Zielono Mi. Po meczu Legia - Ruch 3:0: Nie warto grzebać w przeszlości

- Dawno nie było mi tak przyjemnie jak podczas oglądania meczu Legii z Ruchem. Nie obchodzi mnie, czy przeciwnik był słaby, czy mocny, w formie czy bez. Nareszcie zobaczyłem Legię, która zagrała jak wielki zespół - pisze Rafał Zarzycki felietonista Warszawa.Sport.pl i Gazety Stołecznej.
Przyszli, złoili okrutnie i poszli do domu. Totalna dominacja, ciekawe akcje, smaczki techniczne i taktyczne. Śmiem twierdzić, że żadna drużyna za czasów ITI nie grała tak pięknie.

Ogromną zasługą Jana Urbana jest to, że zmienił mentalność tej drużyny. To nie jest już grupa ludzi trzęsąca się na myśl: "co to będzie, jak stracimy bramkę", tylko zespół świadomy swojej wartości i skoncentrowany na kreowaniu gry. To, że Jakub Kosecki, powiedzmy to wprost: gnębiony przez Skorżę, wystrzelił jak rakieta, to pikuś. Młody, zdolny, ambitny, z dobrymi genami - musiał wystrzelić. Ale to, co Urban zrobił z Rado, to czysta magia. Przyglądałem się grze Radovica z Ruchem z otwartymi w zdumieniu ustami. Cudowne prostopadłe podania, mądre dryblingi, delikatne efektywne muśnięcia, każdy krok na boisku przemyślany i logiczny. Rewelacyjny występ.

Z Ruchem nie tylko Radović zaprezentował wysoki poziom. W 75. minucie Furman przeczytał przeciwnika tak genialnie, że zacząłem się zastanawiać, kiedy ostatni raz widziałem tak inteligentnego pomocnika. Przypomniałem sobie, to było dawno, nazwisko tego piłkarza zaczynało się na "D". A lob przez całą szerokość Koseckiego do Kucharczyka w 77. min? Nie ma stadionu na świecie, na którym nie zostałby doceniony. A czyściutkie odbiory Łukasika z błyskawicznym przejściem do kontrataku? To są wszystko drobne elementy, które składają się na jakość gry. Mimo tendencji do umniejszania sukcesów poprzez wskazywanie na słabość przeciwnika, to w moim odczuciu mecz Ruchem był miły do oglądania nie tylko ze względu na wynik, ale również na formę sztuki piłkarskiej zaprezentowanej przez drużynę Urbana.

Nie podoba mi się porównywanie Legii lat 90. do aktualnej i zastanawianie się, która by wygrała bezpośrednie spotkanie. Ma taką samą wartość merytoryczną jak rozważania typu "ile diabłów zmieści się na końcu szpilki". Zmieniły się czasy, zmienił się świat i futbol. Owszem, stara Legia grała dobrze, ale nie wszystko w tamtych czasach było takie wspaniałe. Wywiad z Maciejem Szczęsnym w tygodniku "Mecz" pod tytułem "Grupa Lambada" pokazywał silne podziały w drużynie. Jacek Bednarz (wtedy go jeszcze lubiłem) był sekowany. Stadion musiał skandować jego nazwisko, żeby Leszek Pisz podał łysemu pomocnikowi piłkę. Poza tym naprawdę lepiej nie ruszać przeszłości i nie analizować zachowania Marcina Jałochy w Atenach czy 1:2 z Widzewem będącego smutnym końcem tamtego zespołu. Pozostawmy tamtą drużynę z jej sukcesami, ale niech już lepiej z nikim nie gra. I naprawdę nie zastanawiajmy się, dlaczego nie osiągnęła jeszcze więcej.

O tym, że pod żadnym pozorem nie należy analizować dawnych idoli, niech świadczy przykład ze świata literatury i filmu. Kierowany nostalgią obejrzałem ostatnio serial na kanale filmowym. Zawsze marzyłem o samochodzie, który byłby niepozorny, ale szybki, a na dodatek mógłby pływać (wielce praktyczne w świetle coraz to nowych buspasów na mostach). W serialu atrakcyjny muzealnik z Łodzi udaje się na wakacje z nieletnimi harcerzami w poszukiwaniu "przygody". Mimo że pojawiają się wokół niego atrakcyjne kobiety (np. młodziutka Ewa Szykulska), to nie przejawia nimi najmniejszego zainteresowania. Zero flirtu, nie mówiąc o niczym więcej. Wiele lat temu to był mój ulubiony serial i książka. Nie widziałem w tej historii żadnego drugiego dna. Spoglądając na to samo przez optykę dnia dzisiejszego, odkrywam przerażającą, szokującą prawdę: Pan Samochodzik najprawdopodobniej był pedofilem!