Legia po Rosenborgu. Jedynak Ljuboja, cenny Łukasik i główkowanie. Co dalej?

Legia ma świetnego - jak na polskie warunki - piłkarza, czyli Danijela Ljuboję, który w dodatku jest w wyjątkowej formie. Ale od norweskiego Rosenborga okazała się słabsza. Jeśli nie nauczy się z takimi zespołami wygrywać, pozostanie na obrzeżach europejskiego futbolu. Na razie spędzi tu kolejny sezon - pisze Kuba Dybalski z Warszawa.sport.pl. W czwartek Legia przegrała 1:2 z Rosenborgiem i odpadła z Ligi Europejskiej.
1. - Niestety, w drugich połowach obu spotkań zdominowali nas fizycznie i to o czymś świadczy. O tym, że musimy więcej pracować - powiedział po meczu Danijel Ljuboja. Norwegowie biegali z animuszem przez cały mecz. Warszawiacy słabli. W drugiej połowie bronili się na własnej połowie, a gdy tylko wychylili nosy za środkową linię, podawali niedokładnie. To też przejaw zmęczenia. Ciężka praca to dobry pomysł, ale świadczy to też o przepaści, jaka dzieli ekstraklasę i nawet nie puchary, ale eliminacje do nich. W niedzielnym meczu z GKS warszawiacy zdominowali bełchatowian, a w ostatnich minutach wyglądali, jakby z powodzeniem mogli zagrać jeszcze dwa takie spotkania. W Trondheim sami dali się zabiegać.

2. Wspomniany Ljuboja był jedynym, który mógł Legię za uszy wciągnąć do Ligi Europejskiej. Serb nie miał takiej formy od momentu, gdy przed rokiem trafił do Legii. Strzelił siódmego gola w swoim ósmym meczu. Fizycznie nie odstawał od rywali. Tylko, że był sam. Radović wypadł w czwartek słabiutko, zagrania Koseckiego zahaczały momentami o boiskowy sabotaż, Saganowski był zagubiony, tym bardziej, że piłka rzadko do niego trafiała. Przed rokiem Ljuboja nie był tak efektowny, ale miał obok siebie efektownych Radovicia i Rybusa - na europejskim poziomie. Teraz ich nie ma.

3. Bohaterem ostatnich tygodni jest w Legii Daniel Łukasik, ale akurat ten Serbowi nie pomoże. 21-latek wykonując swoje obowiązki wzorowo, w ataku na niewiele się przydaje. W Trondheim był przy piłce 31 razy. Dwa razy ją stracił, trzy razy przejął, raz nawet popisał się udanym dryblingiem. Podawał 18 razy, z czego tylko dwa razy niecelnie. I wcale nie do tyłu, ale większość podań (10) posyłał do przodu. Ale zwykle do najbliżej ustawionego kolegi. Sekret Łukasika tkwi w prostocie. Odbiór (swój albo kolegi - często "zbierał" piłki, które wybił spod nogi rywalowi inny legionista) i podanie, często z pierwszej piłki i do przodu. A jak się nie da do przodu, to do kogoś, przy kim nie ma rywala. Tylko tyle i aż tyle. Dla drużyny to niezwykle cenne umiejętności. Niestety, nie przekładają się bezpośrednio na strzelanie goli.

4. Ljuboja, przy całej jego klasie, nie jest piłkarzem wybitnie grającym głową. Okazało się, że w starciu z Norwegami nie tylko on i to jeden z powodów, że Legii zabraknie w pucharach. Przed tygodniem w grze w powietrzu Norwegowie zdominowali Legię. W czwartek też. Co prawda w Trondheim wygranych pojedynków główkowych minimalnie więcej miała Legia (35-34), ale "główka" "główce" nierówna. Legioniści wybijali głównie to, co leciało w ich pole karne, a i tak raz im się nie udało i Rosenborg wyrównał. Rywale wygrali aż 13 pojedynków o górną piłkę na połowie Legii (warszawiacy tylko pięć), również w okolicach jej pola karnego. Większość dalekich wybić warszawiaków, trafiała do piłkarzy Rosenborga i wracała na ich połowę. Zwłaszcza po przerwie. Jeśli już udało się wygrać walkę o "górną" piłkę, sprowadzenie jej do ziemi trwało długie sekundy - skakała nie wiadomo gdzie - więc nierzadko warszawiacy podawali, kopiąc byle jak. A to kończyło się stratą. I chyba nawet Artur Jędrzejczyk (nie mógł grać za kartki) by tego nie zmienił.

5. Co dalej z Legią? Ljuboja i Saganowski raczej nie doczekają się tej jesieni jeszcze jednego kolegi do ataku, choć marzy o nim trener Urban. Tylko po co, jeśli przez najbliższe trzy i pół miesiąca warszawiacy zagrają raptem 16 meczów (zakładając awans do ćwierćfinału finału Pucharu Polski)? Wychodzi nieco ponad cztery mecze na miesiąc. Przed rokiem gra w pucharach dała Legii 20 mln zł zysku z nagród, biletów i praw telewizyjnych - czyli ćwierć rocznych przychodów - a i tak budżet trzeba było domknąć sprzedażą Macieja Rybusa, Ariela Borysiuka i Marcina Komorowskiego. Teraz takich kłopotów finansowych nie ma, ale dlaczego nie skorzystać z oferty Genoi, która za wspomnianego Jędrzejczyka oferuje ponoć ponad milion euro? Piłkarz kończy już 25 lat, a w Legii zostanie przecież Jakub Rzeźniczak. Skład na ekstraklasę i tak wydaje się arcymocny.