Ekstraklasa. Prezes Polonii Warszawa dla "Gazety": Nie chcemy być klubem zaściankowym

- Myślę o Lidze Mistrzów. Co to za satysfakcja z mistrzostwa Polski? Jeśli jeszcze zdobylibyśmy je byle jak, jak w tym roku Wisła? - mówi Józef Wojciechowski
Jak co pół roku prezes "Czarnych Koszul" jest na rynku najaktywniejszy. Tego lata Polonia kupiła bądź podpisała kontrakty na zasadzie wolnego transferu z szóstką piłkarzy: Marcinem Baszczyńskim, Grzegorzem Boninem, Danielem Sikorskim, Słowakiem Robertem Jeżem, Czechem Pavlem Szulteszem, Macedończykiem Aleksandarem Todorowskim. Z Empoli za 200 tys. euro został wykupiony wypożyczany dotychczas Adam Kokoszka.

Ale wbrew intencjom właściciela i trenera Jacka Zielińskiego Polonia poniosła też straty. Wobec propozycji nie do odrzucenia - 5,25 mln euro - musiała sprzedać Trabzonsporowi Adriana Mierzejewskiego. Na nowe warunki płacowe nie przystali Artur Sobiech i Euzebiusz Smolarek, więc pierwszy został również sprzedany, a drugi odesłany (na razie) do drużyny Młodej Ekstraklasy. Nie przedłużono kontraktu z hiszpańskim pomocnikiem Andreu.

Olgierd Kwiatkowski: Odczuwa pan satysfakcję, że sprzedał piłkarza za 5,25 mln euro?

Józef Wojciechowski: Straciliśmy bardzo dobrego piłkarza, więc trudno jednoznacznie mówić o satysfakcji. Patrzę na to raczej z perspektywy sukcesu samego Adriana, który wszedł na kolejny szczebel kariery. Oczywiście dzięki sprzedaży zyskaliśmy też środki na finansowanie i rozwój drużyny.

Polonia nie zdobyła mistrzostwa podczas pana prezesury, ale nikt nie sprzedał piłkarza ze słabej polskiej ligi za wyższą cenę.

- Jestem twardym negocjatorem, a Adrian - świetnym zawodnikiem. Nie zależało mi też szczególnie na pieniądzach, nie mogłem sobie pozwolić na zejście poniżej pewnego - z mojej perspektywy - przyzwoitego minimum. Otoczenie podpowiadało mi sprzedaż Adriana za 3 mln euro, i to pół roku temu. Nie było to jednak w interesie drużyny ani moim. Padł polski rekord transferowy, a myślę, że Turcy byli gotowi zapłacić nawet 6 mln.

Jestem przyzwyczajony do amerykańskiej szkoły negocjacji, gdzie liczą się rzeczowe argumenty, i w takim stylu prowadziłem rozmowy z Turkami. Przyznaję jednak, że w pewnym momencie nabrały one dziwnego charakteru. To było ciekawe doświadczenie. Turcy, tak jak kobiety, mają niekonwencjonalne metody, które stosują, by osiągnąć cel. W tym przypadku posłużyli się sposobem na litość, błaganiem. Spotkało mnie to pierwszy raz, a w biznesie jestem od 40 lat.

Kiedy pojawiła się kwota 6 mln euro?

- Kiedy powiedziałem, że Adrian jest nie na sprzedaż.

To była dla pana jedna z lepszych transakcji biznesowych?

- Nie, w biznesie to są sprawy dnia powszedniego.

W którym momencie wyczuł pan, że Mierzejewski chce odejść? On sam zapowiadał, że zostaje, bo chce grać w Polsce przed Euro 2012.

- Do końca był niezdecydowany. W przeddzień dzwonił i radził się mnie, co ma zrobić. Rzadko się zdarza, żeby piłkarz wypytywał się o takie rzeczy prezesa. Chciałem być wobec niego fair. Czegokolwiek bym nie powiedział, mogło być przecież nie w porządku albo zostać źle odebrane. Powiedziałem więc tylko: "Usiądź w domu, porozmawiaj z żoną, ojcem, który jest twoim menedżerem, i wspólnie podejmijcie decyzję. Dokładnie przemyślcie, co wam najbardziej pasuje". Na drugi dzień Adrian zadzwonił, że postanowili, by odszedł. To i mi pomogło podjąć decyzję.

Były jeszcze inne oferty dla niego?

- Były, zimą. Przyniósł je Marek Citko, ale nie były interesujące.

Oddał pan też Artura Sobiecha - Hannoverowi, za 1,25 mln euro.

- Powiedziałem już wcześniej, że jeśli przyjdzie propozycja, która pozwoli mi odzyskać włożone w niego pieniądze, to go sprzedam. Uważałem, że nie jest mu z drużyną po drodze.

Polonia straciła Mierzejewskiego, Smolarka, Andreu i Sobiecha. Nie obawia się pan, że drużyna będzie w nowym sezonie dużo słabsza?

- Musieliśmy się liczyć z odejściem Mierzejewskiego. Już kiedy Turcy oferowali za niego 3 mln euro, Jacek Zieliński mówił: "Szefie, jak dadzą cztery miliony - uklęknąć i brać te pieniądze". Teraz kilku zawodników musi wziąć odpowiedzialność za grę, a nie jeden. W Polonii wytworzyła się niezdrowa sytuacja "gry na Mierzejewskiego". A on, jak każdy, miał wspaniałe mecze, ale miewał też gorsze. Drużyna nie powinna stać na jednym zawodniku, co bowiem, jeśli zostanie poturbowany, złamie nogę?

Nie mam powodu do niepokoju. Nie uważam, że Polonia została osłabiona. Zabezpieczyliśmy się. Sprowadziliśmy Bonina, Baszczyńskiego, Jeża, Szultesa, Sikorskiego, Todorowskiego. Pozbyliśmy się lub pozbywamy się takich, którzy nie pasują do zespołu. Za Mierzejewskiego mamy Roberta Jeża, jednego z lepszych zawodników ligi w poprzedniej rundzie. Warto też przypomnieć nasz ostatni mecz sezonu - w Krakowie z Wisłą, mistrzem Polski. Kto wtedy dał nam najwięcej? Młody Teodorczyk, odkrycie rozgrywek Młodej Ekstraklasy. Obrońcy Wisły przecierali oczy ze zdumienia, on rozbił ich całą defensywę, bo wszyscy spodziewali się zagrożenia po Smolarku i Mierzejewskim.

Nadal szukamy piłkarzy, by wypełnić lukę po Sobiechu. Rozglądamy się za zawodnikami z zagranicy.

Za Mierzejewskiego Polonia zapłaciła Wiśle Płock 550 tys. zł, Łukasza Teodorczyka Polonia sprowadziła z Wkry Żuromin za symboliczną kwotę, w dodatku po ogłoszeniu konkursu dla graczy z regionu. Nie jest to wskazówka, że nie trzeba płacić za piłkarza milion euro?

- Jest. Chcę inwestować w młodych i zdolnych. Podpisujemy umowę z ośrodkiem młodzieżowym w Wodzisławiu, który prowadzi były prezes Odry pan Dariusz Kozielski, będziemy mieć kolejny na Wybrzeżu, skąd wzięliśmy już, jak myślę, klasowego w przyszłości zawodnika - Pawła Wszołka. Rok temu przejęliśmy Marcovię, próbujemy się też dogadać z MKS Polonia [niezależna od KSP Polonia sekcja juniorów mająca siedzibę przy Konwiktorskiej]. Jest duże parcie z ich strony, my też chcemy współpracy, ale na innych zasadach niż dotychczas. Muszą wrócić układy partnerskie. Nie może być tak, że my finansujemy sekcję, a przychodzi menedżer Kołakowski albo inny i zarządza losem zawodnika, sprzedaje go. Nie może być tak, że najzdolniejszych juniorów MKS sprzedaje do Legii. Chcemy finansować MKS, i to w większym zakresie, niż oni oczekują, ale żądamy czegoś w zamian - zawodników. Planujemy stworzyć jeszcze jedną drużynę dla juniorów, która ma stanowić zaplecze dla Młodej Ekstraklasy. Będziemy mieć wkrótce trzy boiska w ośrodku treningowym w Markach, więc miejsce do grania się znajdzie.

Czyli zmiana strategii? Będzie pan teraz wychowywał piłkarzy, by potem ich sprzedawać z zyskiem?

- Absolutnie nie. Moim celem jest stworzenie mocnego klubu, szczególnie, że mamy w perspektywie grę na Stadionie Narodowym. Gdybyśmy byli uzależnieni od Konwiktorskiej, to pewnie dawno wyszedłbym z klubu. Budowanie drużyny na stadionie, na którym może zasiąść sześć tysięcy widzów, to utopia. Porozumieliśmy się z prezesem Stadionu Narodowego, mamy zgodę na rozgrywanie tam wybranych meczów.

Polonia ma jedną z najniższych frekwencji w ekstraklasie. Nie obawia się pan, że trybuny Narodowego będą straszyć pustką?

- Klub to też kibice, więc chcemy o nich walczyć. Mamy swój plan. Od 1 lipca pracę podjął u nas nowy człowiek odpowiedzialny za marketing - Łukasz Łazarewicz - który wcześniej pomógł zapełnić stadion Widzewowi. Inna sprawa to wyniki. Kiedy Polonia wygrywa, to i na Konwiktorskiej jest pełno. Analizowaliśmy dokładnie sytuację, wiemy, że przejście na nowy stadion automatycznie podwoi liczbę widzów. Wprowadzimy też nowe rozwiązania marketingowe - na przykład tanie bilety, nawet za symboliczną złotówkę dla uczniów i studentów.

A gwiazdy? Będzie pan sprowadzał medialnych piłkarzy, jak Smolarka w ubiegłym roku?

- Mamy nowych zawodników, wśród nich Baszczyńskiego, który jest nie tylko dobrym, ale i znanym piłkarzem.

Legia wzięła Michała Żewłakowa. Pan go nie chciał?

- Nie wiem, czy Żewłakow zapewniłby nam jakość, jakiej potrzebujemy. Inaczej zaprosiłbym go do drużyny. Rok temu rozmawialiśmy z jego bratem. Zaproponowaliśmy mu kontrakt, który część zarobków uzależniał od jego liczby meczów, strzelonych bramek. Nie zgodził się. A to normalna rzecz w większości klubów.

Ktoś napisał, że Mierzejewski będzie zarabiał w Trabzonsporze milion euro. Nieprawda. Aż 40 proc. swojego kontraktu musi wziąć z boiska. Turcy mają bardzo inteligentnie skonstruowany system płatności, dokładnie mnie z nim zaznajomili. Przyznają punkty za mecz rozegrany w pierwszej jedenastce, za wejście na boisko z ławki, za obecność w kadrze meczowej - ale jeśli piłkarz się w niej nie znajdzie, nie dostaje nic. Oprócz tego są premie za zwycięstwa, wyższe za wygrane na wyjeździe. Tam się piłkarze zabijają, żeby grać, stawać się lepszym. W przyszłości taką dywersyfikację płatności chciałbym wprowadzić w Polonii.

Dlaczego w Polonii nie ma już Andreu?

- Menedżerowie uwalili ten temat. Nagle pojawiło się przy nim dwóch agentów: Hiszpan i w ostatniej chwili Jarosław Kołakowski. Powstało zamieszanie. Bardzo dziwna sprawa.

Ma pan kłopoty z menedżerami? Wykorzystują pana, podsyłają zawodników?

- O wielu zawodnikach się pisze, że Polonia ich chce, a ja o tym nie mam pojęcia. Ostatnio o Sebastianie Mili. Zresztą nie rozmawiam z zawodnikami na początkowym etapie negocjacji, robi to trener. Jestem na końcu, zawieram kontrakt. Wiem jednak, że o Mili nie było mowy.

Jackowi Zielińskiemu ufa pan bezgranicznie?

- Mam pełne zaufanie. Nigdy mnie nie oszukał.

Ale zwolnił go pan dwa lata temu. Zastanawiał się pan, co by było, gdyby utrzymał go na stanowisku po porażce z ŁKS-em w marcu 2009 roku?

- Obaj na tym skorzystaliśmy. Trener Zieliński, bo poszedł do Lecha i zdobył mistrzostwo. Ja, bo dzięki temu stałem się o niebo mądrzejszy. Gdybym go nie zwolnił, to wielu rzeczy o futbolu bym nie wiedział. Kolejni trenerzy pokazali mi piłkę z innej, gorszej strony. Ale nie chcę tego wspominać. Patrzę do przodu.

Drugi sezon z rzędu Polonii nie udało się awansować do pucharów. Wytrzyma pan ciśnienie, jeśli zespół źle zacznie sezon?

- Dziś mamy stabilny sztab trenerski, dokonaliśmy transferów piłkarzy znanych wszystkim. Mam nadzieję, że to w końcu zadziała, choć wiem, że w futbolu, jak mówił Leo Beenhakker, dwa plus dwa nie zawsze równa się cztery. Poczekajmy na koniec sezonu. Na początku poprzedniego my graliśmy dobrze, Wisła i Legia źle, a skończyło się zupełnie inaczej. Jeśli w przyszłym roku wyprzedzą nas mocne zespoły, nie będę miał pretensji, ale jeśli słabe, jak w tym roku, to będzie amatorszczyzna i wstyd.

Uważa pan, że Polonia mimo ostatnich osłabień jest najsilniejsza kadrowo?

- Myślę, że tak. Od Lecha, Legii na pewno jesteśmy silniejsi.

A od broniącej tytułu Wisły?

- Też.

Wisła ma holenderskiego trenera - Roberta Maaskanta. Powiodło mu się, choć na początku też - jak Theo Bosowi, który krótko pracował w Polonii - nie szło najlepiej. Ale został na stanowisku. Pan też przy zatrudnianiu Bosa był zachwycony holenderską szkołą.

- Gdyby w Wiśle grali sami Polacy, to Maaskant poległby tak samo jak Bos, chyba że ma odmienny charakter. Polscy piłkarze mają inną mentalność niż ci z Zachodu. Bos i jego kolega przegrali to na poziomie ludzkim, stracili kontakt z grupą. To był początek ich końca. Przewaga Wisły polega na tym, że ma dwóch czy trzech polskich piłkarzy, a reszta grała w klubach zachodnich. Maaskant łatwo do nich dociera.

Pan sprowadza przede wszystkim Polaków...

- Jest parę powodów. Nazwa "Polonia" do tego mnie zobowiązuje. Jeżeli mieszkam w Polsce, pracuję dla tego kraju, to wolę pomagać chłopakom jak Mierzejewski, a nie kreować na gwiazdy takich, którzy nie wiadomo skąd przychodzą. Przyznaję, że polscy piłkarze są drożsi, ale mam do nich sentyment. Zagraniczny zawodnik musi być o stopień lepszy od naszego.

Mierzy pan w mistrzostwo Polski czy udział w fazie grupowej Ligi Mistrzów?

- Myślę o Lidze Mistrzów. Co to za satysfakcja z mistrzostwa Polski? Jeśli jeszcze zdobylibyśmy je byle jak, jak w tym roku Wisła? To nie jest drużyna, która może wejść do LM. Turcy, kupując Mierzejewskiego, mówili mi, że są krok przede mną, bo od LM dzielą ich dwa mecze, i prosili, żebym pozwolił im wykonać następny. Jeśli awansują, dostaną 15 mln euro bonusu. To również nasz cel. Będziemy wzmacniać zespół. I w grudniu, i za rok przyjdą nowi zawodnicy, bo w obecnej kadrze na pewno znajdzie się kilku, którzy nie spełnią oczekiwań. Mamy grać na dużym stadionie, nie chcemy być klubem zaściankowym. Nie zamierzam też postępować jak większość moich kolegów z innych klubów, którzy od razu sprzedają wyróżniającego się piłkarza, jeśli tylko ktoś da za niego milion euro. Gdybym miał czterech Mierzejewskich, tobym żadnego nie sprzedał, bobym wiedział, że gra nie będzie rozłożona na jednego zawodnika, ale na czterech. Wiedziałbym, że mam gwarantowane wejście do LM.