Paweł Wszołek, piłkarz po przejściach: Dostałem mocno w kość [ROZMOWA]

- To wszystko było takie szalone, tyle rzeczy przez rok zdarzyło się w moim życiu, aż trudno to wszystko zliczyć. Dostałem mocno w kość, przeszedłem szkołę życia. Nie był to do końca stracony czas, skoro dziś gram w drużynie z ligi włoskiej - mówi Paweł Wszołek, były piłkarz Polonii.


Na Konwiktorską wrócił w poniedziałek. Wraz z reprezentacją Polski. Nie zapomniał jednak, że na tym stadionie grał przez kilka sezonów. Do klubowej restauracji przekazał koszulkę nowego klubu - Sampdorii Genua. Od lata występuje we włoskim zespole, walczącym o utrzymanie w Serie A. Wystąpił w czterech spotkaniach, w trzech w pierwszym składzie. O tym też marzy, by w pierwszej jedenastce wyjść na mecz eliminacji MŚ z Ukrainą i Anglią.

Olgierd Kwiatkowski: Rok temu debiutowałeś w reprezentacji w meczu z RPA, zagrałeś od pierwszej minuty z Anglią. Wtedy nie było wątpliwości, że zasłużyłeś na miejsce w kadrze nawet w spotkaniach eliminacji MŚ, a jak jest dziś?

Paweł Wszołek: Wtedy grałem regularnie w ekstraklasie, strzelałem gole, miałem asysty. Wszystko mi dobrze wychodziło. Teraz dopiero wchodzę do nowej drużyny, ale z Serie A. Coraz częściej w niej występuję, nawet jeśli wcześniej - na początku sezonu - brakowało mi minut, to teraz je uzupełniam. W trzech spotkaniach wystąpiłem w podstawowej jedenastce, w niedzielę wszedłem na 12 minut. Czuję boisko. Czy wystąpię z Ukrainą? Sam z niecierpliwością czekam na odpowiedź na to pytanie. Jestem w pełnej gotowości i chcę tego bardzo. Strasznie się cieszę, gdy przyjeżdżam na kadrę, gdy reprezentuję Polskę, ale podwójnie się cieszę, kiedy mogę zagrać w koszulce z orłem na piersi.

Masz świadomość, że w porównaniu z tym, co było rok temu, zmieniła się sytuacja na twojej pozycji?

- Wtedy nie było Kuby, to kluczowy zawodnik reprezentacji. Na skrzydle może grać jeszcze Adrian [Mierzejewski]. Panuje w tym miejscu spora rywalizacja, ale to dobrze i nie oznacza to, że kiedykolwiek odpuszczę. Czy zasłużyłem, czy nie, na grę, będę dalej mocno pracował tu na zgrupowaniach, również po to, żeby zasłużyć na kolejne powołania.

Wierzysz w to, że będą to powołania na mecz o coś, czy już tylko towarzyskie?

- Czekamy, aż wszystko rozstrzygnie się na boisku, wierzę do końca w ten zespół.

Od twojego debiutu w reprezentacji wiele działo się w twoim życiu piłkarskim: kłopoty Polonii i jej bankructwo, perypetie z transferem do Hannoveru, w końcu nowy klub. Jak to wszystko na ciebie podziałało?

- To wszystko było takie szalone, tyle rzeczy zdarzyło się w moim życiu, aż trudno to wszystko zliczyć. Dostałem mocno w kość, przeszedłem szkołę życia. Jako człowiek stałem się dzięki temu dojrzalszy, jako piłkarz chyba też. Nie był to do końca stracony czas, skoro dziś gram w drużynie z ligi włoskiej.

Mimo wszystko przecież cały czas trenowałem, nie miałem w tym czasie na szczęście kontuzji. Cały czas uczyłem się swojego zawodu, poprawiałem to, co widziałem, że u mnie szwankuje. Owszem, wiosną szło mi słabo, wtedy może zrobiłem mały krok w tył. Wypadłem z kadry, ale dostawałem powołania do młodzieżówki. A dla mnie każda nasza reprezentacja bez względu na kategorię wiekową jest reprezentacją i grać w niej to wielkie wyróżnienie, bo gram dla kraju.

Uważasz, że dobrze wybrałeś, idąc do Sampdorii? Czy może Hannover, do którego miałeś odejść zimą, byłby lepszym rozwiązaniem?

- Jak już wybrałem, to nad czym tu się zastanawiać? Niczemu to nie służy, niczemu nie pomaga. Jak zakończę karierę, to będę to wszystko analizował. Teraz zostaje mi ciężka praca, harówka na treningu, walka o miejsce w składzie i o zwycięstwa z drużyną, by się utrzymać w lidze. Ja tych ofert miałem naprawdę wiele. Zimą były jeszcze inne z Bundesligi, jedna z Premier League. Teraz z Włoch, z Niemiec, Belgii. Nie zagrałem przecież świetnej rundy, żeby się za mną zabijali, to nie ma co wybrzydzać. Od początku coś czułem, że Sampdoria to jest to. Trener Delio Rossi nalegał na mój transfer, obserwował wiele moich meczów i był zdecydowany na mnie. Mi się tutaj bardzo podoba - miasto, wspaniały klimat do życia, morze, stadion, wierni kibice, znakomite warunki do treningów.

Lazio Rzym nie byłoby lepsze?

- Wiem tylko, że taka oferta była, ale Sampdoria zgłosiła się pierwsza.

Jest coś, co cię naprawdę zaskoczyło w Sampdorii i czego musisz się uczyć od początku?

- Nie uważam, żeby polscy trenerzy byli źli. W Polsce każdy, z którym pracowałem, wiele mnie nauczył. We Włoszech priorytetem jest jednak gra obronna i całą taktykę jej właśnie się podporządkowuje. Z takim nastawieniem na defensywę wcześniej się nie spotkałem. Każdą akcję buduje się, zabezpieczając tyły. Każdy bez wyjątku zawodnik, czy to jest napastnik, czy ofensywny skrzydłowy, musi dobrze bronić. Na treningach defensywa to także priorytet. Pracujemy pod tym kątem nad przesuwaniem formacji, właściwym ustawieniem ciała, nad stałym zachowaniem kontaktu wzrokowego z piłką i partnerami. Na odprawach też głównie rozmawiamy o defensywie.

Wyjechałeś z Polski jako gracz ofensywny.

- I nadal nim jestem. Dopiero jak znajdę się 35 metrów od bramki przeciwnika, to wtedy mogę sprzedać wszystkie swoje walory, to, czego się nauczyłem w dzieciństwie - drybling, minięcie rywala na pełnej szybkości. Wtedy jest miejsce na spontaniczność. Dlatego może nie pokazałem jeszcze we Włoszech tego, co potrafię najlepiej. Słucham tego, co trener do mnie mówi i skupiam się na obronie. Takiej taktyki wymagali od nas nasi przeciwnicy. Bo co mieliśmy robić z Romą i Milanem, jak nie grać z kontry? Wtedy nawet się urywałem kilka razy. Wcześniej, w swoim debiucie z Cagliari, strzeliłem gola, niesłusznie nieuznanego przez sędziego.

Jesteś - jak Włosi - pod wrażeniem Romy, która wygrała wszystkie dotychczasowe siedem meczów w Serie A?

- Ja zapamiętałem mecz z nimi jako strasznie dla nas pechowy. W pierwszej połowie Manoli Gabbiadini wychodził na pozycję sam na sam. Jak by strzelił, to byłby zupełnie inny mecz. Potem dostaliśmy dwie bramki z niczego. Jeszcze ci sędziowie. W naszych meczach popełniają błędy, jakich nie widziałem w ekstraklasie. W Polsce mamy sędziów na dużo wyższym poziomie.

Trener Rossi dużo z tobą rozmawia?

- Jest osobą trochę zamkniętą, nie chwali zawodników - przynajmniej publicznie - przed drużyną. Nie zagrałem do pory ani strasznie źle, ani jakoś dobrze, żeby coś mi mówił osobiście. Jeśli rozmawia, to o taktyce. Każe często schodzić mi do środka, tak żeby wciągać w tę strefę przeciwnika i zrobić miejsce obrońcy na skrzydle.

Rozmawiasz już po włosku?

- Rozwijam się, mam nadzieję, że nie tylko piłkarsko, ale i językowo. Na początku kompletnie się gubiłem, tak szybko do mnie mówili, że nic nie rozumiałem. Bariera językowa już minęła. Mam nauczycielkę włoskiego - Polkę. Trzy razy w tygodniu jeżdżę na lekcje, choć gdy mamy treningi dwa razy dziennie, to odpuszczam.

Do włoskiego jedzenia też się przyzwyczaiłeś?

- Obiecałem sobie przed wyjazdem, że na pewno nie będę pił kawy. Ale oni tam przyrządzają ją tak dobrze, że nie mogę się bez niej obejść. Taka mała, a taka dobra. Nawet w szatni mamy express i zawodnicy często przed wyjściem na trening popijają kawę. To dobrze działa, klubowi lekarze nie mają nic przeciw. Przyzwyczaiłem się już do makaronów i sałatek. Mam jednak słabość do fast foodów i czasami coś zjem na mieście.

Nie masz z tego powodu kłopotów? We włoskich klubach zwraca się baczną uwagę na odżywianie.

- Rozmawiałem na ten temat z dietetykami i powiedzieli, że każdy organizm potrzebuje od czasu do czasu takiego jedzenia. Raz w tygodniu stajemy na wagę i mamy mierzoną tkankę tłuszczową. Nigdy nie przekroczyłem normy, w Polonii było zresztą podobnie. Pilnuję się.

Czy dostałeś pierwszą wypłatę w Sampdorii?

- Tak, przed tygodniem.

To była twoja pierwsza pensja. Od kiedy?

- Od roku? Coś koło tego. W Polonii raz chyba dostałem premię, w Sampdorii zarobiłem pierwsze pieniądze za podpisanie kontraktu, ale przedtem przez rok biedowałem. Na początku pomagała mi mama, potem mój menedżer. Dostałem lekcje na całe życie, ale nikomu nie życzę takiej. Czasami człowiek nie ma wpływu na to, co się dzieje, Nie oszuka przeznaczenia. Taka była moja dotychczasowa droga, której już nie zmienię.

Ale wciąż nie możesz zapomnieć o Polonii. Rok temu do klubowej restauracji przekazałeś koszulkę ze swojego pierwszego meczu w reprezentacji, a teraz przed poniedziałkowym treningiem kadry na Konwiktorskiej z Sampdorii.

- Ten klub chciał zniszczyć jeden człowiek, ale nawet nas, piłkarzy, nie zniszczył. W poprzednim sezonie byliśmy zgraną paczką, z atmosferą, jakiej nam zazdrościli w innych klubach i miejscem w czołówce ekstraklasy na koniec sezonu. Treningi mieliśmy zawsze na wysokim poziomie, nikt ich nie odpuszczał, przez cały czas wspierali nas kibice. Sentyment pozostał. Kontaktuję się z kolegami z tej drużyny. Wszyscy śledzimy wyniki Polonii w IV lidze. Czekamy, aż wyjdzie na pierwsze miejsce, a potem szybko wróci do ekstraklasy.

Warszawa.sport.pl na Facebooku. Dołącz do nas!