roku Polska nawet nie przybliżyła się do wyjścia z grupy. Podobnie nie odniosła zbliżonego choćby sukcesu za kadencji Beenhakkera.

Nawiasem mówiąc, Piechniczek w każdym polskim klubie - nie było ich tak dużo - zmieniał szare na złote. A ja jako kibic Legii jednego tylko zawsze żałowałem - że nigdy nie był tu trenerem (choć spędził w Warszawie jako piłkarz kilka lat).

Sam Antoni Piechniczek, którego znam dobrze osobiście, więc, przyznaję, jestem subiektywny, nie jest taki szalony, by sobie wyłącznie przypisywać owe zasługi za zdobycie trzeciego miejsca na świecie i za dwa dobre awanse do mistrzostw. Po prostu polska piłka była lepsza. Ale w tym wszystkim Antoni Piechniczek w świetle jakichkolwiek obiektywnych kryteriów był trenerem wybitnym w kategoriach światowych. Był zawodowym autorytetem, człowiekiem sukcesu i osiągnięć, których przez ćwierć wieku po nim nikt nie powtórzył. Piechniczek miał charyzmę, autorytet, które potwierdzał jako trener na każdym kroku.

Pomijam świadomie kwestię kluczową, to jest - że argumenty merytoryczne Zarzyckiego uważam za nieprawdziwe. Czy nie szkoda lekkim piórem pozbawiać nas jednej z ostatnich, choćby historycznych jakości, jakie ma polska piłka nożna?