ŁKS, Legia, kadra, czyli druga młodość Marka Saganowskiego

Latem Marek Saganowski przyszedł na Łazienkowską, by wzmocnić konkurencję w ataku, niekoniecznie jako piłkarz pierwszego składu. Nie minęły trzy miesiące, a 34-letni napastnik został po trzyletniej przerwie powołany do kadry na mecze eliminacji MŚ.
Sam powrót piłkarza do Legii był zaskoczeniem. Zresztą nie po raz pierwszy. Gdy wychowanek ŁKS trafił na Łazienkowską 10 lat temu, też nie przychodził jako gwiazda. Legia wzięła za darmo napastnika, który w 1998 r. miał poważny wypadek motocyklowy, a przez cztery kolejne lata - grając w ŁKS, Orlenie Płock i Odrze Wodzisław - strzelił w lidze zaledwie 13 goli. Zanim przyszedł do Warszawy, nie przeszedł testów w Diusburgu i Guingamp. - Nie mam miejsca w Odrze, więc dla mnie lepiej byłoby przenieść się do stolicy - mówił wtedy

Miał być rezerwowym, a nie tylko wskoczył do podstawowego składu, stworzył bardzo skuteczny duet ze Stanko Svitlicą, a potem z Piotrem Włodarczykiem, przez trzy sezony w 96 meczach strzelił dla Legii 50 goli, ale też wrócił do kadry, z której wypadł jako 20-latek.

W 2003 r. został powołany na mecz z Łotwą. Nie był podstawowym piłkarzem u kolejnych trenerów, ale był powoływany. Zwłaszcza po odejściu z Legii do Vitorii Guimaraes, a potem podczas gry w Troyes, Southampton i duńskim Aalborgu, z którym wystąpił w Lidze Mistrzów (strzelił gola Villarreal). U Leo Beenhakkera raz grał, raz nie, ale podczas Euro 2008 zagrał we wszystkich trzech meczach Polaków. W spotkaniu z Austrią i Chorwacją wychodził na boisko w pierwszym składzie.

W 2009 r. stracił miejsce w pierwszym składzie Southampton i w kadrze. Ostatni gol to trafienie z San Marino w kwietniu 2009 r., a ostatni występ w reprezentacji to mecz z Grecją w sierpniu tego samego roku. Saganowski odszedł z Anglii, niezbyt wyszedł mu też półtoraroczny pobyt w greckim Atromitosie (5 goli w lidze, a grał regularnie).

Gdy rok temu 33-letni ówcześnie napastnik wracał do Polski, wydawało się, że tylko po to by zakończyć karierę i pograć jeszcze trochę w rodzinnej Łodzi. Zarobić w przeżywającym permanentne kłopoty finansowe ŁKS się nie da, ale Saganowski zarabiał wcześniej. Ale ŁKS stać było tylko na rozpaczliwą i nieudaną obronę przed spadkiem. Od niego trenerzy zaczynali ustawianie składu, zagrał w 29 meczach ligowych strzelił sześć goli (czwartą część tego co strzelił ŁKS). Jednego dołożył w Pucharze Polski.

I wtedy zgłosiła się Legia, pogrążona w traumie po przegranym w nieprawdopodobnych okolicznościach mistrzostwie, która pozbyła się trenera i trzech napastników, a nie miała za dużo pieniędzy. Saganowski był do wzięcia bez odstępnego, znał klub, kibice go lubią. Nikt zresztą nie twierdził, że musi grać w pierwszym składzie. Ale jako uzupełnienie dla Danijela Ljuboi i być może jeszcze jednego napastnika - czemu nie. Poza tym polski, doświadczony napastnik mógłby stanowić w szatni zespołu przeciwwagę dla piłkarzy z Bałkanów.

A okazało się, że Saganowski wciąż ma ochotę strzelać gole. - To moja odpowiedź na pytanie, po co Marek Saganowski przyszedł do Legii - powiedział po hat tricku strzelonym Metalurgsowi Lipawa. Łącznie strzelił sześć goli w dziewięciu pierwszych meczach sezonu. W niedzielę trafił w Bełchatowie - po podaniu Danijela Ljuboi. Tydzień wcześniej z Koroną Ljuboja strzelił hat trick, a przy dwóch golach podawał mu Saganowski. Z Serbem szybko złapał wspólny język na boisku. Trener Jan Urban znalazł miejsce dla obu a oni strzelili zdobyli w sumie 12 z 23 bramek strzelonych przez Legię w tym sezonie.

- Całkiem niedawno żona przepowiedziała mi powrót do drużyny narodowej. Tak jak i w poprzednim sezonie, gdy grałem w ŁKS-ie, stwierdziła, że jeszcze wrócę do Legii - powiedział napastnik w rozmowie z warszawa.sport.pl.

W czasie mundialu w Brazylii będzie miał 36 lat.

Marek Saganowski: » Warto ciężko pracować