Piłkarz szczególnej troski

Choć Takesure Chinyama przeszedł już trzy operacje kolana, wciąż nie trenuje na pełnych obrotach. Maciej Skorża, jak przed nim Jan Urban, z utęsknieniem czeka na powrót napastnika do zdrowia. Urban się nie doczekał.
Za problemy napastnika z Zimbabwe "odpowiedzialny" jest Pancze Kumbev. Macedończyk ponad półtora roku temu podczas jednego z treningów starł się z kolegą, a ten naciągnął więzadło w kolanie. Dopiero teraz kontuzja wydaje się wyleczona. Przez ten czas Chinyama przeszedł trzy artroskopie w Polsce i za granicą, ostatni zabieg miał miejsce na początku grudnia. Usunięto przyczynę bólu w kolanie. Wiosną wszystko miało być w porządku.

W Legii na piłkarza chuchają i dmuchają. 11 stycznia zaczął treningi z zespołem, ale na wszelki wypadek od truchtania. Na Cyprze ćwiczył już na całego, zagrał nawet w dwóch sparingach, a Kryljom Sowietow strzelił gola. - W tej chwili nie bierzemy pod uwagę jego dyspozycji, jest ona daleka od optymalnej, ale najważniejsze, że zdrowotnie jest wszystko w porządku - mówił jeszcze kilka dni temu asystent Skorży Rafał Janas.

Ale przez ostatnie dni zgrupowania napastnik trenował lżej lub w ogóle. Jego kolano będące pod szczególną uwagą lekarzy wydawało się opuchnięte. - Z jego kolanem jest wszystko w porządku, ale pojawił się problem z mięśniem dwugłowym. Martwi mnie jego uraz. Przez to nie zrealizował wszystkiego, co sobie założyliśmy - powiedział na zakończenie zgrupowania trener Skorża.

Nic trwającej prawie dwa lata gehenny nie zapowiadało. Napastnik z Zimbabwe długo uchodził za okaz zdrowia. Co prawda gdy w sezonie 2006/07 trafił do Groclinu z Monomotoapy United, wykryto u niego wadę serca, ale gdy przebadano go ponownie w Legii, niczego złego nie znaleziono. W sezonie 2007/08 zagrał w lidze 28 meczów i strzelił 15 goli. W kolejnym trafił 19 razy w 26 meczach. - Mieliśmy uważać, żeby nie został wyeliminowany przez kartki, a wyeliminowaliśmy go sami - mówił żartem po feralnym treningu trener Jan Urban. Nie przeczuwał, jak poważne konsekwencje będzie miał ten uraz, tym bardziej że Chinyama w ostatnim w sezonie meczu z Ruchem wszedł na boisko na 15 minut, zdobył swoją 18. i 19. bramkę i został królem strzelców.

W sezonie 2008/09 drużyna walczyła o mistrzostwo Polski z Wisłą i Lechem do ostatnich kolejek, choć w ubogiej w napastników i przetrzebionej kontuzjami Legii przez całą wiosnę atak opierał się prawie wyłącznie na Chinyamie. Gdy po kilku pierwszych kolejkach poprzedniego sezonu okazało się, że kolano nie działa, tak jak trzeba, drużyna z Łazienkowskiej straciła żądło. Napastnika z Zimbabwe nie potrafili zastąpić chimeryczni, nieskuteczni i chorowici Marcin Mięciel i Bartłomiej Grzelak (łącznie 10 goli w lidze w poprzednim sezonie). Urban, zwolniony, po trzech kolejkach rundy wiosennej, tłumaczył problemy Legii w ofensywie głównie jego kontuzją.

A ani Urbanowi, ani kolejnym trenerom nie pomagali szefowie, którzy nie sprowadzili solidnego zastępcy dla Chinyamy. - Kontuzjowany napastnik cały czas jest piłkarzem Legii, któremu płacimy pensję. Nie możemy sprowadzić innego. Jeśli z czterech napastników Legii dwóch ma kontuzję, będzie grało dwóch zdrowych - mówił "Gazecie" w grudniu wiceprezes Leszek Miklas.

Rok temu podpisano kontrakt z Chińczykiem Dongiem Fangzhuo, ale płacona mu przez pół roku pensja to pieniądze wyrzucone w błoto, bo Chińczyk nie był przygotowany do gry. Ani Bruno Mezenga, ani Michał Kucharczyk, na których teraz opiera się atak Legii, nie są tak skuteczni.

Skorża robi, co może, by drużyna strzelała bramki. Ratuje go doskonała forma dośrodkowującego ze stałych fragmentów gry Tomasza Kiełbowicza. Ale w 15 meczach jego zespół strzelił zaledwie 19 goli, tyle, ile stracił. Najskuteczniejszy Ivica Vrdoljak trzy z czterech bramek zdobył z rzutów karnych i ledwo widzi plecy ligowych liderów klasyfikacji strzelców (Tomasz Frankowski i Andrzej Niedzielan trafili po osiem razy).

Zarówno dyrektor sportowy Marek Jóźwiak, jak i wiceprezes Miklas zapowiadali sprowadzenie zimą napastnika. Na razie go nie ma.