78. urodziny Lucjana Brychczego. 100 lat panie Lucjanie!

Lucjan Brychczy podczas treningu Legii

Lucjan Brychczy podczas treningu Legii (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

W środę 13 czerwca 78. urodziny obchodzi Lucjan Brychczy - legenda Legii Warszawa, jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy w historii. W Legii Brychczy rozegrał 368 meczów ligowych, strzelił 182 gole. Po zakończeniu kariery został w klubie, do dziś jest jednym z trenerów, współuczestniczył we wszystkich sukcesach Legii. Najlepszego panie Lucjanie!
Brychczy urodził się w Nowym Bytomiu, w piłkę uczył się grać na Śląsku, ale w 1954 roku, w wieku 20 lat, przeniósł się do Legii. O swojej karierze w warszawskim klubie opowiadał tak:

- Do Legii trafiłem w 1954 r. w ramach odbywania zasadniczej służby wojskowej. Po roku, mimo mojej niechęci, okazało się, że zostaję na dłużej. Żona za nic nie chciała przenieść się ze Śląska do Warszawy, a ja nie chciałem żyć na dwa domy. Zdecydowałem się zostać, kiedy kierownictwo zagwarantowało mi mieszkanie.

- Kiedy ja rozpoczynałem służbę, akurat kończył ją Ernest Pohl. Władze Legii postanowiły zatrzymać nas wszelkimi siłami. Cały czas było tak, że w Warszawie grali dobrzy piłkarze, ale tylko dopóty, dopóki trwała służba w wojsku. Później wracali do swoich macierzystych klubów. Dlatego Legia, wciąż grając nowymi zawodnikami, nie była w stanie odnieść żadnych sukcesów.

- Ówczesnemu prezesowi klubu imponowało, jak tę samą kwestię rozstrzyga Honved Budapeszt. Postanowił na dwa, trzy lata przytrzymać zawodników, aż klub odniesie zadowalające osiągnięcia.

- Te ambicje spełniliśmy już w następnym sezonie. Pamiętam rok 1955 bardzo dobrze. Sytuacja w końcówce była uderzająco podobna do tegorocznej. Mieliśmy jeden punkt przewagi nad Stalą Sosnowiec, ale ostatni mecz graliśmy na wyjeździe właśnie w Sosnowcu. Spotkanie miało bardzo dramatyczny przebieg. Po 15 minutach przegrywaliśmy 0:1. Orkiestra górnicza już zaczynała grać tusz, fetując mistrzowski tytuł swojej drużyny. Udało nam się jednak wyrównać i wynik już do końca nie uległ zmianie. W taki sposób Legia zdobyła pierwszy tytuł mistrza Polski.

- Wszyscy byli bardzo szczęśliwi, ale nikt nie celebrował zwycięstwa w taki sposób jak dzisiaj. Nie czekały na nas żadne tłumy, prasa stołeczna nie poświęciła nam zbyt wiele miejsca. Zjedliśmy tylko wspólny, uroczysty obiad z władzami klubu.

- W następnym roku, 1956, wywalczyliśmy drugi tytuł z rzędu, ale już bez większych emocji. Spokojnie dotrwaliśmy do końca rozgrywek z kilkoma punktami przewagi. A po sezonie zespół znowu się rozpadł. Odeszli Pohl i Kovacz.

- Mile wspominam także triumf w 1969 r. Naszym najgroźniejszym rywalem też był wtedy Górnik Zabrze i także decydowało ostatnie spotkanie. Wygraliśmy 5:2. Po zakończeniu rozgrywek pojechaliśmy na tournee do USA: Nowy Jork, Chicago, Filadelfia. W tamtych czasach to była naprawdę wspaniała nagroda.

- Wielkie chwile przeżywałem z Legią, kiedy w Pucharze Europy dotarliśmy do półfinału. Przegraliśmy wówczas z przyszłym triumfatorem Feyenordem Rotterdam. Zadecydował mecz w Warszawie, którego nie potrafiliśmy rozstrzygnąć na swoją korzyść, mimo że cały czas mieliśmy przewagę. Do dziś śni mi się stuprocentowa sytuacja, której wtedy nie wykorzystałem. Tak samo przeżywałem przegrany mecz w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharu z Manchesterem Utd. przed trzema laty. Szansa gry w finale była już tak blisko.

- W 1973 z zawodnika Legii zostałem jej trenerem. Właśnie z tamtym momentem związane jest moje najbardziej przykre wspomnienie z tych 40 lat spędzonych w Warszawie. Ostatni mecz miałem rozegrać przeciwko Górnikowi na Łazienkowskiej. Przed meczem odbyło się oficjalne pożegnanie. Dostałem kwiaty i różne pamiątki od wielu polskich klubów. Czułem się wspaniale, tym bardziej że po kwadransie Legia prowadziła 1:0 po golu Roberta [Gadocha]. I wtedy nastąpiła katastrofa. Przegraliśmy 1:4. To był najsmutniejszy dzień mojego życia.

Ale Brychczy został w Legii i przeżył z klubem wiele pięknych chwil i sukcesów. Życzymy kolejnych panie Lucjanie!