W co grają Zygmunt z Syrenką: Jak gwiazdy NBA grały w Hali Mirowskiej

Zanim piłkarze Kazimierza Górskiego czy siatkarze Huberta Wagnera stawali na podium światowych imprez, polscy koszykarze zdobywali medale mistrzostw Europy, grali w reprezentacji Starego Kontynentu, kumplowali się z Billem Russellem i dostawali zaproszenia z NBA. Nie wierzycie? To posłuchajcie warszawiaka Andrzeja Pstrokońskiego:
- W reprezentacji zadebiutowałem w 1956 r. w meczu z zespołem piekarzy z Seattle - pierwszymi amerykańskimi koszykarzami, którzy grali w Polsce. To była dobra drużyna, kupa ludzi przyszła oglądać ten mecz na Stadionie Dziesięciolecia. Miałem 20 lat, o wyjściu na boisko dowiedziałem się sekundy przed meczem, bo trener nie chciał mnie denerwować. Popchnął mnie i mówi: "Idź, graj!". No to zagrałem. Tak dobrze, że nazwano mnie od tego czasu "Dzieckiem Warszawy" i zostałem w reprezentacji na kilkanaście lat.

W 1964 r. kompletnie niespodziewanie dowiedzieliśmy się, że przyjeżdża do Polski drużyna złożona z gwiazd NBA. Zarząd koszykarskiego związku postanowił, że z naszej strony grały będą kluby i jako pierwsza idzie nasza Legia. No, w 1963 r. byliśmy mistrzami Polski, jest u nas kilku reprezentantów, ale NBA? Patrzymy na listę nazwisk, a tam Bob Cousy, sława koszykówki, wyjątkowy technik, choć gracz niewysoki; Bill Russell, czyli supergwiazda po chwilę obecną; Oscar Robertson - tak samo. Skąd ich znaliśmy? Przeważnie z filmów z amerykańskiej ambasady, które nasi trenerzy wypożyczali na potrzeby kursów, choć niektórych oglądaliśmy na turniejach w Europie. Przyjechali naprawdę najlepsi z NBA, a my to bidna Legia, która na europejskim poziomie gra, ale w rywalizacji klubów. No ale trudno, grać nam każą...

Na ostatnim treningu mówimy sobie: "Cholera, żeby się tylko nie skompromitować". Szał na punkcie biletów ogromny - zapotrzebowanie było takie jak dzisiaj na Euro w piłce nożnej. Tysiące chcą mecz zobaczyć, a Hala Mirowska nie jest za duża. Dzwonią znajomi, ale ja nie mogę nikogo wprowadzić, nawet własnej żony czy rodziców. Wchodząc do hali, widzę sytuację nieprawdopodobną - cisną się tłumy ludzi, których hamują liny i dwa kordony milicjantów na koniach. Na trybunach siadło ze cztery tysiące ludzi.

Wychodzimy na boisko i mówimy sobie: "No, chłopaki, idziemy w bój! Może nasz ostatni...". Mecz się zaczyna, wyrywam pierwszą piłkę - idę sam na kosz i myślę sobie: "No, k..., chociaż 2:0 dla nas będzie". Rzucam w pełnej szybkości, spadam za kosz, ale słyszę, że na hali cisza. Co się dzieje? Odwracam się, a tam to nam rzucają kosza! Okazało się, że Russell przytłamsił po moim rzucie piłkę do deski, w powietrzu ją zebrał, podał na drugą stronę - i Amerykanie zdobyli punkty. "O - mówię - to się nie da grać".

Tu dygresja: w 2009 r. byliśmy z Witkiem Zagórskim [w latach 60. trener kadry, odpowiednik Kazimierza Górskiego w koszykówce] na mistrzostwach Europy koszykarzy w Katowicach, gdzie FIBA zaprosiła graczy z NBA. Okazuje się, że są nimi Russell i Robertson. Spotykamy ich w salce VIP i choć pilnuje ich ochrona, przepychamy się łokciami, żeby pogadać. Zagórskiego, który kilka razy jeździł do USA, Russell poznał od razu. Ale jak przypomniałem mu o tej akcji z Hali Mirowskiej, to Russell tylko się zaśmiał i mówi do żony: Tak było, tak było! Robertson też nas pamiętał.

Do przerwy gramy równy mecz. W pierwszej połowie momentami nawet prowadzimy, a publiczność szaleje! Staramy się ich agresywnie kryć, wybijamy im piłki, zdobywamy punkty. Nie wiem, czy Amerykanie nas zlekceważyli. Ja zaczynam od pilnowania Cousy'ego, on pilnuje mnie, ale szybko rzucam dwa kosze, no i rywale zmieniają obrońcę - przejmuje mnie K.C. Jones, jeden z najlepszych wówczas obrońców NBA. Odczułem tę jego obronę!

Czy były w tym meczu wsady? Russell wbijał piłkę do kosza z góry, ale my nie byliśmy do tego przyzwyczajeni. Skakaliśmy wysoko, mogliśmy wsadzać bez problemu, ale europejskie przepisy wówczas takich zagrań zabraniały, a na dodatek groziły urwaniem obręczy i rozbiciem tablicy.

W przerwie jest remisowato, idziemy do szatni. Idziemy po betonowych trylinkach, bo wszędzie rozlana woda, brud, smród i ubóstwo. Szatnie z tektury - dla najlepszych zawodników świata! Siadamy w szatni zmęczeni, ale cholernie zadowoleni. Wołodźka - trener Maleszewski - nawet nie bardzo chce nam coś mówić. "Chłopaki, gracie tak, jak powinniście". Nagle słyszymy krzyk przez ścianę - to Red Auerbach, wówczas najlepszy trener w USA. "Wstyd mi przynosicie! Myśleliście, że w Warszawie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach? Tu się gra w koszykówkę! Ja się tu niedaleko urodziłem, w Siedlcach. Myślałem, że pokażę Polakom najlepszych graczy świata, a oni wam niemal dopieprzają". My to przez tekturowe ściany słyszeliśmy, a na dodatek przykładaliśmy do ściany szklanki. Dwie osoby u nas znały angielski, więc wiedzieliśmy, co mówią.

Trzymaliśmy się do 35. minuty. Wyniku nie pamiętam, wiem, że przewagę Amerykanie zrobili w samej końcówce, ale nie była większa niż 20 punktów. Graliśmy jedną piątką, zdechliśmy w końcówce, ale przegraliśmy najniżej w Polsce. Potem Amerykanie walili wszystkich po 50 punktów.

Spali w Grandzie, poszliśmy z nimi na kolację, no i się zaczęła zabawa do białego rana, prawie jak polskie rozmowy z kolesiami. Były dziewczyny i w ogóle... W Warszawie było wtedy tylko kilka nocnych knajp na poziomie europejskim: Grand, Bristol, gdzie urzędowaliśmy z Realem Madryt po meczach pucharowych, Kongresowa... Do tych knajp nie było łatwo się dostać, cieć wybierał sobie, kto może wejść. No ale my, koszykarze, wchodziliśmy jak do siebie do domu, z zaproszeniem. Piłkarze? Oni mieli inne miejsca pobytu, szli na ilość, a my na jakość. Siatkarze się wtedy nie liczyli. My byliśmy śmietanką Warszawy, wielu z nas interesowało się nie tylko sportem. O, proszę, miesiąc temu idę przez centrum Warszawy, a nagle ktoś się na mnie rzuca i całuje - poseł na sejm Andrzej Czuma. Trenowaliśmy razem w Legii, ale ostatni raz go widziałem, jak - jako młody opozycjonista i wróg systemu komunistycznego - wsiadał do pociągu i jechał wysadzać pomnik Lenina. Teraz sześć godzin przegadaliśmy.

Gdzieś koło drugiej w nocy przychodzi Tom Heinsohn z Boston Celtics i mówi do mnie i Janusza Wichowskiego: "Słuchajcie, wy obaj powinniście grać w NBA". No czemu nie? Wziął od nas adresy i telefony, i powiedział, że razem z chłopakami wytypowali nas i dadzą gwarancję klubom NBA, że my jesteśmy dobrymi kandydatami na dane pozycje. Wzięliśmy to jako żart, ale za miesiąc przychodzi paczka z książką Heinsohna z dedykacją dla mnie jako doskonałego koszykarza. No, trzeba powiedzieć, że wówczas byłem jednym z najlepszych graczy w Europie. Do reprezentacji Europy powoływali mnie zagraniczni trenerzy na mecze z np. Realem Madryt. Po trzech tygodniach przyszło do mnie pismo z zaproszeniem na wrzesień do USA - zainteresowane moją osobą są podobno dwa kluby. Miałem się stawić na badania lekarskie, testy itp. I co tu robić?

Trener Maleszewski dał mi zielone światło i przekonał do tego władze Legii. No ale kraj jest komunistyczny, a ja przecież mam mundur. Jadę do urzędu, dostaję się do jakiegoś pułkownika, przedstawiam pismo, mówię, że mam zgodę klubu, że mój wyjazd sprawi, że o polskich sukcesach może być głośno w USA. A ten pułkownik, chyba znał mnie z boiska, mówi tak: "Panie Andrzeju, sława to nie moja sprawa. Niech pan bierze to pismo, niech pan jedzie na Legię na trening, bo niedługo wam się liga zaczyna". No to odpisałem Heinsohnowi, że wyjazd z przyczyn formalnych jest niemożliwy, a ja z Polski uciekać nie będę. I tak się skończyła moja wycieczka do NBA.

Złote czasy pod koszem

Andrzej Pstrokoński urodził się 28 czerwca 1936 r. Na przełomie lat 50. i 60. był wyróżniającym się graczem w Europie, jest jednym z najlepszych w historii polskiej koszykówki. Tworzył złoty okres pod polskim koszem, grał w słynnej reprezentacji trenera Witolda Zagórskiego, która w 1963 r. zdobyła srebrny medal mistrzostw Europy we Wrocławiu, a na dwóch kolejnych turniejach - brązowe. Debiutował z Buchan's Bakers, czyli wspomnianymi piekarzami z Seattle - amerykański zespół 23 września 1956 r. wygrał na Stadionie Dziesięciolecia 57:44, a dwa dni później 59:53. W tym drugim, lepszym meczu Pstrokoński zdobył 13 punktów, a "Przegląd Sportowy" nazwał go w relacji "rewelacyjnie grającym" i "bojowym". Spotkania oglądało po 20 tys. ludzi.

W 1964 r. na dwa mecze przyjechała do Polski reprezentacja USA, ale w wystawianej na igrzyska drużynie nie mogli grać zawodowcy z NBA. 17 kwietnia przegrała w Łodzi z osłabioną reprezentacją Polski 73:82 - był to pierwszy oficjalny mecz tych państw. Pstrokoński odpoczywał po sezonie, grał krótko, punktu nie zdobył. Dzień później w warszawskiej Hali Gwardii (tak nazywano jedną z Hal Mirowskich) Amerykanie zwyciężają 64:58. W drużynie USA gra m.in. Larry Brown, późniejszy doskonały trener NBA. Na trybunach jest 4 tys. osób, Pstrokoński odpoczywa.

W maju do Polski przyleciały gwiazdy NBA, które dzięki swoim kontaktom w USA zapraszał m.in. Zagórski. Zespół nazywał się All Stars, grało w nim ośmiu graczy z NBA: Bill Russell, Oscar Robertson, Bob Cousy, Bob Pettit, Jerry Lucas, K.C. Jones, Tom Heinsohn i Tom Gola. Drużynę prowadził legendarny trener Red Auerbach, który urodził się w Nowym Jorku, a jego ojciec pochodził spod Mińska.

All Stars rozgrywają w Polsce pięć spotkań, z Legią wygrywają 96:76. 24 punkty rzuca Heinsohn, 18 - Pettit, 16 - Robertson, a 15 - Russell. Dla Legii punktują: Wichowski - 24, Jerzy Piskun - 22, Pstrokoński - 11, Tadeusz Suski - 10, Stanisław Olejniczak - 9. Dzień później Amerykanie pokonują w Hali Mirowskiej AZS AWF 94:58, a potem gromią Wisłę w Krakowie 117:70, Śląsk we Wrocławiu 110:68 i Wybrzeże w Gdańsku 117:71.

Jedyny taki Shaq »


Więcej o: