Pierwszy powojenny mistrz Polski: Bo kiedyś to były derby Warszawy

To nie do pomyślenia, co się teraz dzieje. Ludzie boją się założyć koszulkę Polonii, gdy idą na mecz, kibice wyzywają się na derbach - mówi Zdzisław Sosnowski, piłkarski mistrz Polski z pierwszego powojennego sezonu.
W jego domu na szafie stoją dwa proporczyki: Legii i Polonii. Rozdziela je miniaturka Pucharu Polski, który zdobył w 1952 roku w barwach "Czarnych Koszul". Sosnowski grał w obu warszawskich klubach, choć sukcesy odniósł w drużynie z Nowego Miasta. Oprócz pucharu zdobył też pierwsze powojenne mistrzostwo Polski. Był zmiennikiem Henryka Borucza, ale to on bronił w decydującym o tytule spotkaniu z AKS Chorzów. Do dziś utrzymuje się w świetnej fizycznej formie, podczas gali stulecia Polonii wbiegł po schodach, by odebrać pamiątkową statuetkę.

Olgierd Kwiatkowski: Przed wojną nie grał pan w żadnym z wielkich warszawskich klubów: Legii, Polonii, Warszawiance. To dlatego, że był pan za słaby?

Zdzisław Sosnowski: Zacząłem trenować piłkę w wieku 13 lat. Wcześniej grałem na podwórku, ale nie było za bardzo czym, byliśmy szczęśliwi, jak trafiła się szmacianka.

Poszedłem do drużyny Fort Bema, na Powązkach. Mieszkałem na Pawiej, tak jak moi przodkowie od 200 lat. Na Polonię miałem daleko, najbliżej na stadion Skry Warszawa. Oni trenowali na dwóch boiskach przy cmentarzu żydowskim na Okopowej, ale to była drużyna robotnicza, biedna. Nie mogłem tam się zapisać. Mój ojciec mi nie pozwalał. Mowy nie było. Chciał, żebym się uczył. Musiałem przed nim ukrywać miłość do piłki. Gdy przychodził do domu sprawdzał, czy mam czyste ręce, czy buty są w porządku, czy czasem nie trenowałem. W Forcie Bema było wszystko. Przygotowany strój do treningu, ręcznik, natryski, a na Skrze dawali wiadro wody, michę i mówili: "Myj się". Tak wyglądały te drużyny robotnicze. Gdybym tam grał, było ryzyko, że ojciec się zorientuje. Z wygody, ale i konieczności wybrałem Fort Bema, również dlatego, że pracowała tam siostra ojca. Mówiłem, że idę do cioci, a szedłem na trening. Tata umarł jeszcze przed wybuchem wojny, potem miałem już wolną rękę.

Także podczas wojny? Wtedy przecież trudniej było grać w piłkę.

- Rozgrywki miały swój terminarz, godziny meczów, graliśmy w różnych miejscach - w Piasecznie, na Ochocie w ogródku jordanowskim, na Polu Mokotowskim, na Podskarbińskiej na Pradze. Najpierw występowałem w drużynie Pawianka. Założyli ją chłopcy - tak jak ja - mieszkający na Pawiej, potem zapisaliśmy się do konspiracyjnego związku okręgowego i nazwaliśmy zespół Korona. W 1943 roku graliśmy w finale mistrzostw Warszawy, przegraliśmy. W bramce rywali, drużyny z Grochowa, stał Henio Borucz, później mój wielki konkurent do miejsca w bramce Polonii.

Pamiętam różne historie związane z konspiracyjną piłką. My mieliśmy w zespole Niemca Milkego, ale mówiliśmy na niego Miłkowski. Gdyby nie on... Raz żandarmeria na rogu Kijowskiej i Targowej zatrzymała naszego magazyniera, który w wielkiej torbie niósł cały sprzęt. Gdybyśmy to stracili, musielibyśmy się wycofać z rozgrywek. Milke nas wybronił. Poszedł na posterunek i powiedział, że oni nie bawią się w politykę, tylko grają. Oddali nam sprzęt.

Dla mnie jednak z tych czasów najdziwniejsza anegdota dotyczy zespołu Toebens z ulicy Płockiej. Dyrektorem klubu był Niemiec, kiedyś zawodnik Hamburga, kierownikiem Żyd Ludwik Marmur, a piłkarze polscy. I to podczas okupacji. To zespół, który zagrał na Polonii mecz z Niemcami, podczas wojny!

Chcieli mnie ściągnąć do drużyny, ale podziemie przyszło do Marmura i powiedziało: "Sosna musi zostać w Koronie, bo nie mamy bramkarza". Znalazłem w Toebensie pracę, jako kuśnierz. To była fabryka, która szyła kurtki na front wschodni.

Rok po zakończeniu wojny Polonia zdobywa mistrzostwo Polski. Jak to było możliwe, że w tak zniszczonym mieście powstaje najlepsza drużyna w Polsce?

- Bo my w okupację cały czas graliśmy i poziom tych rozgrywek był wysoki. Wspomniany Milke przysłał mi po wojnie szklaneczkę z autografami piłkarzy reprezentacji Anglii. Był też list. Napisał w nim: "Zdzisiu, gram w Tottenhamie". Szklanka jest jeszcze dziś gdzieś na Polonii. Z naszej Korony stworzyliśmy Warszawiankę, a że prezes nie miał pieniędzy, wszyscy odeszliśmy do Polonii. Gdyby nie Warszawianka, Polonia nie zdobyłaby mistrzostwa w 1946 roku.

O ten tytuł było naprawdę ciężko. Z AKS-em w ostatnim meczu wygraliśmy, ale przed samym końcem Polonia spuchła. Strasznie się napracowałem. Na meczu było 20 tysięcy ludzi, drugie tylu stało poza stadionem. Na bieżni był taki tłum, że nie widziałem, kto wybija rzut rożny.

Cztery lata po mistrzostwie Polonia spadła na 41 lat z ekstraklasy. Dlaczego?

- Wykruszyli się najlepsi. Wróciłem wtedy do Polonii z Legii, miałem 31 lat i nawet nie chciało mi się grać, bo taki słaby to był zespół. Nie miałem żadnego zadowolenia z występów. Nie płacili też dużo. W Legii dostałem etat oficerski w Domu Wojska Polskiego. Zarabiałem 1,5 tys. zł, kiedy przeciętna pensja wynosiła 600-700 zł. Całkiem nieźle. W Polonii dostałem pierwszy etat jako milicjant, bo przez kilka miesięcy była klubem policyjnym. Z Heńkiem Boruczem zostaliśmy oddelegowani na Wileńską, na komisariat. Byliśmy wywiadowcami. Potem Polonia stała się kolejowa. Pracowałem na Chmielnej w biurze elektryfikacji kolei. Przyjmowałem telegramy, jeśli zdarzyła się awaria sieci trakcyjnej. Poprawiło się nam, gdy przeniesiono nas do ministerstwa, ale w Polonii było zdecydowanie gorzej niż w Legii.

Legia, w której pan grał omal nie spadła z ligi?

- To ja ją uratowałem przed spadkiem. Zagrałem świetny mecz w Poznaniu z Lechem. Dziś prezes Piekarzewski (honorowy prezes Polonii) ma do mnie pretensje, ale sumienie nie pozwalało, trzeba było grać najlepiej, jak się umie.

Grał pan w Legii i Polonii. Na szafie obok siebie stoją proporczyki obu klubów. Nie dokuczano panu nigdy z powodu występów w obu zespołach.

- Zawsze byłem lubiany w Warszawie. Ja przecież mieszkałem na Czerniakowskiej, kiedy byłem graczem Polonii i nigdy nic mi się z tego powodu nie stało. To, co się teraz dzieje, to są rzeczy nie do pomyślenia, że ludzie boją się założyć koszulkę Polonii, kiedy idą na mecz, że się kibice obu klubów wyzywają na derbach. Przecież zaraz po wojnie trenowaliśmy na stadionie Wojska Polskiego na przemian z Legią, bo Polonia nie miała gotowych boisk. Kalendarz tak był ustawiony, że jedną niedzielę w Warszawie grała Legia, a w następnej Polonia. Inna sprawa, że wtedy na mecze Polonii przychodziło 15 tysięcy ludzi, a Legii najwyżej kilka. Na finale Pucharu Polski na Łazienkowskiej w 1952 roku większość stanowili kibice Polonii.

Dlaczego nie wystąpił pan wtedy w finale?

- Sam bym chciał to wiedzieć. Broniłem w poprzednich meczach pucharowych, aż Odrowąż wstawił do bramki Borucza. Może dlatego, że Borucz mieszkał w Zalesiu, Odrowąż też. Tydzień przed spotkaniem z Legią Henio pokazał się na treningu, powiedział, że on będzie grał. Miałem jakąś kontuzję, której nabawiłem się od rzucania na asfalt, ale byłem gotowy.

Potem chodził pan na Polonię albo na Legię

- Rzadko. Pracowałem w Urzędzie Dzielnicowym na Woli i nie miałem czasu, ale byłem też trenerem, szkoliłem młodzież. Podczas jednej z konsultacji na AWF-ie opiekowałem się 16-letnim Włodkiem Lubańskim. Niedawno znów się poznaliśmy na Polonii. U mnie w kadrze Warszawy grał Jacek Gmoch. Pamiętam, jak przeciw Elblągowi prosił się o to, żeby wejść na boisko, bo chciał koniecznie, żeby jego nazwisko pojawiło się w gazetach. Miałem pod opieką Ryszarda Szymczaka z Pruszkowa, który potem zdobył złoty medal na olimpiadzie.

Wskazałby pan najlepszego zawodnika w historii Polonii?

- Wszyscy mówią o Szczepaniaku. Pamiętam, jak w meczu z AKS-em puściłem bramkę. Strasznie to przeżywałem, ale potem podszedł do mnie były bramkarz reprezentacji Polski Madejski i powiedział: "Nie martw się, bo przez Władka nie zdobyliśmy medalu na olimpiadzie. To on popełnił błąd". Szczepaniak był strasznie popularny. W żydowskiej dzielnicy na Pawiej każdy chciał być Szczepaniakiem. On był też nietykalny. Ze współczesnych piłkarzy trudno mi powiedzieć o kimkolwiek, nie obserwuje tego tak dobrze.

Nie podoba się panu współczesna piłka nożna?

- Nie podoba. Dziwię się, że ta Polonia jest tak wysoko. Z drugiej strony po prostu tu jest niski poziom. Ja wolę w telewizji obejrzeć mecz Barcelony. Między ich grą a polskimi drużynami to jest jakaś sakramencka różnica.

Więcej o: