Grzelak i Iwański - piłkarze obrażeni

Bartłomiej Grzelak i Maciej Iwański, dwaj piłkarze Legii podczas meczu w Pucharze Polski z Ruchem Chorzów pokazali kibicom plecy i gest Kozakiewicza. Żądają wsparcia, choć od początku wiosny obaj rozczarowują.
W 66. minucie wtorkowego spotkania Bartłomiej Grzelak zdobył gola, który dał Legii dogrywkę. Grzelak pobiegł w stronę budowanej dopiero trybuny i zaczął się okazywać radość pustym miejscom, gdzie nie jeszcze niezamontowanych krzesełek. Kibicom pokazał plecy. W tym samym czasie Maciej Iwański, z którego podania padł gol, pokazał kibicom, w tym grupie dzieci, które z opiekunami przyszły na mecz, gest Kozakiewicza.

Wcześniej legioniści marnowali dobre okazje (chorzowianie zresztą też), grali słabo jak we wszystkich tegorocznych meczach. Często piłka zamiast pod nogą kolegi stojącego pięć metrów dalej lądowała na aucie, a dośrodkowania obijały trybuny. Reakcją były gwizdy i śmiech kibiców zasiadających na jedynej czynnej części stadionu. Legia wygrała 2:1, ale z Pucharu Polski odpadła. Zdecydował ten jeden gol strzelony przez Łukasza Janoszkę, po żałosnym błędzie obrońców Legii.

- Reakcja zarządu na pewno będzie. Porozmawiamy z Bartłomiejem Grzelakiem i Maciejem Iwańskim. Odsunięcie ich od składu osłabiłoby drużynę, dlatego w grę wchodzi kara finansowa, nawet do trzykrotności miesięcznej pensji - komentuje incydent członek zarządu Legii Jarosław Ostrowski. Przyznaje jednak, że na słabą grę trudno coś teraz poradzić. - Po starcie sezonu trudno o jakieś radykalne działania. Nie możemy pozbywać się piłkarzy w trakcie rundy. Ale nawet nam przez myśl nie przechodzi, że moglibyśmy nie zakwalifikować się do europejskich pucharów.

W klubie od ponad roku czynna jest tylko jedna trybuna. Pozostałe są budowane. Od prawie trzech lat widzowie nie dopingują Legii. Część z nich wyzywa właścicieli, bo ci po zadymie chuliganów podczas meczu Pucharu Intertoto z Vetrą Wilno w lipcu 2007 roku wydali wojnę kibolom. Wprowadzili zakazy stadionowe, zerwali współpracę z w znacznym stopniu odpowiedzialnym za wydarzenia na Litwie Stowarzyszeniem Kibiców Legii Warszawa (SKLW). Reszta publiczności nie dopinguje, bo należy do spokojnej części kibiców, boi się też chuliganów, którzy nad doping przedkładają ciszę lub wyzwiska pod adresem właścicieli. Zwolniony przed dwoma tygodniami trener Jan Urban często słabszą grę zespołu tłumaczył brakiem wsparcia ze strony kibiców. Po jednym ze swoich ostatnich meczów - z Odrą Wodzisław przegranym na Łazienkowskiej 0:1 - obarczył winą za porażkę właśnie publiczność.

W porównaniu z rundą jesienną wiosną atmosfera na Łazienkowskiej znacznie się zmieniła. Wyzwisk wobec właścicieli prawie nie ma, czy to z racji zmęczenia wrzeszczących, czy dlatego, że przestali na Legię przychodzić. Nie ma też obelg wobec piłkarzy. Na każdym meczu pojawiają się za to gwizdy, gdy zawodnicy zmarnują kolejną kontrę, śmiechy, gdy kolejny strzał mija bramkę rywala z daleka i pojedyncze okrzyki: "Iwański rusz się!", kiedy rozgrywający Legii akurat stoi, a wyrzucający piłkę z autu nie ma komu podać, co zdarza się nagminnie. Gwizdy niezaplanowane, niezorganizowane, będące reakcją na to, co dzieje się na boisku. Dopiero teraz piłkarze poczuli się urażeni. - Nigdy nie wymagaliśmy od nich jakichś reakcji czy manifestacji. Być może ta manifestacja spowodowana jest tym, że ich poziom frustracji sięgnął zenitu - zastanawia się Ostrowski.

Po meczu Grzelak tłumaczył, że chciał wstrząsnąć kibicami. - Każdy ma prawo, aby okazywać radość w określony sposób. Chciałem, aby to był impuls dla ludzi, którzy przychodzą na stadion. Potrzebujemy ich pomocy - mówił. Motywacja Iwańskiego jest nieznana, bo z "Gazetą" nie rozmawia.

Grzelak, który do Legii trafił trzy lata temu z Widzewa, konsekwencji się nie boi. - Nigdy nie byłem pupilkiem kibiców Legii. Zawsze wypominano mi skąd przyszedłem. Nawet po strzelanych golach słyszałem epitety pod własnym adresem. Nie sądzę aby cokolwiek uległo zmianie - twierdzi.

Napastnikowi w tym sezonie kończy się kontrakt i najprawdopodobniej nie zostanie przedłużony, a piłkarz wróci do Widzewa Łódź, który jedną nogą jest już w ekstraklasie.

Kolegów broni Tomasz Jarzębowski, rodowity warszawiak, który z Legią związał prawie całą karierę. - Chodziłem na mecze Legii od małego. Nigdy nie obraziłem swojego zawodnika, szanowałem każdego. Nie podoba mi się to obrażanie. Jestem z kolegami. I z Bartkiem, i z Maćkiem - powiedział po meczu.

W kwietniu ruszy kampania, która ma zachęcić kibiców do przyjścia na trzy nowe trybuny stadionu. Od lata czeka na nich 25 tys. miejsc. We wtorek o 14 na Łazienkowską przyszło 800 osób. Swoje zrobiła "niepiłkarska" pora rozgrywania spotkania i niski stosunek jakości gry piłkarzy Legii do ceny biletów. Legioniści wiosną wygrali tylko raz szczęśliwie 2:1 z Cracovią (3 celne strzały przez 90 minut). Poza tym przegrali z Odrą Wodzisław, Polonią Bytom, Ruchem w Chorzowie, zremisowali ze Śląskiem Wrocław. A za bilet zwykły kibic, któremu nie przysługują zniżki zapłacił od 55 do 110 zł. Obejrzał słaby mecz. - Zgadzam się, że taka jakość widowiska nie przyciągnie na stadion kibiców - przyznaje Ostrowski. Kilka dni temu w radiowym wywiadzie prezes Legii zapowiedział, że na letnie transfery Legia wyda ponad milion euro. - Już teraz rozmawiamy z piłkarzami, którzy mogą popisać kontrakt od 1 lipca. Latem wydamy ponad milion euro. Ale "ponad 1 milion euro" może oznaczać i 10 milionów. I tak to należy rozumieć - tłumaczy Ostrowski.