Sport.pl

Gdy myślę "Deyna", widzę Wembley z 1973 roku

O tym, że mecz Anglia - Polska z 17 października 1973 jest jednym z najważniejszych spotkań w dziejach polskiego futbolu, wie każdy kibic. Pamięta się go głównie przez pryzmat wyczynów dwóch Janów - cudownych parad Tomaszewskiego i historycznego gola Domarskiego. Często zapominamy jednak, że najlepszym piłkarzem tamtego meczu był Kazimierz Deyna.
W środę w intencji Deyny odprawiono w Warszawie uroczystą mszę, a potem prochy tragicznie zmarłego "Kaki" pochowano na Powązkach. Przy stadionie Legii stanął jego pomnik. Deyna wrócił do Warszawy, zostanie w niej na zawsze. A jak my go pamiętamy? Ja - przez pryzmat meczu na Wembley, gdzie Deyna przeszedł samego siebie.

Na pierwszy rzut oka Deyna sprawiał wrażenie piłkarza ślamazarnego, gracza, który na boisku ściera się nie tylko z rywalami, ale także ma problemy z koordynacją ruchową. To jednak pozory.

Roman Hurkowski - nieżyjący już znany dziennikarz sportowy, który był jednym z ostatnich ludzi na stałe mieszkających w Polsce, jacy spędzili z Deyną ostatnie dni jego życia, pisał o nim tak: "On nie był może na boisku zbyt dynamiczny, za to jego gra dynamiczna jak najbardziej. Nie musiał szybko biegać, bo po prostu wolał szybko myśleć i doskonale wiedział, że piłka zawsze jest szybsza od zawodnika. Co wcale nie znaczy, że nie miał dryblingu. Ale nie był to drybling oparty na szybkości, lecz przede wszystkim na technice i przewidywaniu ruchów rywali, drybling realizowany niemal w miejscu, "na stojąco". To nieprawdopodobne, ale Kazik - gracz fenomenalnie ofensywny - lepiej "czytał" zamierzających go zneutralizować rywali, niż oni jego!"

Nie da się trafniej scharakteryzować stylu gry Deyny, piłkarza, który właśnie na Wembley zaprezentował całemu światu cały wachlarz swoich możliwości.

Nominalny środkowy pomocnik, czasem napastnik, z konieczności grał na pozycji forstopera. To pozwoliło mu pokazać pełnię swoich umiejętności. Doskonały tego dnia w odbiorze piłki, jeszcze lepszy w konstruowaniu akcji ofensywnych. Rządził blokiem defensywnym i dyrygował kolegami z linii ataku. Błyskawicznie przenosił akcje z jednego pola karnego pod drugie. Podawał w ciemno, prostopadle, po krosie, górą i po ziemi. To on pozwolił rozwinąć skrzydła grającym na flankach Gadosze i Lacie. Słowem: zagrał wybitnie.

Gdy było trzeba, zwalniał akcje, prowokując rywali do ataku. Ale gdy ci chcieli mu odebrać piłkę, robił charakterystyczne "kółeczka", zwodził przeciwnika i w moment dogrywał genialną piłkę do partnera.



"Generał", jak go nazywali Francuzi, w rzeczywistości dowodził polską kadrą. Bez niego sukcesu na Wembley po prostu by nie było. Takiego Deynę wspominam.

A co Wy widzicie przed oczami, kiedy myślicie "Deyna"?

Więcej o: