"Siekiera" wierny czarnej koszuli. 50 lat Stanisława Kralczyńskiego w Polonii

- Spacerowałem z dziewczyną, niedaleko stadionu Polonii. Zaczepił mnie ówczesny bramkarz, Tadek Strybrzyński. Spytał mnie o plany. "Z Warszawy się nie ruszam" - odpowiedziałem. Tadek najwidoczniej musiał opowiedzieć o tym w klubie, bo zaraz znalazł mnie trener Gierwatowski i zaproponował grę. Zgodziłem się - wspomina Stanisław Kralczyński. W Polonii został na kolejne 50 lat.


Stanisław Kralczyński, trener oldbojów Polonii, a w przeszłości jej piłkarz, obchodzi 50. rocznicę pracy w klubie. Z okazji jubileuszu dziś na stadionie przy Konwiktorskiej odbędzie się turniej oldbojów. Polonia wystawi dwie drużyny - młodszą i starszą. Do Warszawy przyjedzie także Cracovia oraz Polonia Hamburg. Z tej okazji trener podzielił się z nami wspomnieniami - o złotniku z Nowego Światu, który płacił piłkarzom, o byciu szoferem Kazimierza Deyny i autostopie na mecz w Olsztynie. Ale od początku.

Trociny na boisku

Staś przychodzi na świat w 1942 roku, w trakcie wojny. Rodzice - inteligencja. Tata był prawnikiem, mama skończyła szkołę handlową. Mieszkają na Henrykowie, peryferyjnym osiedlu Pragi Północ. Dorasta w hołdzie dla dziadka - wojskowego, który zginął w Palmirach. Rodzice chcą, by Staszek też był wojskowym. Ale jego ciągnie do piłki.

Razem z kolegami z Pragi zakładają podwórkową drużynę - Henrykowiankę. Sami "budują" boisko - kawałek ubitej ziemi przysypują trocinami, żeby nie poobcierać nóg i wbijają w nią słupki. Grają w turniejach dzikich drużyn. W prezencie dostają własną, skórzaną piłkę - wówczas towar prawie niedostępny. Zbierają złom, a za uciułane złotówki szyją sobie koszulki, korki na szmaciaki nabija im znajomy szewc.

Pierwszy raz na meczu? 1952 rok. - Zabrał mnie tata. Straszny mróz był, pamiętam jak dziś - wspomina Kralczyński. - Polonia, choć oficjalnie "Kolejarz", grała w gościach na stadionie Wojska Polskiego z rezerwami CWKS, to był finał Pucharu Polski. Pełne trybuny, Polonia wygrywa 1:0. Gola strzelił Zdzisław "Ciuła" Wesołowski. To była świetna drużyna. Grali w niej Misiak, Wołosz... Większość z nich spotkałem po latach, w oldbojach, mimo że byli ode mnie dużo starsi - dodaje.

W piłkę, tak na poważnie, Staszek zaczyna grać mając 16 lat. Na porzucenie podwórkowego grania i przejście do Farmacji Tarchomin namówił go starszy brat. Zaczyna w juniorach, ale rok później gra już w trzeciej lidze, jako środkowy napastnik. W międzyczasie dostaje nawet powołanie do reprezentacji Warszawy.

Tyle że niedługo potem upomina się o niego wojsko. - Przyszedł do mnie Walery Kisieliński i powiedział, że weźmie mnie na służbę do Legii. Nie było mi źle, bo inaczej pojechałbym gdzieś w Polskę, na "białe niedźwiedzie". A tak byłem w Warszawie, blisko domu, no i mogłem grać w piłkę.

W Legii Kralczyński gra dwa lata. Ówczesny trener Igor Gordon robi z niego prawego obrońcę. Zauważa, że młody piłkarz jest ostry, zdecydowany, a do tego ma piekielnie mocne uderzenie i precyzyjne dośrodkowanie. Z tego powodu otrzymuje zresztą ksywkę "Siekiera", która towarzyszyć mu będzie przez całe życie.

Kralczyński gra w jednej drużynie z Lucjanem Brychczym, braćmi Blaut, Władysławem Grotyńskim. Pozostaje w ich cieniu, zalicza treningi z pierwszą drużyną, zbiera doświadczenia. Ale na "zawodowego" iść nie chce. Jego kariera w Legii się więc kończy.

"Z Warszawy się nie ruszam"

Na Łazienkowskiej zdążył jednak wyrobić sobie nazwisko, chce go kilka klubów - między innymi ŁKS, Stal Kraśnik i Avia Świdnik. - Ale ja zrobiłem sobie chwilę przerwy od piłki. Było lato, nie myślałem o karierze. Któregoś dnia spacerowałem z dziewczyną, niedaleko stadionu Polonii. Zaczepił mnie ówczesny bramkarz tej drużyny, Tadek Strybrzyński. Krzyczy, woła. No to zatrzymaliśmy się, rozmawiamy. Spytał mnie o plany. "Z Warszawy się nie ruszam" - odpowiedziałem. Tadek najwidoczniej musiał opowiedzieć o tym w klubie, bo zaraz znalazł mnie trener Gierwatowski i zaproponował grę. Zgodziłem się - wspomina Kralczyński. Od Polonii dostał obietnicę mieszkania, parę groszy na urządzenie i pracę na kolei. Rano praca, potem trening. Wielkich pieniędzy z tego nie było. Jak klub nie płacił, to na pensje zrzucali się... kibice. - Kiedyś, na meczu w Pruszkowie, w przerwie wszedł do naszej szatni pan Syrzycki, złotnik z Nowego Światu. I kładzie na stół trzy tysiące złotych. "Tylko to wygrajcie" - mówi. No i wygraliśmy, 2:1, strzeliłem ja i Mońko. Takie to były czasy - tłumaczy.

Mimo że gra w obronie, strzela sporo goli. Słynie z tego, że nie boi się przywalić z połowy. Cztery razy mu się taka sztuka udała. Raz w Olsztynie, z czym wiąże się historia. - W mieszkaniu pękła rura. No, awaria na całego. Drużyna pojechała grać z Warmią, a ja w proszku. W końcu jakoś sobie poradziłem i do Olsztyna dojechałem... autostopem. I to w Boże Ciało! Omijaliśmy procesje, pędziliśmy na złamanie karku. Wchodzę do szatni chwilę przed meczem, a chłopaki wybałuszają oczy, jakby ducha widzieli. A ja nie dość, że zagrałem, to jeszcze strzeliłem gola.

W czarnej koszuli gra do 1972 roku. Ale z piłką się nie rozstaje. Zostaje w klubie i po legendarnym "Lolku" Szczawińskim przejmuje zespół oldbojów. Zespół powstał dwa lata wcześniej, a Staszek debiutuje w nim w 1975 roku, podczas wyjazdu na towarzyski mecz w Budapeszcie.

- Jechaliśmy na ten mecz pociągiem, takim z kuszetkami. No, ale zamiast spać, to myśmy się bawili. A ja głowy do picia nie miałem. Coś tam tylko spróbowałem i mnie ścięło. Rano budzę się skacowany, a moja żona razem z Bolkiem Popiołkiem załamują nade mną ręce. Ratują mnie rosołkami, no, po prostu - stawiają na nogi. Ale ja się nie nadawałem do gry! Do tej 17 jakoś się jednak zebrałem. Wyszedłem na boisko i zagrałem najlepiej z całego zespołu. "Grałeś, jakby ci terpentyny nalali" - śmiali się ze mnie chłopaki - wspomina Kralczyński.

U Deyny w Manchesterze

W międzyczasie zbiera trenerskie doświadczenia - z Tadeuszem Nowakiem z Legii kończy AWF w Mielcu, W 1975 roku leci też do Manchesteru, na zaproszenie Kazimierza Deyny. - Oglądaliśmy jak trenuje City, United, Oldham. Chłonęliśmy to! A oprócz tego dobrze się bawiliśmy, bo u Kazka - bardzo sympatycznego człowieka i po prostu fajnego faceta - spotkało się wówczas dużo ludzi piłki. Przyjechał Rysiek Koweliński z Widzewa, dojechał do nas redaktor Smaczny ze "Sztandaru Młodych" - opowiada Kralczyński. - Byliśmy tam przez trzy miesiące. Z czego miesiąc robiłem za... szofera Deyny. Kazek troszkę popił, zabrali mu prawko, a ja byłem jego kierowcą. Została nam ta przyjaźń - dodaje.

Trenuje rezerwy, jest asystentem Zamilskiego w drugiej lidze. Z Polonią rozstaje się i do niej wraca. - Zarzucali mi, że nie mam warsztatu, albo że jestem kat - analizuje po latach.

Ciągle jest jednak blisko zespołu. W 1994 roku szkoli juniorów. Trafia na bardzo zdolne pokolenie. Piotr Dziewicki, Michał Libich, Sebastian Gmurek. Wygrywają mistrzostwa makroregionu, jadą na mistrzostwa Polski. W półfinale wychodzi na nich Lechia - Bieniuk, Zieńczuk. Wszyscy włosy wymalowane na zielono. Kilku starszych, kilku pozbieranych z innych klubów. A Polonia? Łebki. Ale wyrywają remis. Nic im to jednak nie daje, bo po drodze przegrali z Wisłą Kraków i do Warszawy wracają bez medalu. Ale i tak odnoszą wielki sukces. Byli zawodnicy po latach o swoim trenerze nie zapomną. Gdy Gmurkowi rodzi się syn, dla uczczenia daje mu na imię Stanisław. Cała drużyna przyjeżdża też do Kralczyńskiego na 15-lecie udziału w mistrzostwach. - Zrobiliśmy sporą imprezę, palił się grill, były wspomnienia. Wszystkie barki mi w domu wyczyścili! - śmieje się po latach trener.

W Polonii pracuje do 2005 roku. Znów wraca do drugiej drużyny, jakiś czas jest koordynatorem MKS. Odchodzi, gdy czuje, że w klubie dzieje się źle. Zostaje jednak z oldbojami, których trenerem jest do dziś. - Pozostałem wierny tej czarnej koszuli - mówi.