Sport.pl

Ekstraklasa. Maciej Skorża: Lont jest podpalony

- Nie ma co się oszukiwać. Muszę zdobyć mistrzostwo Polski. Wiem, że jeśli w trakcie sezonu będziemy mieć dużo punktów straty do lidera, może być różnie - mówi trener Legii
Robert Błoński, Kuba Dybalski: Jest pan zdziwiony, że wciąż pracuje w Legii?

Maciej Skorża: Kontrakt podpisałem na dwa lata z opcją przedłużenia na rok, więc planowałem pracować dłużej niż sezon. Ale wiosną wyglądało na to, że mogę go nie wypełnić.

Jak to się stało, że został pan w Warszawie?

- Przed ostatnim meczem sezonu z Polonią Bytom na pytanie, czy jestem gotowy dalej prowadzić zespół, odpowiedziałem twierdząco.

Nie myślał pan, żeby unieść się honorem i zrezygnować?

W pewnym momencie czułem, że tracę poparcie władz klubu. Nagłośnienie negocjacji z nowym trenerem było dla mnie rzeczą niezrozumiałą. Różne myśli przychodziły mi wtedy do głowy. Przecież jeszcze w maju byłem pewny, że odejdę. W podjęciu decyzji najbardziej pomogła mi "szatnia". Widziałem, jak drużyna rośnie, walczy i wygrywa. Nasza praca w końcu zaczęła przynosić efekty. Uznałem, że w tym momencie nie mogę się poddać.

Miał pan plan letnich przygotowań drużyny?

- Ogólny. Taki jest obowiązek trenera. Po zakończeniu sezonu nie wiedziałem, gdzie jedziemy na zgrupowanie i z kim gramy sparingi. Wszystko ustalano bez mojego udziału. To nie do końca normalna sytuacja. Skoro zostałem, to nie będę narzekał. Uznałem, że sobie poradzę. Drużyna zrobiła postęp, w tym sezonie będziemy lepsi.

W poprzednim musiał pan podjąć kilka trudnych, kluczowych decyzji. Którą by pan zmienił?

- Nie stawiałbym tak długo na nowych piłkarzy. Na początku sezonu straciliśmy dużo punktów, bo liczyłem, że transfery "odpalą". Myliłem się.

W zeszłym sezonie nowa drużyna miała grać na nowym stadionie. Ale na obiekcie brakowało jednej trybuny. Dopiero dziś jest skończony. Pana zespół też był wybrakowany. Dziś nie jest?

- Drużyna będzie bardziej zgrana, przewidywalna i dlatego lepsza. Ale to wciąż nie jest produkt skończony. Mam nadzieję, że nie będę miał problemów z zestawieniem obrony. Rok temu o tej porze kontuzje leczyło czterech podstawowych obrońców i szukałem rozwiązań, które nie zawsze były dobre.

Wtedy miał pan nowych piłkarzy, którzy nie znali siebie i klubu. Teraz już wiedzą, co to jest Legia. To podstawowa wartość w porównaniu z poprzednim sezonem?

- Wartością dodaną są przede wszystkim Danijel Ljuboja i Michał Żewłakow. Mają pewność siebie na boisku, umiejętności, spokój. Oni nie panikują.

Jaki jest Serb poza boiskiem?

- Po tym wszystkim, co o nim słyszałem, mogę powiedzieć, że na razie to wzór profesjonalizmu. Chyba przyjechał do nas jego brat (śmiech).

"Starzy" pomagają panu w kierowaniu zespołem?

- Gdy przyszedł Michał, przedstawiłem mu swoją wizję współpracy i powiedziałem, że oczekuję od niego odpowiedniej postawy. Dziś muszę go momentami wręcz hamować. Czasem za bardzo się zagalopuje. Jestem z niego zadowolony. Danijel na razie najbardziej pomaga mi swoją dobrą grą.

Nie za mało transferów?

- Spodziewałem się więcej. Po poprzednim sezonie rozmawialiśmy o wzmocnieniach i jasno określiliśmy, na jakich pozycjach ich potrzebujemy. Niestety, nie wszystko udało się zrealizować.

Czy tamten sezon to była dla pana lekcja pokory?

- To był zdecydowanie najtrudniejszy sezon w mojej karierze. Po raz pierwszy pracowałem pod tak ogromną presją. Po raz pierwszy - w pewnym momencie - wszystko i prawie wszyscy dookoła byli przeciwko mnie. Trudne, ale strategiczne dla zespołu decyzje podejmowałem w ogniu krytyki. A jednak w tym najtrudniejszym dla mnie momencie panowałem nad drużyną i szatnią. To właśnie wtedy, kiedy było najgorzej, zdobyliśmy Puchar Polski i zaczęliśmy wygrywać w lidze. Nauczyłem się zwracać większą uwagę na kwestie, które wcześniej bagatelizowałem. Czyli pozaboiskowe.

Chodzi o kibiców czy działaczy?

- Do tej pory nie pracowałem w klubie, w którym otoczka miała tak duży wpływ na drużynę. Wydawało mi się, że wystarczy parę integracyjnych spotkań z zawodnikami i będzie po sprawie. Nie starczyło. Wpływ czynników zewnętrznych na zespół jest ogromny. W Legii, klubie otwartym, jest nieustająca presja i ogromne oczekiwania. Kiedy ostatnio byłem na komisji licencyjnej, gdzie trenerzy z reguły muszą przekazać dziennik treningowy, usłyszałem, że nie muszę tego robić, bo nasze treningi i tak można codziennie zobaczyć w internecie. Ostatnio chciałem zamknąć zajęcia, żeby ćwiczyć nowe ustawienie taktyczne, ale ktoś wszedł na trybuny kortu tenisowego i stamtąd wszystko nakręcił. Oczywiście ukazało się to w internecie.

Początkowo bagatelizowałem te sprawy, ale teraz wiem, jak między innymi medialność wpływa na zawodników. W szatni nie każdy ma odporność na media. Tu też są ludzie czuli na krytykę, którzy czasem na widok kamery przestają być sobą. W Legii ważna jest odpowiednia współpraca z mediami i kibicami. Tego wszystkiego musiałem się uczyć.

Piłkarze przejmują się tym, co czytają w gazetach i internecie?

- Nie wszyscy w takim samym stopniu. Ale to oczywiste, że lubią być chwaleni i czytać dobre rzeczy. Krytykę odbierają gorzej. Staram się ich od tego odciągać, ale - zwłaszcza ci młodsi - zaglądają do internetu. Komentarze są często na granicy dobrego smaku.

W nowym sezonie będzie się panu pracowało łatwiej czy trudniej?

- W szatni zdecydowanie łatwiej. Poznaliśmy się z zawodnikami i już wiemy, że nie pękniemy z byle jakiego powodu. Wiosną wstaliśmy z kolan i jeśli teraz zdarzą się trudne sytuacje, to sobie poradzimy. Nie będę już tak nerwowo reagował na różne rzeczy, współpraca z przełożonymi, którzy poznali mnie lepiej, powinna być lepsza.

Czuje pan zaufanie ze strony zarządu? Jesienią powiedział pan, że dobrze jest pracować w klubie, w którym w trudnym momencie szef nie omija cię na korytarzu, tylko zaprasza na kawę. Wiosną zapraszano pana na kawę?

- Raczej się na nią wpraszałem (śmiech). Jesień i wiosna to zupełnie inna historia. Widocznie wiosną szefowie uznali, że czara goryczy się przelała i straciłem ich zaufanie. Nie ma co się oszukiwać. Żeby odzyskać równowagę, muszę zdobyć mistrzostwo Polski. Wiem, że jeśli w trakcie sezonu będziemy mieć dużo punktów straty do lidera, to może być różnie.

Został pan w klubie, bo Legia nie dogadała się z Władimirem Weissem. Nie ma pieniędzy, co widać po transferach - sprowadzano tylko zawodników bez kontraktów. Czy czuje pan, że wciąż jest pod ogromną presją? Jedna, dwie porażki w lidze albo odpadnięcie z Gaziantepsporem mogą skończyć się zwolnieniem?

- Media zaczęły mnie zwalniać nawet po przegranym 1:3 sparingu z Duisburgiem. Zaczęto przymierzać do klubu Czesława Michniewicza, teraz zacznie mówić się o Michale Probierzu, który stracił posadę w Jagiellonii. Nie ucieknę od spekulacji, ale jako trener czuję się mocniejszy. Pytanie o to, jaka jest moja pozycja w klubie, nie jest do mnie.

Tylko mistrzostwo pozwoli panu pozostać w Legii?

- Prawdopodobnie tak, ale najpierw są europejskie puchary. Nie zamierzam przejmować się pogłoskami, że jeśli odpadniemy z Gaziantepsporem, to stracę pracę, ale analizując pewne wypowiedzi, wygląda na to, że lont jest podpalony i jedyną niewiadomą jest jego długość.

Mówi pan o mistrzostwie, ale poza Ljuboją, Żewłakowem i Ohayonem w zespole zostali piłkarze, którzy w poprzednim sezonie przegrali 11 meczów w lidze. Mogą grać nieco lepiej, ale czy oczekiwania nie są za duże?

- Tę drużynę stać na wiele. To nie będzie sezon, w którym do tytułu wystarczy mniej niż 60 punktów. Będzie trudniej, ale piłkarze mają w sobie dużo sportowej złości. Dopiero pod koniec sezonu grali na miarę oczekiwań. Teraz wierzę, że zaczną od początku. W poprzednim sezonie mieliśmy najmłodszą drużynę w lidze, dziś większe doświadczenie będzie naszym atutem.

Prezes Miklas zapowiadał, że przy transferach otrzyma pan listę piłkarzy i będzie ich musiał zaopiniować. Ilu takich piłkarzy panu przedstawiono, ilu pan zaakceptował, a ilu odrzucił?

- Z oczywistych powodów nie będę wyliczał wszystkich nazwisk. Marek Jóźwiak na przykład zaproponował bardzo ciekawego młodego napastnika, ale gdy pojawiła się kandydatura Ljuboi i trzeba było wybrać, poprosiłem o Serba. Chciałem przede wszystkim graczy doświadczonych, bo młodych i perspektywicznych mamy dużo.

Na jakich pozycjach brakuje panu piłkarzy?

- Jeżeli sytuacja z bramkarzem Dušanem Kuciakiem rozstrzygnie się na naszą korzyść, to jeden transfer ofensywnego zawodnika, najlepiej skrzydłowego, rozwiązałby sprawę.

Ma pan pozyskanego za darmo Moshe Ohayona. Przydałby się inny środkowy pomocnik Maor Buzaglo? Ale za niego trzeba płacić.

- Ohayon to dobry zawodnik, ale przyjechał z zaległościami kondycyjnymi. Od 21 maja nie trenował, a ja potrzebuję zawodnika do gry już. Buzaglo widziałem na własne oczy. Bardzo by się przydał.

Pod koniec poprzedniego sezonu często na boisku pojawiali się młodzi piłkarze. Teraz rzadziej pan daje szansę gry zawodnikom z Akademii Legii. Dlaczego?

- Najbliżej zespołu jest Michał Żyro, który może grać w ataku i na skrzydle. Michał nie ma doświadczenia, ale nie patrzę na niego jak na juniora, tylko dorosłego piłkarza. Tak samo na innych. Liczą się umiejętności i przydatność dla zespołu, a nie wiek.

Rafał Wolski jest alternatywą dla Miroslava Radovicia?

- Jest. Ale na razie jego wadą są warunki fizyczne. W przeciwieństwie do Michała Żyro przegrywa pojedynki bark w bark. Z piłką potrafi zrobić dużo. W lidze będę z niego korzystał.

Czy to jest sezon ostatniej szansy dla Macieja Rybusa?

- Nie stawiałbym tak sprawy. Musi jednak zdecydować, jak widzi dalszą karierę. Jeśli będzie grał tak jak w poprzednim sezonie, to pewnie sam będzie szukał zmiany otoczenia. Ja wciąż na niego liczę.



Więcej o: