Sport.pl

Liga Europejska. Ile jest piłkarza Sportingu w Sportingu?

Rywal Legii Warszawa w 1/16 finału Ligi Europejskiej - Sporting Lizbona - sprzedał właśnie 15 proc. praw do napastników Ricky'ego van Wolfswinkela i Diego Rubio, a także obrońcy Emiliano Insui portugalskiemu funduszowi inwestycyjnemu. Wolfswinkel, najlepszy strzelec zespołu, jest piłkarzem klubu tylko w 20 procentach.
W Polsce to praktyki wzięte z kosmosu, ale w Portugalii to dość powszechne. Jak mając piłkarza, zarobić na jego sprzedaży, a potem zarobić raz jeszcze? Da się.

Cała trójka, która jest związana ze Sportingiem kontraktami do 2016 r., stała się przedmiotem transakcji miedzy klubem a funduszem Sporting Portugal Fund, który jest powiązany z Banco Espirito Santo. 15 proc. 22-letniego Wolfswinkela wyceniono na 975 tys. euro, 23-letniego Insui na 525 tys. a 18-letniego Rubio na 450 tys. Łącznie klub zarobił prawie 2 mln euro. Istniejący od sierpnia fundusz jest w tym momencie współwłaścicielem praw do piętnastu (!) piłkarzy rywala Legii. Od lata klub zarobił na nich blisko 12 mln euro.

Jeśli na holenderskiego napastnika, który w tym sezonie w 13 meczach strzelił 7 goli, znajdzie się chętny, gotowy wyłożyć zapisane w kontrakcie 22 mln euro odstępnego, to Sporting dostanie tylko 20 proc. tej sumy, ale i tak zarobi. 15 proc. trafi do portugalskiego funduszu, a połowa do Quality Football Ireland Limitted, któremu sprzedano połowę udziału w piłkarzy gdy tylko trafiał do klubu z Lizbony.

Z punktu widzenia finansów Wolfswinkel jest "Lwem" tylko w jednej piątej.

Jaki jest sens tych operacji? Poza pieniędzmi, które klub dostaje bez potrzeby pozbycia się piłkarza, to również dzielenie ryzyka. Klub oddając np. połowę udziałów "w piłkarzu" pozbywa się połowy sumy jaką może uzyskać z jego transferu, ale też traci tylko połowę tego, co za niego zapłacił, jeśli ten nie spełni oczekiwań. Dla funduszu inwestycja w dobrego piłkarza może przynieść gigantyczny zysk.

System, nazywany "third-party ownership" jest dość mocno krytykowany, jako sprowadzający piłkarza do roli towaru, który można dowolnie podzielić i sprzedać w kawałkach. Krzywo patrzy na niego FIFA. W Anglii zabroniono go kilka lat temu po skandalicznych i niejasnych operacjach finansowych przy transferach do West Hamu Argentyńczyków Javiera Mascherano i Carlosa Teveza. Obaj byli "własnością" klubu ale też dwóch innych spółek należących do irańskiego biznesmena Kii Joorabchiana. We Włoszech dopuszcza się współwłasność piłkarza gdy stronami są kluby, ale już nie third-party ownership.

Za to w Ameryce Łacińskiej z tego rodzaju usług korzysta się na potęgę, podobnie jak w Portugalii, która często jest pierwszym przystankiem w Europie, dla przyszłych brazylijskich gwiazd. Powiązane z klubami fundusze zarabiają duże pieniądze kupując prawa do młodych i perspektywicznych piłkarzy. Sporting sprzedał Cristiano Ronaldo w trzech kawałkach, zanim oddał go Manchesterowi United. Porto zarabiało kilka razy na Deco i Pepe, a Benfica na Angelu Di Marii.

Kto będzie strzelał w Legii »


Więcej o: