Zielono mi, czyli felieton kibica Legii: W jeden z tych dni

Alkohol pijam sporadycznie a cygara popalam jeszcze rzadziej. To nie są zdrowe rzeczy i nie powinny być stosowane przez ludzi niepełnoletnich. Tylko że ja jestem pełnoletni. W ostatnią niedzielę obejrzałem mecz Legii w licznym i zacnym gronie. Było bardzo przyjemnie.
Po meczu zjadłem spóźniony obiad i zająłem się czymś co zostało opisane w piosence zespołu Queen: Lazing on a Sunday Afternoon. Relaksowałem się - jednym słowem. Znudziło mi się to jednak dosyć szybko i postanowiłem się uaktywnić.

Nie będę wchodził w szczegóły mojego życia prywatnego ale jednym z podstawowych warunków, które definiują moje udane pożycie z małżonką jest: żadnych gramofonów, żadnych winyli. Wprowadzenie do mieszkania mojej kolekcji automatycznie będzie oznaczać wyprowadzenie się mojej partnerki. Generalnie stosuję się do tej zasady. Chociaż...

Czy oglądaliście na National Geographic serię o ludziach przygotowujących się do nadejście apokalipsy? Zbierają broń, drążą studnie, budują gigantyczne zapasy żywności. Wierzą że koniec jest blisko, a oni chcą go przetrwać. Konflikt atomowy, uderzenie meteorytu, inwazja zombie - ci ludzie chcą być gotowi na wszystko. Ja też mam coś na wypadek gdyby zbliżał się globalny kataklizm. Ale to nie żaden Glock czy Beretta, to nawet nie zapasy cukru, mąki, makaronu czy ryżu. To sprytnie zapakowany, płaski karton z napisem "książki". Znajduje się w nim 14 zapieczętowanych płyt winylowych.

Kończyła się niedziela, kiedy delikatnie otworzyłem ten karton, wyjąłem jedną z tych płyt i z największą starannością rozciąłem folię. Młodzi ludzie, ściągający z sieci pliki nigdy nie poznają jak piękny zapach może mieć winyl - biedacy. Wytargałem schowany gramofon, podłączyłem kable do wzmacniacza, zamontowałem wkładkę. Nie miałem czasu na porządną kalibrację, ale próba wypadła przyzwoicie. Nalałem sobie odrobinę koniaku, wyciągnąłem Boliwara z tuby, przypaliłem, założyłem słuchawki, opuściłem igłę i rozsiadłem się w fotelu.

Na początku, przez dłuższą chwilę, wiał wiatr, potem w prawym kanale pojawił się bas, najpierw wolny, przyśpieszył po chwili. Później, delikatnie opóźniony, pojawił się drugi bas - w lewym kanale. I tak sobie te basy pędziły: ta-dą, ta-dą. Nagle ktoś walnął w klawisze - krótko. Basy dalej swoje. Znowu klawisze. I tak parę razy, co raz to w ciut inny sposób z syczącymi talerzami w tle. Aż nagle weszła gitara i perkusja. Perkusja taka tępa jakby ktoś łomotał w drzwi. Gitara: ciężka, przesterowana. Basy ucichły i pojawiło się coś dziwnego, elektroniczno-industrialnego.

I tak to coś sobie wibrowało, mając w tle dziwne odgłosy (Bóg jeden wie jak uzyskane), kiedy znowu zaczęła łomotać ta tępa perkusja i odezwał się ludzki, spowolniony głos, który po angielsku wykrzyczał: "W JEDEN Z TYCH DNI ZAMIERZAM CIĘ POCIĄĆ NA MAŁE KAWAŁKI". A potem wszystko ryknęło: gitara, perkusja, bas i klawisze. I tak sobie gdzieś te dźwięki mknęły, a ja się uśmiechałem z cygarem w gębie i koniakiem w dłoni. Bo właśnie w ostatnią niedzielę był TEN dzień i bardzo mi się TEN dzień podobał.