LE. Michał Żewłakow: Fajnie pograć na wiosnę

- Trzy razy wychodziłem z grupy z Olympiakosem - dwa razy w Lidze Mistrzów i raz w Lidze Europejskiej. Cieszę się, że coś takiego wyszło również z polskim klubem - mówi wicekapitan Legii Warszawa Michał Żewłakow. Jego zespół pokonując w czwartek Rapid Bukareszt 3:1, zapewnił sobie wyjście z grupy C Ligi Europejskiej.
Kuba Dybalski: Spodziewałeś się przychodząc latem do Legii, po nierównym sezonie klubu, że będzie aż tak dobrze? Wyszliście z grupy na dwie kolejki przed końcem fazy grupowej.

-Nie spodziewałem się. Przychodziłem trochę w nieznane, ale wierzyłem, że może być lepiej. Dobrze się stało bo poprawa atmosfery w klubie jest wręcz namacalna. To się działo krok po kroku. Zyskiwaliśmy pewność siebie. Wylaliśmy trochę miodu na serca nie tylko swoje ale wszystkich osób pracujących w klubie, odpowiedzialnych za transfery, organizację, marketing. To nasz wspólny sukces.

Gdyby ktoś powiedział przed startem rundy grupowej, że po czterech kolejkach zapewnicie sobie awans, to co byś powiedział?

- No cóż, można było to zrobić po trzech (śmiech). A na poważnie, mało kto się tego spodziewał. Cieszę się, że przyszedłem do klubu, mam okazję pograć w europejskich pucharach, ucieszyć kibiców w Warszawie. To kolejny ważny etap w mojej karierze. A szczególnie ważny dla młodych piłkarzy, których w Legii jest sporo. To ogromna dawka doświadczeń. Dla klubu ten awans to też ważna rzecz.

Który raz zagrasz wiosną w europejskich pucharach?

- Nie liczę tych wszystkich meczów, ale to kolejne wyjście z grupy. Trzy razy wychodziłem z grupy z Olympiakosem - dwa razy w Lidze Mistrzów i raz w Lidze Europejskiej. Cieszę się, że coś takiego wyszło również z polskim klubem.

Chciałbyś na wiosnę zagrać z Olympiakosem, albo z Anderlechtem?

- Bardzo na to liczę. Najpierw z Anderlechtem, a potem możemy trafić na Greków. Ale sprawa trochę się komplikuje, bo Olympiakos może mieć problem z zajęciem trzeciego miejsca w grupie Ligi Mistrzów. Zawsze piłkarz, który grał w klubie chce się z nim potem zmierzyć. Można pokazać się kibicom, udowodnić, że choć ma się trochę więcej siwych włosów, to jeszcze można grać w piłkę. No i można odwiedzić starych znajomych.

Rywale dziś grali ostrzej niż dwa tygodnie temu? W pewnym momencie posypały się żółte kartki, a Dan Alexia dostał czerwoną.

- Piłkarze Rapidu zdawali sobie sprawę, że to jest dla nich mecz ostatniej szansy. To było widać. Postawili wszystko na jedną kartę. Ta kartka dla Alexy była głupia, trochę naiwna. Trochę na tym zyskaliśmy. Ale z drugiej strony zmobilizowała Rumunów. Zwłaszcza w drugiej połowie oni grali, my stanęliśmy po stracie bramki i wiele zawdzięczamy Dzuszanowi Kuciakowi. Dzięki niemu otrząsnęliśmy się, strzeliliśmy dwa kolejne gole. Ale takich błędów nie możemy robić i takich dwudziestu minut jak w drugiej połowie być nie może.

Duszan Kuciak bohaterem tego meczu?

- Nie da się ukryć. Duszan pomaga zespołowi w takich kluczowych momentach. Newralgicznych. Tak było w meczu z Lechem w Poznaniu i tak było teraz. To ktoś na kogo trzeba zwrócić szczególną uwagę.

Dlaczego najsłabiej graliście właśnie gdy objęliście prowadzenie?

- Nie wiem. Gdybym znał lekarstwo i potrafił łatwo wytłumaczyć co się stało, to byśmy to skorygowali po pierwszej akcji Rumunów. Ale nerwową sytuację stworzyliśmy sobie na własne życzenie. Bramka nas trochę sparaliżowała. Rozluźniliśmy się, graliśmy w przewadze, może przeszło nam przez głowę, że rywale odpuszczą. Ale myślę, że to wynikało przede wszystkim z dojrzałości rywali. Potrafili wykorzystać ten moment nieuwagi, strzelić nam gola i sprawić duży kłopot. To jest naprawdę dobry zespół. Nie ma indywidualności, ale potrafią grać kombinacyjnie i to na każdej pozycji. Tam nie było piłkarza, który kopałby tylko do przodu i wybijał piłki.

Jak w szatni przyjęliście Janusza Gola? Dostał czerwoną kartkę co mogło sprawić Legii duży problem w końcówce.

- Sędzia był dziś taki trochę "niebezpieczny". Nie chodzi o to, że sędziował źle, ale sporo decyzji było dyskusyjnych. Inna sprawa, że dotyczyło to obu drużyn. W kartkach remis, a najważniejsze że w bramkach wygraliśmy.

W przerwie dowiadywaliście się o wynik w Eindhoven [PSV zremisowało z Hapoelem 3:3, dzięki czemu Legia wygrywając zapewniła sobie wyjście z grupy - red.]?

- Piłkarz w takim momencie nie myśli o tym jaki wynik jest w równoległym meczu. Musieliśmy wygrać w Warszawie i na tym byliśmy skupieni.

Dużo pamiętasz piłkarzy, których piłka tak szukałaby w polu karnym jak Miroslava Radovicia? Miał dwie okazje, dwa razy dobił piłkę i strzelił dwa gole.

- Pamiętam, że Stanko Svitlica był takim napastnikiem . Tak się mówi, że "piłka szuka piłkarza", ale trzeba umieć się znaleźć w takiej sytuacji. Niby Rado dziś strzelił dwa gole z bliska, ale oba to były trafienia wymagające dużych umiejętności.

Odczuliście, że na trybunach byłą dziś rekordowa frekwencja?

- Czuliśmy to już przed meczem, na rozgrzewce. Kibice zaczęli dopingować i to było słychać. Na takim stadionie, pełnym po brzegi, nie wypada grać słabo.

Teraz zagracie dwa spotkania, w których będzie można pozwolić na odpoczynek niektórych piłkarzy...

- W ostatnich meczach w grupie będziemy grać na większym luzie. To będą mecze prestiżowe, oczywiście też o pieniądze, ale nie ma już takiego ciśnienia, że koniecznie musimy wygrać, żeby awansować. Ale to są europejskie puchary. Jeśli chcemy, żeby Legia była szanowana w Europie to takie spotkania musimy grać z pełnym zaangażowaniem.