Sport.pl

Legia (nie)skuteczna w obronie

Dwumecz ze Sportingiem pokazał, że konsekwentne realizowanie zadań taktycznych nie jest gwarancją sukcesu. Do awansu Legii zabrakło trochę szczęścia i koncentracji nie tylko pod bramką rywala. Legia była w dwumeczu zespołem lepszym, potrafiła stworzyć więcej groźniejszych sytuacji. Zabrakło jej siły w ofensywie. W rewanżu Danijel Ljuboja pozbawiony był długimi momentami wsparcia, a jemu samemu w najważniejszym momencie zabrakło zimnej krwi. Sporting niczym zespołu Skorży nie zaskoczył.
Gra obronna Legii

Wbrew zapowiedziom lizbończycy zaczęli spotkanie bardzo spokojnie. Legia grała agresywnie - tak jak w Warszawie, ale naciskała Sporting na jego połowie tylko w momencie, gdy ten nie kwapił się z wyprowadzaniem akcji. W pressingu za linią środkową boiska Ljuboji pomagał Janusz Gol. W momencie, gdy jeden z nich atakował gracza z piłką, drugi starał się skutecznie odcinać od podań zawodnika stojącego najbliżej.

Gospodarze w pierwszej połowie nie stworzyli sobie żadnej klarownej sytuacji. Odpowiedzialny za kreowanie gry Sportingu Fernandez był kryty bardzo blisko i miał często na plecach legionistę już na własnej połowie. Zajmował się nim zazwyczaj jeden z defensywnych pomocników, który nie pozwalał mu obrócić się z futbolówką w stronę bramki. To samo oglądaliśmy w przypadku opieki nad Maratem Izmajłowem. Artur Jędrzejczyk, tak jak w pierwszym meczu, deptał Rosjaninowi po piętach nawet, gdy ten cofał się w okolice linii środkowej.

Jak zwykle najwięcej odbiorów miał Ivica Vrdoljak. Trzeba również pochwalić Jakuba Rzeźniczaka, który chyba tylko raz przegrał pojedynek jeden na jeden. Oprócz tego bardzo dobrze asekurował skrzydłowych i niejednokrotnie przerywał groźnie zapowiadającą się akcje Sportingu. Legia jako cały blok obronny skutecznie wypychała rywala sprzed własnego pola karnego. Grała agresywnie, a na przewinienia pozwalała sobie daleko od własnej bramki. Jeden z nielicznych fauli w okolicach szesnastki skończył się katastrofą w postaci gola. I tu należy się warszawskim piłkarzom nagana, bo w niemal identyczny sposób Sporting zdobył bramkę w swoim ostatnim spotkaniu ligowym. Co więcej, tak samo Legia została skarcona przez Górnik.

Ljuboja to za mało

Legia zaczęła mecz bardzo odważnie. Efektem tego było kilka stałych fragmentów gry, które warszawiacy zdołali sobie wypracować już w kilku pierwszych minutach. Centry Macieja Rybusa nie były jednak tego dnia silną stroną polskiego zespołu.

W pierwszych dwóch kwadransach Legia swoje akcje konstruowała dość skutecznie. Jak zwykle niemal wszystkie z nich przechodziły przez Danijela Ljuboję. To Serb regulował tempo ich rozgrywania. Zazwyczaj starał się podawać do partnerów z pierwszej piłki. Futbolówkę zgrywał głową lub klatką piersiową.

W pierwszej połowie świetnie współpracował z Januszem Golem (miał trochę za dużo strat) i Maciejem Rybusem. Gra tyłem do bramki jest jego mocną stroną, ale Legia miałaby z tego dużo więcej pożytku, gdyby Serb robił to bliżej pola karnego rywala. Im dłużej trwał mecz, tym Ljuboja był bardziej osamotniony i sfrustrowany. Raził niedokładnością, przez co Legia momentami w ofensywie nie istniała. Wariant z rozegraniem piłki przez Ljuboję był tak naprawdę jej jedyna opcją w ataku. Niestety.

Najlepszy fragment meczu zawodnicy Skorzy odnotowali między 20 a 30 minutą. Wtedy wygrywali niemal wszystkie pojedynki w środku pola i zepchnęli Sporting do dość głębokiej defensywy. Potrafili utrzymać się dłużej przy piłce. W tym momencie zabrakło im jednak umiejętności szybkiego przeniesienia ciężaru gry z jednej na druga stronę boiska.

Jeden Danijel Ljuboja to za mało. Maciej Rybus nie zagrał w Portugalii meczu życia, kompletnie niewidoczny był Michał Żyro. Serb, tak jak cała Legia, traci na wartości bardzo dużo, gdy nie ma w pobliżu zawodnika z którym rozumie się bez słów. Takim jest w warszawskim Miroslav Radović. Jego nieobecność w kontekście dwumeczu ze Sportingiem miała kolosalne znaczenie.

Więcej o: