Sport.pl

Tomasz Kiełbowicz: W jedności siła

Stałe fragmenty ćwiczymy przynajmniej dwa razy w tygodniu. To nasz największy atut, ale będziemy też zdobywać gole z akcji - mówi 34-letni obrońca Legii Tomasz Kiełbowicz, który wykonuje wolne i rożne lewą nogą. Latem przedłużył umowę z warszawskim klubem do czerwca 2011 roku. W tym sezonie, w sześciu meczach, zaliczył trzy asysty.
Robert Błoński: Która to już pana młodość w Legii? Druga, trzecia, czwarta?

Tomasz Kiełbowicz: Nie liczę. Ważne, że na każdy trening i mecz jadę z pasją, radością i entuzjazmem z początku grania w piłkę. W marcu minie mi dziesięć lat od debiutu w Legii. Różne przeżyłem w niej chwile, ale wiem, że nie trafiają tu przypadkowi piłkarze. A jeśli nawet, to po kilku czy kilkunastu miesiącach znikają. Przetrwałem z Legią wiele, sporo osiągnąłem, i to właśnie w Warszawie przy Łazienkowskiej chciałbym skończyć przygodę z piłką. Nie wiem, czy się uda - na razie jest dobrze, oby tylko zdrowie dopisywało, bo latem było kiepsko. Po raz pierwszy od kilkunastu lat doznałem poważniejszego urazu. Leczyłem kolano i straciłem aż dwa miesiące. Do treningów wróciłem dopiero we wrześniu. Nigdy wcześniej tyle się nie rehabilitowałem, więc było trochę niepewności. Na szczęście już zapomniałem o urazie, nic nie boli. Chcę jeszcze pograć przynajmniej przez dwa sezony. Mam nadzieję, że to nie jest mój ostatni sezon w Legii.

Celowo pan mówi "przygoda z piłką", a nie "kariera".

- Tak. Nie pcham się na afisz, wielu było słabszych ode mnie, którzy osiągnęli więcej. Sporo też było lepszych, którzy zdobyli mniej. Dlatego cieszę się tym, co mam. Robię to, co lubię, i to mnie cieszy.

Latem tylko z panem i Sebastianem Szałachowskim klub przedłużył kończące się umowy. Kadrowa rewolucja pana ominęła.

- Miałem obawy, że nie doczekam meczu na nowym stadionie. Jestem doświadczonym piłkarzem, żeby nie powiedzieć zaawansowanym wiekowo. Dlatego nikt nie proponuje mi pięcioletniej umowy, tylko roczną. W tamtym sezonie robiłem wszystko, żeby w Legii zostać. Udało się, więc był powód do radości. Nie zastanawiam się dzisiaj, co dalej. Kiedy wychodzę na boisko, czuję ogromną frajdę.

Kryzys już za drużyną? Po dobrych meczach z Widzewem i Koroną, ze Śląskiem w PP i Górnikiem Legia znowu miała problemy.

- Bo musieliśmy grać atakiem pozycyjnym. Najważniejsze, że wygrywamy. Potencjał mamy ogromny, nie pokazujemy go jeszcze w pełni na boisku, ale z meczu na mecz jest lepiej.

Był moment, że pan zwątpił w mistrzostwo?

- To jest szczególny sezon. Nowy stadion, nowa drużyna i oczekiwania większe niż zwykle. A te zwykłe są niezmienne, odkąd w Legii jestem, czyli mistrzostwo. Nie wytrzymywaliśmy tej presji, nie potrafiliśmy od razu sprostać postawionym przed nami zadaniom. Naszym jedynym sprzymierzeńcem był czas i właśnie to pokazały ostatnie mecze. Czekałem, aż ta koszmarna passa porażek się skończy, bo umiejętności mamy większe niż na miejsce w środku tabeli.

Sześć razy w tym sezonie Legia wygrała, strzelając decydującego gola w ostatnich pięciu minutach. Cztery razy w lidze, dwa razy w Pucharze Polski.

- Świadczy to o naszym charakterze. Gramy do końca, nic innego nam nie zostaje. Powstaje nowa drużyna, której potrzeba cierpliwości.

Brakowało charakteru na początku sezonu?

- Raczej zrozumienia i zagrania. Jeden piłkarz potrzebuje na aklimatyzację tydzień, inny miesiąc, a kolejny pół roku. Nowi mają umiejętności, widzę to na treningu.

Rzuty wolne i rożne bije pan od lat. Potrzebuje pan jeszcze potrenować stałe fragmenty?

- Tak. Musi być odpowiednia siła i precyzja, ale w miejscu, gdzie spadnie piłka, musi być któryś z moich kolegów. I to właśnie dopracowujemy na zajęciach. Im więcej razy kopnę piłkę z miejsca, tym uderzenie jest precyzyjniejsze. Każdy wie, co ma zrobić, gdzie się znaleźć w polu karnym. Ćwiczymy to przynajmniej dwa razy w tygodniu. Całą drużyną, warianty i ustawienia przy wolnych i rożnych powtarzamy do znudzenia. Ale, trochę jakby na przekór, przed meczem z Górnikiem nie miałem okazji trenować, bo leczyłem drobny uraz. Wszystko jednak fajnie się ułożyło, że po wolnych padły gole w niedzielę. Ale siłą Legii wreszcie staje się zespół, ciężko wyróżniać kogoś indywidualnie, ale i nie ma słabych punktów. Jeden walczy za drugiego.

Żałuje pan, że październik się skończył? Wygraliście w nim osiem meczów.

- Ale na początku pokonała nas Lechia. W listopadzie chcielibyśmy uniknąć takich wpadek, choć czekają nas ciężkie mecze. W sobotę przyjeżdża Jagiellonia, potem jedziemy do Krakowa grać z Wisłą. Trzeba odrabiać straty.

Kiełbowicz w Legii

Wiosna 2001: 14 meczów ligowych, 0 goli; 01/02: 26-1; 02/03: 29-3; 03/04: 22 mecze, 0 goli, 1 asysta; 04/05: 26-5-6; 05/06: 27-0-0; 06/07: 16-1-3; 07/08: 23-0-5; 08/09: 14-0-1; 09/10: 20-2-1; 10/11: 6-0-3.

źródło: canalplus.pl

Więcej o: