Sport.pl

Radović: Oglądając Spartak, spociłem się sześć razy

- Wiem, kiedy trzeba zachować się spokojnie, a kiedy wręcz przeciwnie. Teraz inaczej patrzę na ludzi. Wiem, na kogo mogę liczyć. Wcześniej myślałem, że każdy, kto mnie poklepuje po plecach, jest moim kumplem. A dopiero jak są trudne chwile, widać, kto jest twoim kolegą - mówi najlepszy piłkarz Warszawy 2011 r., pomocnik Legii Miroslav Radović w pierwszej części wywiadu.
W mijającym roku 27-letni Serb był najlepszym piłkarzem Legii. Przez dwanaście miesięcy zdobył 21 bramek. Więcej goli w tym sezonie w Lidze Europejskiej strzeliło tylko czterech piłkarzy. Z warszawskim zespołem już w lutym zagra w 1/16 finału tych rozgrywek przeciwko Sportingowi Lizbona.

Kuba Dybalski: Rok 2011 jest najlepszym w twojej karierze?

Miroslav Radović: Myślę, że tak. Strzeliłem ponad dwadzieścia goli i już to jest wyjątkowe. Jest teraz nad czym pracować, bo muszę utrzymać poziom. Wtedy i ja będę zadowolony, i klub. Były sezony, gdy przeżywałem trudne chwile. Byłem praktycznie skreślony. Wciąż pamiętam, że piłka bywa okrutna.

Dwanaście miesięcy temu powiedziałeś nam, że w tym roku spróbujesz pobić osiągnięcia z pierwszego sezonu w Legii. Wtedy strzeliłeś sześć goli. Teraz tylko wiosną sześć w lidze, jesienią kolejne sześć w lidze i siedem w europejskich pucharach. Są granice skuteczności Miroslava Radovicia?

- Nie ma. Bardzo się cieszę, że to, co założyłem, udało się, ale nie mam zamiaru na tym poprzestać. Goli może być więcej.

Gdy sześć lat temu przychodziłeś do Legii, to spodziewałeś się, że będziesz tu grał tak długo?

- Nie. Menedżer, który mnie tu sprowadzał, mówił "Zagrasz dobry sezon, może dwa i pójdziesz do mocniejszej ligi". Ten pierwszy rzeczywiście był dobry, ale potem każdy kolejny był słabszy.

Dlaczego ?

- Właściwie to nie wiem. Przyszedł nowy trener, zaczął dużo zmieniać. A forma piłkarza też jest raz słabsza, raz wysoka. Wpadłem w dołek i nie mogłem wyjść. Trener raz mi dawał szansę, innym razem nie. Nie do końca we mnie wierzył. Sam też miałem chyba za mało pewności siebie. Ale wierzyłem. Przyszedł kolejny trener, dał mi szansę i ją wykorzystałem.

Trener Skorża teraz ci ufa, ale jesienią zeszłego roku trafiłeś na jeden mecz do Młodej Legii...

- To była ostatnia szansa. Przed sezonem nie było mnie w składzie drużyny. Pamiętam, jak mówiło się, że "Rado będzie sprzedany za grosze". Balon był wtedy napompowany jak nigdy - nowy stadion, transfery, nowe gwiazdy - takich oczekiwań jak wtedy nie pamiętam. Sezon się zaczął, a my w sześciu meczach przegraliśmy cztery razy. Zrobiło się gorąco. Trener po meczu z Ruchem [0:1] powiedział, że niektórzy piłkarze dostaną ostatnią szansę na pokazanie wartości w meczu Młodej Ekstraklasy. Zagrałem całkiem nieźle i kilka dni później wyszedłem na boisko w ligowym meczu w Lubinie. Przegraliśmy, ale nasza gra nie wyglądała źle. Potem przyszły coraz lepsze mecze. Gdy znów zacząłem grać, Legia też zaczęła wygrywać.

Żałujesz, że grasz w Legii już szósty sezon? Nie wolałbyś występować w lepszym klubie?

- Na pewno chciałbym zagrać w lepszej lidze. Jestem ambitny. W moim wieku wciąż mam na to szansę. Ale nie żałuję. Losy piłkarza toczą się różnie. Z Legią związałem się przypadkiem, a to specyficzny klub, jeśli chodzi o atmosferę i oczekiwania. Zresztą piłkarzom z Bałkanów bardzo łatwo się związać z Polską. Dobrze się tu czujemy, ani się obejrzymy i mija kilka lat.

Już masz polski paszport?

- Sprawa jest w toku. Mam nadzieję, że z początkiem roku dostanę obywatelstwo.

Jak zmieniłeś się przez te lata odkąd, trafiłeś do Legii?

- Jestem starszy. Życie nauczyło mnie wielu rzeczy. Trzeba być normalnym i mądrym, żeby to do ciebie wróciło. Nauczyłem się też, że trzeba walczyć do końca i to chyba dobra recepta nie tylko na piłkę, ale i na życie. Nawet jeżeli nic nie wychodzi, to trzeba wierzyć, bo kiedyś na pewno los się odwróci. Zmieniłem się też mentalnie.

Jesteś spokojniejszy?

- Ja nigdy nie byłem spokojny. Ale wiem, kiedy trzeba się zachować spokojnie, a kiedy wręcz przeciwnie. Teraz inaczej patrzę na ludzi. Wiem na kogo mogę liczyć. Wcześniej myślałem, że każdy, kto mnie poklepuje po plecach, jest moim kumplem. Teraz też wszyscy mi gratulują, mówią, jak dobrze gram. A dopiero jak są słabe momenty, widać, kto jest twoim kolegą.

W tym sezonie grasz z Legią w pucharach. Wreszcie osiągnąłeś to, po co przychodziłeś do Warszawy?

- To trwało wiele lat, ale warto było ze względu na chwile, które spotkały nas w tym roku. To coś kompletnie innego niż ekstraklasa. Chciałbym to przeżywać co sezon. A 1/16 finału to wcale nie jest szczyt możliwości. To nie będzie dla nas koniec.

Zakładasz sobie w pucharach jakiś cel, czy każdy mecz jest nowym wyzwaniem?

- Teoretycznie każdy rywal, którego mogliśmy dostać w tej rundzie, byłby od nas mocniejszy. Przegrana nie będzie żadnym wstydem, a wygrywając, możemy tylko wiele zyskać. W tym sezonie już pokazaliśmy, że możemy sobie poradzić z faworytami i wygrać z każdym.

Odbierasz telefony z Serbii od dawno nie widzianych kolegów, którzy mówią że widzieli, jak strzelałeś gole w pucharach?

- Tak. Wielu znajomych ogląda i ekstraklasę, i europejskie puchary. To cieszy, bo Legia długo na to czekała. Chciałoby się to powtarzać i powtarzać. Granie w Europie to coś pięknego. Polską ligę mamy na co dzień.

Dorośliście do gry na takim poziomie?

- Potrafimy pokazać umiejętności w najważniejszych meczach. Potencjał zespołu właśnie w nich jest najpełniejszy. Ale wiem, że możemy grać jeszcze lepiej. Spędziliśmy już ze sobą trochę czasu. Coraz lepiej się znamy, a w dodatku dołączyli do nas piłkarze, których w poprzednim sezonie brakowało. Coraz lepiej gramy kombinacyjnie, czyli taką piłkę, która się podoba kibicom.

Dużo trudniej strzela się gole w europejskich pucharach niż w lidze?

- Trudniej, choć w lidze często nie ma tyle miejsca. Przeciwko Legii gra się bardzo defensywnie. Często broni się cała drużyna.

Byłeś bardzo zdenerwowany, gdy nie wyszedłeś w pierwszym składzie w meczu z PSV w Eindhoven?

- Byłem zaskoczony, choć wcześniej rozmawialiśmy z trenerem i powiedział mi, że prawdopodobnie nie wyjdę na boisko w pierwszej połowie. Być może mieliśmy zagrać bardziej defensywnie. Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Dostałem szansę w drugiej. W piłce jest bardzo różnie. Dziś jesteś Bogiem, a jutro cię nie ma. Każda taka historia czegoś cię uczy.

To był najtrudniejszy dla ciebie moment w tym sezonie?

- Najtrudniej było, gdy Legia grała decydujący o awansie do Ligi Europejskiej mecz ze Spartakiem w Moskwie beze mnie [Radović pauzował za żółte kartki]. Oglądałem z kolegami i pięć czy sześć razy spociłem się przed telewizorem. Strasznie to przeżywałem. Szczególnie potem, gdy było 2:2 i strzeliliśmy trzeciego gola. Niesamowite. Dużo łatwiej grać, niż oglądać to w telewizji.

Gdy było 2:0 dla Spartaka, to co pomyślałeś?

- Że nie mamy szans. Ale gdy Maciek Rybus strzelił gola i to jeszcze prawą nogą, pomyślałem, że może jeszcze będzie okazja, by zaatakować. To był kawał dobrej roboty.

Ale PSV nie udało się wam pokonać ani w Eindhoven, gdzie było 0:1, ani w Warszawie gdzie polegliście 0:3...

- Gdybyśmy teraz zagrali trzeci mecz z PSV, to nie wiem, czy byłaby wygrana. Ale na pewno byśmy nie przegrali. Może do pierwszego meczu w grupie - tego w Eindhoven - podeszliśmy ze zbyt dużym respektem dla rywali. Kilku kolegów po raz pierwszy grało w pucharach. W drugim meczu wyjątkowo nie mieliśmy szczęścia. Straciliśmy samobójczego gola. Duszan Kuciak dostał czerwoną kartkę i potem nie potrafiliśmy im zagrozić. Szkoda, bo mam wrażenie, że przy Łazienkowskiej jesteśmy w stanie pokonać każdego. Zabrakło szczęścia, ale może dobrze, że właśnie wtedy - gdy wyjście z grupy mieliśmy już zapewnione.

Gdy trenerem w latach 2007-10 był Jan Urban, nie mieliście szczęścia w pucharach. Najbliżej było, gdy Legia minimalnie przegrała dwumecz o awans do Ligi Europejskiej z Broendby (1:1 i 2:2). W tym sezonie jeden gol strzelony Spartakowi zdecydował o awansie. Czego brakowało tamtej Legii, by grać w Europie?

- Nie mogę powiedzieć, że wtedy nie było drużyny, ale może brakowało nam doświadczenia. A w tym sezonie do zespołu dołączyli piłkarze, którzy je mają. Danijel Ljuboja, Michał Żewłakow, Duszan Kuciak, rok wcześniej Ivica Vrdoljak. Jest więc kilku, dla których puchary to nie jest nowość. To chyba jest największa zmiana. Choć trzeba dodać, że wtedy nie było atmosfery wokół zespołu. Mam na myśli stadion, który był placem budowy, i brak dopingu na naszych meczach. Jak się to wszystko połączy, to okazuje się, że teraz jest dużo łatwiej. I to mimo że w tym sezonie mieliśmy naprawdę trudnych przeciwników, a Broendby czy wcześniej FK Moskwa [Legia odpadła po dwumeczu z Rosjanami z eliminacji Pucharu UEFA w sezonie 2008/09] były do pokonania.

Jak wspominasz Jana Urbana? To był czas, gdy miałeś największe problemy z formą i grą.

- Nie grałem, więc nie mogę powiedzieć, że było pięknie. Ale też nie dałem trenerowi szansy, żeby pomyślał, że warto na mnie stawiać. Z drugiej strony może gdyby on miał trochę więcej zaufania i cierpliwości, byłoby inaczej. W porównaniu z tamtą drużyną teraz trener zaufał mi od początku. Dlatego porównując, teraz wygląda to lepiej. Zresztą wydaje mi się, że gramy lepszą piłkę.

Druga część wywiadu z Miroslavem Radoviciem w środowej "Gazecie Stołecznej" i na Sport.pl

Więcej o: