Ekstraklasa. Miroslav Radović deklaruje: Będę Polakiem

Miroslav Radović

Miroslav Radović (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

- Mam ogromny szacunek dla Polski i Polaków. Dobrze się tu czuję, ludzie mają podobną mentalność do Serbów. Za kilka miesięcy wystąpię z wnioskiem o polskie obywatelstwo - mówi skrzydłowy Legii Warszawa Miroslav Radović w rozmowie ze Sport.pl.
Wszystkie akcje polskiej ligi na Ekstraklasa.tv »

Robert Błoński, Jakub Dybalski: Jak pan reaguje na mrozy?

Miroslav Radović: W środę trenowaliśmy w hali, więc nie było źle. We wtorek, kiedy mieliśmy zajęcia na powietrzu, było dramatycznie zimno.

Ekstraklasa przełożyła 16. kolejkę na wiosnę. To dobrze, że nie będzie meczu z Cracovią?

- Dla nas to strata. Nie wiadomo, jak ostatnia w tabeli Cracovia będzie wyglądała w lutym.

Jednak mecz w takich warunkach jak spotkanie Lecha z Juventusem nie miałby sensu.

- Oglądałem i... niewiele widziałem. W Juventusie gra mój kolega Miloš Krasić. Dzień przed meczem zadzwonił z Poznania i spytał, co się dzieje, co to za pogoda. Ale akurat on powinien być przyzwyczajony, bo wcześniej grał w Rosji.

Serbscy piłkarze wyjeżdżają z Partizana czy Crvenej Zvezdy do wielkich klubów za wielkie pieniądze. Pan latem 2006 roku w wieku 22 lat trafił do Legii za 800 tys. euro.

- Przez pół roku siedziałem na ławie Partizana, a Legia zdobywała mistrzostwo i długo o mnie zabiegała. Trener Wdowczyk przyjeżdżał do Belgradu mnie oglądać. Nim się zgodziłem, rozmawiałem z byłym trenerem Legii Dragomirem Okuką i z "Aco" Vukoviciem, który w Warszawie grał. Mówili o dobrych i złych stronach. Ta najgorsza to brak sukcesów w Europie. Odkąd jestem w Warszawie, nie zdobyliśmy też mistrzostwa. Czas to zmienić. W 2006 roku decydująca dla mnie była świadomość, że w Legii będę grał.

Spodziewał się pan, że spędzi w w Warszawie tyle czasu?

- Nie. Myślałem, że po dwóch latach dobrej gry wyjadę do lepszego klubu. Stało się inaczej, dziś jestem weteranem, choć mam dopiero 26 lat. Trochę się tu zmieniło, odkąd przyszedłem.

Pierwszy sezon miał pan znakomity - sześć goli i aż dziewięć asyst. Dlaczego każdy kolejny był słabszy?

- Trener Wdowczyk mi ufał, a ja się dobrze z tym czułem i dobrze grałem. Po zmianie szkoleniowca tak wesoło nie było. Trener Urban nie bardzo we mnie wierzył i nie cenił mnie. Zdarzało się, że w pięciu kolejnych meczach zmieniał mnie w przerwie. To było przygnębiające. U niego obowiązywała zasada: strata jedna, strata druga, strata trzecia i w przerwie zostawałem w szatni. To była także moja wina, bo nie grałem na miarę możliwości. Brakowało mi pewności, bałem się podejmować ryzyko, bo wiedziałem, co za to grozi.

Urban wymagał od pana jako skrzydłowego Legii około dziesięciu goli w sezonie.

- Miał rację, powinienem dokładać siedem-osiem asyst. Nie gwarantowałem tego i o to były największe pretensje szkoleniowca.

A o wieczne symulowanie fauli? Bywały mecze, że częściej pan leżał, niż biegał.

- W tym sezonie już nie udaję. Po meczu z Arką przyznałem nawet, że nie powinno być karnego, bo najpierw to ja trzymałem rywala za rękę, a on mnie przewrócił dopiero później. To nie było symulowanie, tylko błąd sędziego. Wcześniej zdarzało mi się udawać, tyle że sędziowie szybko się zorientowali i było mi coraz trudniej wymusić faul. W Serbii też tak grałem, ale w polskiej lidze liczy się walka i agresja. Dla symulantów miejsca nie ma.

Stracił pan trzy sezony w Legii Urbana?

- Nie zrobiłem postępu, a każdy kolejny sezon był w moim wykonaniu gorszy, więc tak. Na palcach jednej ręki mogę policzyć dobre mecze. Jestem w takim wieku, że powinienem się rozwijać.

Rozmawiał pan z trenerem?

- Najgorsze były chwile, kiedy na prawym skrzydle trener ustawiał środkowego pomocnika Piotrka Gizę. Znaczyło to, że na mnie w ogóle nie liczy. Nie mam jednak nic przeciwko trenerowi Urbanowi. Zawodziłem go, bo strzelałem za mało goli i miałem za mało asyst. Oczekiwał ode mnie więcej. Rozmawialiśmy, ale moja sytuacja się nie zmieniała.

Dlatego chciał pan odejść?

- Gazety pisały co pół roku, że odchodzę. A naprawdę to tylko oferta z Partizana latem 2009 roku była na serio. Dwa razy porozmawiałem z serbskim trenerem AEK Ateny Duszanem Bajeviciem. Na tym się skończyło.

Ofert nie było, więc przedłużył pan kontrakt z Legią.

- Rok temu, do czerwca 2012 roku. Jesień 2008 miałem niezłą, dostałem propozycję od dyrektora Trzeciaka i w styczniu 2009 roku się dogadaliśmy.

Odetchnął pan po zwolnieniu Urbana?

- Miałem nadzieję, że nowy trener mi zaufa. Stefana Białasa, który był w Legii dwa miesiące, nie liczę.

U Macieja Skorży sezon zaczął pan jako rezerwowy.

- I to nie pierwszy czy drugi, ale jeden z ostatnich. Nikt się nie spodziewał, że dostanę szansę, bo do Legii przyszli nowi piłkarze. Ale niektórzy grali słabiej, niż oczekiwano, dlatego trener postawił na mnie.

W trzeciej kolejce, we Wrocławiu, grał pan od początku. I znowu, jak u Jana Urbana, został zdjęty w przerwie. W następnym meczu trener Skorża wysłał pana na trybuny.

- To był najtrudniejszy moment w Legii. Nigdy wcześniej nie byłem na trybunach, nawet w Partizanie. Trener Skorża powiedział wtedy: "Świetnie prezentujesz się na treningach, ale nie widzę tego w meczach. Chcę dać szansę Michałowi Kucharczykowi". Przegraliśmy z Bełchatowem 0:2, potem było 0:1 w Chorzowie, gdzie siedziałem na ławce. Dzień później kilku zawodników - m.in. ja - miało wystąpić w Młodej Ekstraklasie przeciwko Ruchowi. Trener uprzedził nas, że niektórzy w niej pozostaną. Gdy to usłyszałem, pomyślałem: "Koniec ze mną". Dlatego z Młodym Ruchem starałem się ze wszystkich sił, grałem z zaangażowaniem i kara mnie ominęła. Nieźle spisałem się w Lubinie, wszedłem w drugiej połowie meczu z Lechem i zaczęły się dla mnie lepsze czasy. Niedawno trener Skorża powiedział, że już widział mnie w Młodej Legii. Uratowałem się dosłownie w ostatniej chwili.

W sparingu z Legionovią trener po raz pierwszy ustawił pana za napastnikiem.

- Grałem na różnych pozycjach. Kiedyś nawet na prawej obronie.

Na czym polega różnica w pana grze za napastnikiem a byciem skrzydłowym?

- Mam więcej miejsca i swobody. Trener mówi, że we mnie wierzy, że mam się nie bać ryzyka i pokazywać to, co najlepsze. Już nie boję się strat. Mam świadomość, że pomagam drużynie.

Dlaczego Legia tak słabo zaczęła sezon? Przegrała cztery z sześciu meczów.

- Nie wiem. Wtedy wstydziłem się chodzić po ulicy, bo co miałem powiedzieć kibicom? Na szczęście wróciliśmy na właściwe tory, wygraliśmy z Widzewem i Koroną.

Z Arką było 3:0 po bardzo słabej grze.

- Takie słabe mecze się zdarzają, ale dla nas najważniejszy jest wynik. Z Polonią Bytom graliśmy dużo lepiej.

Legia jak wygrywała, to często szczęśliwie. Ale jak przegrywała, to z przytupem. Po 0:3, a nawet 0:4.

- 0:4 z Wisłą było koszmarem. Szkoda, że Manu i Marcin Komorowski nie wykorzystali okazji na początku. Byliśmy zespołem, który albo wszystko zgarniał, albo wszystko tracił. Nie remisowaliśmy, dziewięć zwycięstw dało nam trzecie miejsce i nadzieję na mistrzostwo. Wiosną nie możemy tracić tylu głupich bramek. To wina całej drużyny. Nie było jednak dwóch meczów, które zagralibyśmy w identycznym składzie. Brakowało stabilizacji, nie potrafiliśmy utrzymać wysokiej formy przez dłuższy czas. Ale potencjał Legii jest ogromny. Na razie nie wszyscy dają jej tyle, ile mogą. Sprzymierzeńcem jest czas.

Aco Vuković powiedział niedawno, że od początku w pana wierzył. Na ławce nikt już niczego od pana nie oczekiwał, zeszła presja i kiedy pojawiła się szansa, skutecznie zaatakował pan "z drugiego planu". Strzelił pan trzy gole, dołożył dwie asysty, to więcej niż 25 proc. goli zdobytych przez Legię.

- Wszyscy mnie skreślili, więc tylko ja w siebie wierzyłem. Miałem przeczucie, że skoro jest nowy trener, nowy stadion i rozśpiewani kibice, to może i dla mnie nadejdą nowe czasy. Kiedy zacząłem grać, przestałem czuć napięcie z poprzednich lat. Nie miałem nic do stracenia.

Prowadzący Polonię trener Urban powiedział po meczu w Bytomiu, że ustabilizował pan formę, bo do Warszawy przyjechała z Serbii pana żona.

- Żona tylko czasem musi jechać do Serbii, bo tam studiuje. Kiedy jest w Warszawie, jestem spokojny. Gdy jej nie ma, czasem trzeba pójść z kolegą tu czy tam. Na szczęście teraz jest w Warszawie praktycznie na stałe.

Legia przegrała sześć meczów, ma równy bilans bramkowy (19-19), a mimo to zajmuje trzecią lokatę ze stratą tylko trzech punktów do lidera.

- Nie tylko my przegrywamy, ale tylko my nie remisujemy. Pamiętając początek, trzecie miejsce musi cieszyć. Zimą ktoś wzmocni drużynę, ale nie sądzę, żeby zmiany były tak duże jak latem. Walki o tytuł nie odpuścimy, skoro nie straciliśmy szans po tym, co się z nami działo na początku. Mistrzem będzie Legia, Jagiellonia, Wisła albo Lech. Najgroźniejsza będzie Wisła.

Ile czasu panu zajęła nauka polskiego?

- O transferze do Legii wiedziałem długo przed przyjazdem. W Serbii kupiłem sobie polskie rozmówki. Mieszkałem w hotelu Agrykola i miałem tyle wolnego czasu, że na naukę poświęcałem dwie-trzy godziny dziennie. Słowa na literę k nauczyłem się na pierwszym treningu. Wszyscy ciągle je powtarzali, a ja nie wiedziałem, o co chodzi. Wyjaśnił mi Vuko. W Serbii inaczej się przeklina. Nie minęło jednak pół roku, a już rozmawiałem z dziennikarzami. Mam jeszcze problem z pisaniem, bo robię za dużo błędów ortograficznych. Ale się uczę. Mam ogromny szacunek dla Polski i Polaków. Dobrze się tu czuję, ludzie mają podobną mentalność do Serbów. Za kilka miesięcy wystąpię z wnioskiem o polskie obywatelstwo.

Z zawodu jest pan kelnerem.

- Skończyłem szkołę gastronomiczną w Belgradzie, miałem praktyki w restauracji, ale zapomniałem, jak się wykonuje ten zawód. Szczerze mówiąc, to nie nadawałem się do pracy kelnera. Od zawsze najlepiej umiałem grać w piłkę nożną. To jedyna praca, którą mogę wykonywać

Plany na przyszły rok?

- Będę gonił rekordy z sezonu 2006/07, kiedy miałem sześć goli i dziewięć asyst. Chcę być skuteczniejszy.

Pawełek zostanie w Wiśle Kraków »


Skomentuj:
Ekstraklasa. Miroslav Radović deklaruje: Będę Polakiem
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX