Powołanie dla Wszołka. Polonia już nie niszczy reprezentantów, ale ich promuje

Paweł Wszołek otrzymał powołanie do reprezentacji Polski. Jeszcze raz okazało się, jak wiele - na dobre - zmieniło się na Konwiktorskiej wraz z odejściem Józefa Wojciechowskiego.
Poprzedni właściciel "Czarnych Koszul" miał to do siebie, że lekką ręką płacił miliony za reprezentantów Polski. Skupywał ich na potęgę. Każdy piłkarz, który nie grał w Legii, Lechu, Wiśle, a miał za sobą epizod w kadrze prędzej, czy później trafiał do Polonii. Długo by wymieniać. Pierwszym był Łukasz Trałka, a potem się posypało: Tomasz Brzyski, Dariusz Pietrasiak, Patryk Rachwał, Jakub Tosik, Janusz Gancarczyk, Artur Sobiech, Maciej Sadlok, Grzegorz Bonin - wszystkich brał za każdą cenę Wojciechowski. Byli (niektórzy są nadal) w Polonii "emerytowani" reprezentanci, wracający z zagranicy: Euzebiusz Smolarek, Adam Kokoszka, Marcin Baszczyński i ci, którzy ostali się w spadku po Groclinie: Tomasz Jodłowiec, Radosław Majewski, Sebastian Przyrowski.

Polonia reprezentantom Polski nie pomagała. Na rangę symbolu zasługuje przykład Jodłowca z maja tego roku. Obrońca Śląska Wrocław, który przez cztery sezony grał na Konwiktorskiej w ostatniej chwili został odrzucony z kadry Franciszka Smudy na mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie. Wcześniej szansę na kadrę stracili: Sadlok, nie wspominając o Brzyskim, Gancarczyku, Trałce, Tosiku... Reprezentanci Polski w Polonii tracili swój status.

Nie udało się też - poza jednym wyjątkiem - wypromować piłkarza na miarę kadry. Był nim Adrian Mierzejewski, kupiony za czasów Wojciechowskiego z Wisły Płock za 500 tys. złotych, który przez dobrą grę w Polonii został gwiazdą ligi i doczekał się regularnych występów w kadrze, a w końcu rekordowego transferu do Trabzonsporu (za 5,25 mln euro). Znalazł się jeszcze w szerokiej kadrze Polski Daniel Gołębiewski i na tym koniec. Biorąc pod uwagę skalę wydatków, jakie poniósł Wojciechowski na polskich zawodników i efekt jaki to przyniosło, można mówić o totalnej porażce tej koncepcji, sprowadzania reprezentantów. Polonia psuła albo też niszczyła kadrowiczów.

Wszołek potrzebował trzech meczów w lidze, jednego w Pucharze Polski i jednego w młodzieżówkę, by zasłużyć na powołanie do kadry. Strzelił już w tym sezonie we wszystkich meczach pięć goli, w ekstraklasie zaliczył trzy asysty, uczestniczył w większości bramkowych sytuacji "Czarnych Koszul". Dokonał tego wszystkiego w zespole, który do sezonu przygotowywał się trzy tygodnie, bo nie wiadomo było, czy wystartuje w ekstraklasie.

Owszem 20-letni przyszedł do Polonii za czasów Wojciechowskiego, ale pewnie gdyby właściciel pozostał, to znów nie dostawałby szans na grę, bo poprzedni właściciel kupiłby ponownie jakiś piłkarzy wypromowanych po jednym udanym sezonie. O mały włos Wszołek musiałby walczyć o miejsce w składzie w obecnej drużynie "Czarnych Koszul", z Maciejem Iwańskim bądź Wojciechem Łobodzińskim, ale na szczęście Piotr Stokowiec okazał się na tyle mądry, żeby nie iść tą samą drogą, co poprzedni właściciel.

Różnie tłumaczy się udany początek sezonu Polonii. Tym, że jest świetna atmosfera, tym, że nikt nikogo już się nie boi, że zostali w drużynie piłkarze, którzy chcą grać, a nie tylko zarabiać. Wszołek jest tego dobrym przykładem. W nowej Polonii rozwinął skrzydła.

Jaki to paradoks. Dawna, bogata Polonia traciła reprezentantów, bo właściciel, trenerzy nie umieli się z nimi obchodzić. Nowa, podobno biedna ich zyskuje i promuje, dzięki potrafiącemu się zabrać do rzeczy trenerowi i nie przeszkadzający mu w niczym, spokojnemu właścicielowi Ireneuszowi Królowi.

Więcej o: