Sport.pl

Michał Efir, czyli urodzony prawie trzynastego

- Nie po to trenuję od dziewiątego roku życia, żeby przez jakieś kontuzje to rzucić. Jestem przekonany, że to już mój ostatni uraz - mówi Michał Efir. 21-letni napastnik Legii od miesiąca leczy zerwane więzadła w rzymskiej klinice Villa Stuart. Czyta książki, zwiedza miasto i marzy o powrocie do futbolu.
Wielki mecz Legia - Lech już w sobotę! Tu znajdziesz wszystko na ten temat

Siedzi sam na korytarzu nowoczesnej kliniki. Właśnie skoczył rehabilitację. Na nogach ma dwa wielkie granatowe stabilizatory. Bez nich nie może się jeszcze poruszać. - Czekam, aż mnie ktoś zaniesie do pokoju - wita nas Michał Efir. Ostatecznie jednak idzie o własnych siłach, ale w towarzystwie lekarza.

Nie, to nie zniszczony latami gry weteran, po kilkunastu latach uprawiania futbolu, ostrych starć z przeciwnikami i tysiącu wślizgów. To najlepszy piłkarz Młodej Ekstraklasy w sezonie 2011/2012 i ogromny talent z rocznika '92 Legii Warszawa. Jak zapewnia trener Młodej Legii Dariusz Banasik, strzelanie bramek i znajdowanie się w sytuacjach strzeleckich przychodzi mu łatwiej niż Robertowi Lewandowskiemu. Szkoleniowiec pracował w stolicy ze snajperem Borussii Dortmund, kiedy ten był w wieku Efira. - Trener wspominał mi o tym, ale póki co, to bardziej jestem znany ze swoich kontuzji niż zdobytych bramek - mówi pół żartem, pół serio 21-latek.

Gdyby nie kontuzje, to być może Danijel Ljuboja miałby wiosną poważnego konkurenta do gry w pierwszym składzie. Efir regularnie trafiał w zimowych sparingach. - Chyba tylko w dwóch meczach nie strzeliłem gola - wylicza. Jednak dwa tygodnie przed startem rundy rewanżowej - po raz trzeci w ciągu niecałych trzech lat - zerwał więzadła krzyżowe. Utalentowany piłkarz ma wyjątkowego pecha. Wcześniej także trzykrotnie złamał nogę. Raz przytrafiło mu się to trzy dni przed debiutem w reprezentacji Polski do lat 15. Innym razem wpadł w... dołek na ulicy. - Naprawdę! Szedłem i noga mi poleciała - wspomina. Miał także zwichniętą rękę. Drobniejszych problemów zdrowotnych nie ma co wyliczać.

Jeden we Włoszech w szpitalu, drugi we Włoszech na ławie

Rzym. Słynna klinika Villa Stuart. To tutaj leczy się teraz urodzony w Lublinie zawodnik. Szpital z zewnątrz wygląda dość niepozornie. Znajduje się w północno-zachodniej części stolicy Włoch, z dala od turystycznego zgiełku. Otoczony jest hektarami zieleni. Recepcja przypomina bardziej nowoczesny biurowiec niż szpital. Na ścianie wisi certyfikat FIFA. - Michael? Nie ma z nim żadnych problemów. Mógłby tylko wziąć kilka dodatkowych lekcji angielskiego - uśmiecha się menedżerka Bochra, wysoka kobieta o śniadej karnacji, prowadząc nas do Efira. - Pewnie czuje się tu trochę jak w więzieniu - dodaje.

W Villa Stuart wszystkie pokoje są jednoosobowe. Każdy wyposażony jest w łazienkę oraz wielki taras. - Pewnie leżysz i się opalasz? - zagadujemy. - Myślałem o tym! Blady z Włoch przyjadę? - puszcza oko. - Widać stąd Stadion Olimpijski. Tam, między drzewami - wygląda przez okno. Kiedy leczył się w Łodzi, miał widok na stadion Widzewa. - Czyli rozwijam się - żartuje.

Po chwili przynoszą obiad. - Chyba wiedzieli, że ktoś będzie o nich pisał, bo dziś się postarali - mówi piłkarz, spoglądając na udko z kurczaka, opiekane ziemniaki i makaron. - Już schudłem chyba ze cztery kilogramy! A tak serio, to żebyście nie pomyśleli, że mnie tu głodzą. Jestem dobrze karmiony, waga mięśni po prostu spada.

Do Rzymu przyjechał miesiąc temu. Operację przeszedł 24 kwietnia. - Najgorzej, że każą mi zakładać stabilizatory także w nocy. Mogę w nich spać tylko na plecach, a ciężko mi tak usnąć. Trzeba się trochę pomęczyć - opowiada. Ale zmagał się z gorszymi rzeczami. Przed poprzednimi zabiegami był znieczulany od pasa w dół. - Wyobraźcie sobie, jakie miałem problemy z załatwieniem potrzeby - wspomina.

Opiekę ma tu bardzo dobrą, tylko trochę się nudzi. - Zostaje telewizor, internet i książka - przyznaje. Jest fanem kryminałów Agathy Christie. W klinice czyta jednak autobiografię Nicka Vujicicia. Australijczyk pochodzenia serbskiego urodził się bez nóg i rąk. - To bardzo motywująca historia - nie ukrywa. Obok na stoliku przy łóżku leży skserowana książka o technikach manipulacyjnych w mediach.

Przed zabiegiem trochę pozwiedzał. - Obszedłem pieszo z pół miasta. Włosi się dziwili, że wolę tak, a nie metrem - opowiada. Był m.in. w Bazylice Świętego Piotra w Watykanie. Najbardziej podoba mu się słynna Fontana di Trevi. Odwiedził także we Florencji swojego byłego kolegę z Legii, Rafała Wolskiego. Obaj ze słonecznej Italii na razie nie mają dobrych wspomnień. Wolski przeszedł do Fiorentiny w styczniu i do tej pory w Serie A nie zadebiutował. - Polskie media już machnęły na niego ręką, ale zobaczycie, że jeszcze będzie o nim głośno - mówi Efir.

Kumpel Ugo Ukaha

- Chcecie wyjść na zewnątrz? Zapytam pielęgniarkę, czy mogę - proponuje polski pacjent Villa Stuart. Może. W windzie zaczepia nas ciemnoskóry mężczyzna w czapce z daszkiem. - Grasz w piłkę? - pyta Michała. Ciężko nam zrozumieć jego akcent. Okazuje się, że przyjechał zobaczyć klinikę razem z Emmanuelem Emenike, napastnikiem rosyjskiego Spartaka Moskwa i reprezentantem Nigerii. Pyta nas o Emmanuela Olisadebe i piłkarza Jagiellonii Białystok, Ugo Ukaha, z którym się przyjaźni.

Idziemy w kierunku boiska ze sztuczną nawierzchnią, leżącego na terenie kliniki. Wyposażenie robi na nas wrażenie. Efir podchodzi do jednej z piłek. Kopie ją do bramki. Za lekko. Potrzebna była dobitka. - Pierwszy gol po zabiegu - komentuje.

Praca z rehabilitantem zajmuje mu półtorej godziny dziennie. Oprócz tego ćwiczy sam, z pomocą specjalnej maszyny, pomagającej rozruszać stawy. - Powinienem to robić 2-3 razy dziennie po godzinie na nogę. W sumie raz ćwiczyłem sześć godzin - mówi z dumą. Przykłada się do zajęć. Jak najszybciej chce wrócić na boisko. Po takim urazie do gry wraca się zwykle po pół roku. On ma szansę na powrót już za cztery miesiące.

Bo w Villa Stuart wszystko dzieje się ponoć szybciej. W sali rehabilitacyjnej nie ma wózków ani kul. Są za to koszulki z autografami. Doktor Paolo Mariani postawił już na nogi m.in. Francesco Tottiego, Philippe Mexesa, Fabio Quagliarellę, Brazylijczyka Lucio czy Vincenzo Montellę, obecnie trenera Wolskiego we Fiorentinie. - Jeśli doktor Mariani nie da rady, to już chyba nikt - stwierdza młody napastnik.

Karma, działająca odwrotnie

A co, jeśli i Włochy nie pomogą? Na jego miejscu niejeden już dawno by się załamał i zmienił profesję. Ale nie on.

- Nie po to trenuję od dziewiątego roku życia, żeby przez jakieś kontuzje to rzucić. Jestem przekonany, że to już mój ostatni uraz - mówi. Mimo przeciwności losu, nigdy nie myślał o rzuceniu piłki. Nie ma planu B. Do nauki go nie ciągnie. Trenerka? - Nie wiem, czy chciałbym i czy bym potrafił. Chyba ktoś musiałby mnie wtedy uświadomić, że się do tego nadaję. Dopóki ktoś mi nie powie wprost, że nie mogę grać, to będę walczył o powrót na boisko - przekonuje.

Do swoich kontuzji podchodzi z dużym dystansem. - Już się z tego śmieję. To mama się bardziej martwi - zdradza. Ani on, ani lekarze nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego przytrafiają mu się one tak często. Zwykły pech? A przecież nie urodził się wcale trzynastego, tylko czternastego dnia kwietnia. - Niewiele brakowało - uśmiecha się i dodaje, że najwięcej urazów przytrafia mu się w marcu.

- Wierzę w karmę. Nie myślę o tym, co było, dlaczego tak się działo i co miało na to wpływ. Wolę myśleć o tym, co przede mną - tłumaczy Efir. Skoro wierzysz w karmę, to musiałeś nieźle nabroić w przeszłości, skoro teraz zostałeś tak pokarany - zagadujemy. - Ja zacząłem od pokarania - odpowiada wesoło.

Młody piłkarz jest optymistą. Nie użala się nad sobą. Skąd bierze tę siłę? - Wiem, że w Legii na mnie czekają. Interesują się, dzwonią. Chciałbym być na fecie z okazji mistrzostwa Polski, a we wrześniu już pomagać drużynie w walce o kolejny tytuł. A, co ciekawe, po każdej dłuższej przerwie wracam i czuję, że nie odstaję, a wręcz przeciwnie, jestem jeszcze lepszy - ujawnia.

Do Polski wraca 17 maja. W sobotę z trybun obejrzy mecz swoich kolegów z Lechem Poznań. - Nie mógłbym tego przegapić! Tylko nie wiem, jak dam radę z tymi stabilizatorami...

Więcej o: