Piłkarz roku w Warszawie. Adrian Mierzejewski: Dostałem w kość, ale to pomaga

- Najtrudniej było w IV lidze. Grałem w miasteczkach, których nazw już nie pamiętam i nie wiem, czybym znalazł je na mapie. Dostałem w kość, ale to mi pomogło - mówi najlepszy piłkarz 2010 roku w Warszawie. Oprócz niego nominowani byli też Andreu Mayoral i legioniści - Jan Mucha i Ivica Vrdoljak.
Wideo, bramki i skróty z ekstraklasy w serwisie Ekstraklasa.tv »

Debiut i osiem meczów w reprezentacji Polski, pozycja lidera w Polonii. W warszawskiej piłce to był rok Adriana Mierzejewskiego. 26-letni pomocnik jest pierwszym zawodnikiem "Czarnych Koszul" wyróżnionym przez nas po dziesięciu latach. Ostatnim był w jednym z najwspanialszych w historii klubu z Konwiktorskiej, obfitym w trzy trofea (mistrzostwo, Superpuchar, Puchar Ligi) roku 2000 - Tomasz Kiełbowicz.

W tym roku Polonia tylko utrzymała się w lidze, po pierwszej rundzie sezonu 2010/11 zajmuje ósmą pozycję, ale wychowanek szkółki piłkarskiej Naki Olsztyn wyrastał ponad ligową przeciętność większości piłkarzy Polonii i Legii. Strzela gole, asystuje, kreuje grę, potrafi również zwrócić na siebie uwagę oryginalnym dryblingiem wyćwiczonym w olsztyńskich lasach.

Polonia kupiła Mierzejewskiego z drugoligowej wówczas Wisły Płock w styczniu 2009 roku, płacąc jedynie ekwiwalent za wyszkolenie - 500 tys. zł. To najlepszy z kilkunastu transferów "Czarnych Koszul" dokonanych za czasów Józefa Wojciechowskiego.

Olgierd Kwiatkowski. Świetna gra w Polonii, debiut w kadrze, kilka wyróżnień, w tym od "Gazety Stołecznej". Wie pan już czemu, a może komu, zawdzięcza wysoką formę?

Adrian Mierzejewski: Dobrą postawę zawdzięczam trenerom: José Mari Bakero i jego współpracownikowi Luisowi Villarroelowi, Pawłowi Janasowi, Franciszkowi Smudzie, ale także kolegom z drużyny, bo dzięki ich zagraniom mogłem strzelać bramki. Cieszę się, że ten rok tak się ułożył, choć mógł zdecydowanie lepiej.

Z czego pan jest niezadowolony?

- Chciałbym w końcu strzelić bramkę w reprezentacji, a Polonia mogła zagrać dużo lepiej, szczególnie w drugim półroczu. W pierwszym broniliśmy się przed spadkiem i udało się nam wyjść z trudnej sytuacji, choć nie było łatwo. W tym sezonie dobrze wystartowaliśmy, byliśmy liderem, a skończyliśmy tylko na ósmej pozycji. Powinniśmy być zdecydowanie wyżej.

W którym momencie pan poczuł, że nadszedł przełomowy rok? W poprzednim nie wiodło się panu tak dobrze.

- Nastąpiła kumulacja pozytywnych zdarzeń. Nie byłoby powołań do kadry, gdyby nie udane mecze ligowe. Zdecydowało o tym najpierw zaufanie, jakim obdarzył mnie trener Bakero. Dał mi mnóstwo wolności na boisku. Udana poprzednia runda pomogła mi wejść dobrze w sezon. Z każdym tygodniem, miesiącem było coraz lepiej. Czułem się też doskonale fizycznie.

To zasługa Villarroela, specjalisty od przygotowania fizycznego u Bakero?

- Jeżeli się mówi o Bakero, nie wypada nie wspomnieć o Luisie. Nigdy podczas okresu przygotowawczego nie cierpiałem tyle, ile za jego czasów. To były najtrudniejsze zgrupowania w moim życiu, ale harowałem, bo czułem, że to ma sens.

Pracowaliśmy zupełnie inaczej niż u polskich trenerów. W styczniu zagraliśmy pięć sparingów z rzędu, biegaliśmy przy minus 30 stopniach. Nie były to jakieś maratony czy bieganie po górach, ale sprinty po 15 albo 30 sekund - kilkadziesiąt razy podczas jednych zajęć. Wszystko było dokładnie zaplanowane. Dużo czasu poświęcaliśmy zwiększaniu mocy, ćwiczyliśmy na specjalnych pasach z gumami, żeby poprawić elastyczność.

Nie mam wątpliwości, że podziałało to na mnie niezwykle pozytywnie. Nie umierałem na boisku w 60. albo 70. minucie. Mogłem wytrzymać cały mecz, a większość bramek strzelałem w drugich połowach.

Z techniką nigdy nie miał pan problemu. Jej nie nauczył się pan w Polonii.

- Piłką zaraził mnie ojciec. Był napastnikiem, a później obrońcą Stomilu Olsztyn. Awansował z trzeciej do drugiej ligi, ale dosyć wcześnie musiał skończyć karierę. To, że zostałem zawodnikiem i że potrafię zagrać technicznie, jest tylko jego zasługą. Jeszcze gdy byłem w przedszkolu, zabierał mnie na halę, na boisko. Non stop ćwiczyliśmy razem, najpierw w formie zabawy, aż w wieku 12 lat zaprowadził mnie do szkółki Naki Olsztyn. Tata cały czas czuwa nad moją karierą. W grudniu, kiedy przyjeżdżam do domu, często siadamy razem przed telewizorem i analizujemy mecze, czasem pójdziemy pograć. To już mój pierwszy i stały trener.

Na czym polegały wasze ćwiczenia?

- Robił małą bramkę, często z patyków, i kazał mi trafiać w zaznaczone miejsce. Do znudzenia trenowaliśmy przyjęcie piłki, było kopanie piłką o ścianę, ćwiczenie podań też o ścianę, żonglowanie dużą piłką i piłeczką tenisową. Rekordy tata do dziś ma zapisane w specjalnym zeszycie. Nie pamiętam, ile wynosiły, ale mogę sprawdzić. Na pewno spokojnie przekraczałem setkę. Potem, gdy już piłka mi nie przeszkadzała i zaczęło mi to sprawiać wielką frajdę, ćwiczyłem sam, i to regularnie, bo dłuższa przerwa wybijała mnie z rytmu.

Trzeba było to robić, bo w szkółkach piłkarskich trenerów jest mało, a dzieci wiele. Ćwiczeniom technicznym poświęca się nie za wiele czasu. Doskonaliłem dryblingi, robiłem po treningach rajdy z piłką między drzewami albo slalomy między tyczkami. Namiętnie oglądałem mecze i sztuczki najlepszych piłkarzy. Wtedy nie było internetu, więc zostawało wideo. Podpatrywałem ich i starałem się naśladować, pokazać potem to na boisku.

Kto był dla pana wzorem?

- Diego Maradona i Christo Stoiczkow.

A José Mari Bakero?

- Pamiętam go z meczów dream teamu Barcelony, ale to był zawodnik, który mało kiwał, nie mógł być moim idolem. Dużo strzelał bramek, ale nie był takim wirtuozem jak Stoiczkow. Jako trenera bardzo go szanuję.

Ciągnęło pana tylko do piłki?

- Był taki moment, że trenowałem równocześnie tenis i piłkę nożną, ale trzeba było wybrać. Nie dało się połączyć tych dwóch dyscyplin. Doszła jeszcze szkoła, uczyłem się języków. Tenis był dla mnie doskonałym przygotowaniem do futbolu.

Grywa pan jeszcze w tenisa?

- Rzadko, nie mam czasu. Szkoda. Czasem na obozie rozegram jakiś sparing, ostatnio z Łukaszem Trałką, raz z nim wygrałem, raz przegrałem. Na najbliższym obozie będzie kolejny pojedynek.

Z Naki Olsztyn wygrał pan mnóstwo turniejów, kilka międzynarodowych. Nikt pana wtedy nie wypatrzył?

- Byłem jednym z najmniejszych chłopaków w grupie. Nikt mnie nie mógł zauważyć. Jeździliśmy do Niemiec, do Francji, sporo też osiągnęliśmy w Polsce - zdobyliśmy brązowy medal mistrzostw Polski juniorów. Nikt oprócz mnie się nie wybił. Był Arek Czarnecki, on debiutował w lidze w Lechu Poznań. Kamil Ryłka trafił do Legii, ale nie udało mu się w niej zagrać. Było jeszcze paru chłopaków, którzy zagrali na szczeblu drugo- albo trzecioligowym.

Dlaczego panu się udało?

- Pomógł mi szybki transfer do Wisły Płock. Mogłem posmakować gry z seniorami, mając zaledwie 17 lat. Im dłużej zawodnicy grają między sobą w młodym wieku, tym częściej hamuje się ich rozwój. Dzisiaj, nawet jak chłopcy grają w Młodej Ekstraklasie, to nie przyniesie im to za wiele pożytku, bo jeśli na trening pierwszego zespołu trafi się w wieku 20-21 lat, to moim zdaniem jest już za późno.

Ja trafiłem do zespołu, w którym byli: Andrzej Kobylański, Darek Gęsior, Darek Romuzga. Mogłem ich podpatrywać i rywalizować z nimi codziennie na treningu. Miałem wtedy ofertę z Wisły Kraków, ale z drużyny juniorów, bez szans na granie z seniorami. Bez sensu. W Płocku trener Jabłoński zapowiedział, że da mi szansę, że widzi we mnie mały talent, z którego można coś zrobić. Zabrał mnie na obóz do Zakopanego, potem wyleciałem z pierwszą drużyną na Cypr.

Czy pobyt w Wiśle Płock był dobrym czasem w pana karierze?

- Pierwszy rok miał służyć temu, żebym nauczył się grać w piłce seniorskiej, nabrał obycia w nowym otoczeniu. Na treningach często musiałem grać przeciw Marcinowi Wasilewskiemu. To była twarda gra, ale jakoś sobie poradziłem. Po pół roku zadebiutowałem w ekstraklasie, w meczu z Groclinem Grodzisk. Jako 18-latek miałem ponad 40 występów w lidze. Potem przyszły zmiany trenerów, rywalizacja i wypadłem z obiegu. Zostałem przesunięty do rezerw, potem wypożyczony do Zagłębia Sosnowiec.

Najtrudniej było mi IV lidze. Grałem w miasteczkach, których nazw już nie pamiętam i nie wiem, czybym znalazł je na mapie. Zamiast w szatniach musiałem przebierać się w barakach. To była dla mnie szkoła życia, zobaczyłem, że zawsze w karierze piłkarza można znaleźć się na zakręcie. Dostałem w kość, ale to mi pomogło.

Czy nie został pan odsunięty od pierwszej drużyny z własnej winy, za niesportowy tryb życia?

- Pojechałem do Płocka jako 17-letni chłopak, bez rodziców, dostałem jakieś pieniądze - nieduże, ale własne. Zdarzały się wyjścia do dyskoteki, jak każdemu młodemu chłopakowi w takim wieku. Musiałem się wyszaleć. To było siedem lat temu, już dawno.

Z Wisły zna się pan ze Sławomirem Peszką. Namawia go pan teraz do przyjścia do Polonii?

- Taki temat się pojawił. On jednak bardziej myśli o wyjeździe za granicę niż przejściu do innego polskiego klubu. Przedstawiłem mu atuty Polonii, że jest to drużyna, która cały czas będzie się zbroić.

Czy Polonia nie przypomina panu czasami dawnej Wisły Płock? Dobrzy piłkarze, bogaty sponsor i właściciel, a wyniki marne.

- Jak przychodziłem do Polonii, zajęliśmy czwarte miejsce. Wtedy nikt nie brał nas poważnie, bo byliśmy po fuzji z Groclinem, a poszło całkiem nieźle. W półfinale Pucharu Polski przegraliśmy z Lechem po karnych. W Płocku nie zrobiło się wszystko od razu. Był Puchar, potem Superpuchar, ale drużynę budowano latami. Wszystko musi się odbyć spokojnie, bez nerwowych ruchów, w końcu sukcesy przyjdą.

Ale częste zmiany trenerów chyba wam nie pomagają. Dwa lata gra pan w Polonii, a miał pan już siedmiu szkoleniowców.

- Jestem tylko zawodnikiem. Pomagam zrobić dobry wynik. Klubem rządzi prezes i naszym obowiązkiem jest przyjść na trening, potem zagrać mecz. Nie my wybieramy trenerów.

ADRIAN MIERZEJEWSKI

Ur. 6 listopada 1986 r. w Olsztynie.

Kluby: Naki Olsztyn, Stomil Olsztyn, Wisła Płock, Mazowsze Płock, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Płock, Polonia Warszawa (kontrakt ważny do czerwca 2013 roku).

Występy w ekstraklasie: 92 (w Polonii - 55), gole: 10 (w Polonii - 8).

Występy w reprezentacji Polski: 8

Oni też byli kandydatami na warszawskiego piłkarza roku 2010

Andreu Mayoral (Polonia). O hiszpańskim pomocniku zrobiło się głośno dzięki wypowiedziom właściciela "Czarnych Koszul", który zamierzał odsunąć go od drużyny. Wtedy jednak - gdy na chwilę stracił miejsce w składzie - okazało się, że Polonia bez niego traci jedną półkulę mózgu i płat płuca. Hiszpan może biegać przez 90 minut i grać w tym samym rytmie. Jeśli podaje piłkę, to z dokładnością do centymetra, w zależności od potrzeb do przodu albo na boki. Nic sobie nie robi z presji rywala. Gra z gracją i inteligencją dawno niewidzianą na polskich boiskach. Jak na wychowanka Barcelony przystało.

Jan Mucha (Legia). Choć w Legii grał tylko przez pierwszą połowę roku, to dziś kibice nie mogą odżałować, że zamiast przedłużyć kontrakt, wybrał ofertę Evertonu. Słowak w pojedynkę potrafił ratować remisy i zwycięstwa. Wiosną między słupkami wyczyniał rzeczy w ekstraklasie niespotykane. Ratował zespół w meczach z Jagiellonią (obroniony karny), Piastem (obroniona sytuacja sam na sam przy stanie 1:0) i Koroną (przynajmniej pięć świetnych interwencji). Na MŚ z reprezentacją Słowacji wyszedł z grupy, wyprzedzając m.in. Włochy.

Ivica Vrdoljak (Legia). Najdroższy piłkarz ekstraklasy (kupiony latem za milion euro), najlepiej zarabiający w Legii (ma pensję ok. 300 tys. euro) i jedyny z letnich transferów, który się w Legii sprawdził. Chorwat wpadł po uszy w klub, w którym na boisku mówi się pięcioma językami i który na początku rundy przegrał cztery z sześciu meczów. Został kapitanem i rolę udźwignął. Nadał Legii charakter. Walczył za trzech w świetnym meczu z Lechem, który pogrążona w kryzysie Legia wygrała 2:1, grając w dziesiątkę. Z czterema golami jest najlepszym strzelcem zespołu, a jego wejścia w pole karne przy rzutach rożnych (tak strzelił gola Widzewowi) budzą postrach rywali. Przy nim postępy, po raz pierwszy od wielu miesięcy, zaczął robić drugi z defensywnych pomocników Legii Ariel Borysiuk.