Sport.pl

Józef Wojciechowski odchodzi. Kto po nim w Polonii?

Miałem pewien cel, zamierzałem go zrealizować, być najlepszym w Polsce, awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów - mówi o przyczynach odejścia z Polonii Józef Wojciechowski.
Właściciel "Czarnych Koszul" chwilę po piątkowej porażce z Ruchem Chorzów na Konwiktorskiej zapowiedział, że wycofuje się z finansowania warszawskiego klubu, nie zamierza również pozostać w piłce nożnej. Nie pierwszy raz Wojciechowski złożył taką deklarację, ale dziś wydaje się, że zdania nie zmieni.

Zawiódł się na polskiej piłce. W Polonię inwestował przez sześć lat, w 2006 roku uratował klub przed bankructwem, potem jednak dwukrotnie nie udało mu się wrócić do ekstraklasy, mimo że do ówczesnej II ligi sprowadzał uznanych graczy (Radosław Gilewicz, Radosław Majdan, Grzegorz Wędzyński, Mariusz Liberda, Mariusz Pawlak). W 2008 roku wykupił licencję Groclinu i Polonia wróciła do ekstraklasy. Rok później zajęła czwartą pozycję, najwyższą za czasów Wojciechowskiego, choć w tym roku nadal ma szansę na to, by ją poprawić.

Kategoryczny w sądach, bezwzględny wobec trenerów (dokonał 17 zmian szkoleniowców) i piłkarzy, przez wprowadzanie nieustannej presji na wynik również swoją postawą przyczynił się do braku sukcesów.

Być może rzeczywistym powodem odejścia Wojciechowskiego wcale nie jest stracona szansa na mistrzostwo, ale nadarzająca się okazja sprzedaży Polonii. Pojawił się co najmniej jeden chętny na przejęcie jej aktywów. Rozmowy trwają.

Olgierd Kwiatkowski: Czy potwierdza pan słowa, które wypowiedział pan tuż po meczu z Ruchem, że wycofuje się z Polonii?

Józef Wojciechowski: Potwierdzam. Mój czas w Polonii się skończył. Nie zamierzam dłużej poświęcać go temu klubowi i polskiej piłce. Dłużej już tego nie będę ciągnął, nie mam 40 lat, ale przekroczyłem sześćdziesiątkę, potrzebuję spokoju, więcej czasu, by poświęcić go rodzinie. Trzeba umieć się z tym rozstać, wymóc na sobie odważną decyzję, tak jak robi się to z rozwodem, z rzuceniem palenia papierosów.

A nie będzie pan ratował Lechii Gdańsk? Często pojawiają się sugestie, że miałby pan to zrobić kosztem Polonii.

- Bzdura. Z nikim i nigdy na temat przejęcia Lechii nie rozmawiałem.

Co dalej z Polonią?

- Parę opcji już prześwituje. Jakieś propozycje do mnie wpływają. Na łamach prasy nie będę mówił o szczegółach. Ja jestem otwarty, z każdym usiądę, porozmawiam, przeanalizuję wszystko. Nie mam wielkich oczekiwań od kupca. Uznałem pieniądze włożone w ten klub dla mnie za stracone, nie sądzę, żebym je odzyskał.

Zakłada pan bankructwo klubu?

- Nie przewiduję takiego rozwiązania. Jeśli nie znajdzie się kupiec, możliwa jest jednak likwidacja. Szkoda by było, żeby taki klub przestał istnieć, ja nie chcę do tego dopuścić, zwłaszcza że wziąłem go sześć lat temu, gdy upadał, i coś dla niego zrobiłem. Upadku Polonii absolutnie sobie nie życzę, po prostu czekam na oferty, rozpatruję obecne. Z mojej strony dopilnuję wszystkiego, żeby piłkarze nie rozwiązali umów z winy klubu dlatego, że nie dostają pensji. Te sprawy ureguluję.

Dlaczego pan odchodzi? Czy taką decyzję wywołała porażka z Ruchem? Polonia ma nadal szansę na podium. Co będzie, jeśli wygra trzy ostatnie mecze?

- Miałem pewien cel, zamierzałem go zrealizować, być najlepszym w Polsce, awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Za każdym razem wychodziłem z czymś nowym, żeby się w końcu udało. Sprowadzałem coraz ciekawszych piłkarzy. Nie byli to gracze znikąd, oni coś w poprzednich klubach znaczyli, odgrywali nieraz pierwszoplanowe role. Mamy dobrą drużynę.

Przed tym sezonem wprowadziłem nowy system premiowania. To była nowość. Jeśli Polonia zdobyłaby mistrzostwo Polski, zarobek piłkarzy wzrósłby na koniec sezonu o 40 procent. Oni za każde kolejne spotkanie dostawali rosnące premie. To są ogromne pieniądze w dzisiejszych trudnych czasach, a mimo to nie przekonały zawodników do lepszej pracy. Ja tego nie rozumiem.

Miałem też wizję związaną z sukcesem sportowym. Dobra gra, mistrzostwo, Liga Mistrzów zmusiłyby nas do gry na Stadionie Narodowym, chciałem wykorzystać ten potencjał. Myślę, że wtedy klub mógłby na siebie zarabiać, zaczęłoby się to bilansować, nie musiałbym do niego dokładać.

A które ze środowisk zniechęciło pana najbardziej do inwestowania w piłkę: piłkarze, trenerzy, a może urzędnicy miejscy, którzy nie zwracali uwagi na potrzebę zmodernizowania stadionu Polonii?

- Każde po trochu. Teraz, tuż po meczu, dołożyłbym do tego PZPN, który nie potrafi zadbać o właściwy serwis sędziowski, o brak profesjonalizmu tej instytucji. Skandalem związanym ze spotkaniem z Ruchem było to, że delegatem na ten mecz był człowiek z tego samego regionu co nasz rywal. Ja, i nie tylko ja, uważam to za naruszenie pewnych zasad. W tym sezonie straciliśmy dwie bramki po wcześniejszych zagraniach ręką rywali, z Ruchem też ich gracz w ten sposób zagrał, ale sędzia puścił grę, a Caniego wyrzucił z boiska. Sędzia nie może być pierwszoplanową postacią na boisku, a w piątek był.

A sobie nie ma pan nic do zarzucenia?

- Mam, i to wiele. Nie byłem człowiekiem z tej branży, nie znałem tego specyficznego środowiska, miałem tylko doświadczenie z biznesu, z zarządzania wielką firmą, a to zupełnie coś innego. Ale też okazało się, że nie popełniłem głupich błędów przy transferach, jak dyrektorzy sportowi, prezesi, których zatrudniałem. Sprowadziłem Władimira Dwaliszwilego, od razu zaakceptowałem Edgara Caniego. Owszem, to ja stoję za transferem Avirama Baruchjana. Nie skreślam go. Aviram zagrał tylko w dwóch meczach, ale nie wiem, czy dlatego, że on jest słaby, czy słabi są trenerzy, którzy go prowadzili, bo zwyczajnie nie dostawał szansy, a był przecież najlepszym piłkarzem w Izraelu.

Coś z tymi trenerami naprawdę jest nie tak. Zostają nimi Tomasz Hajto, Piotr Świerczewski albo ten młody chłopak z Lecha, którego nazwiska nie pamiętam. Hajto i Świerczewski nie mają licencji, kursów i co, czy można im zarzucić, że są gorsi od tych, którzy pracują latami w polskiej lidze? Nie, ja uważam, że czeka ich świetlana przyszłość.

Próbował pan eksperymentować z zagranicznymi trenerami, też nie wyszło.

- Nie tylko u mnie oni byli. Jest coś takiego jak polska mentalność piłkarzy. Dziś jestem mądrzejszy i mogę o tym tak mówić. Do tej polskiej mentalności trzeba dostosować trenera. Trudne zadanie. Nie można nagle wprowadzić szkoleniowca z pruskim reżimem pracy, jakim u nas był Holender Theo Bos. Piłkarze się zbuntują, powiedzą, że ich zajechał, to też dziwne, że oni mają prawo tak mówić. Na Zachodzie baliby się coś takiego powiedzieć.

Kiedy ostatecznie wycofa się pan z Polonią?

- Nie jest to kwestia paru dni, dwóch, trzech tygodni. To trochę potrwa. Chcę to zrobić spokojnie, bez podgrzewania atmosfery.

Więcej o: