Derby Warszawy. Punkt dla Bakero

Po najgorszym w sezonie meczu przy Łazienkowskiej Legia zremisowała z Polonią. - Jestem zadowolony z wyniku, choć nie z tego, jak mój zespół grał - mówił debiutujący na ławce trenerskiej ?Czarnych Koszul? José Maria Bakero.
Pojedynek dwóch klubów ze stolicy był na poziomie niegodnym Warszawy. Spotkanie było tragicznie słabe. Pytanie, jak i czy w ogóle legenda Barcelony i hiszpańskiego futbolu José Maria Bakero odmienił Polonię, pozostało bez odpowiedzi, bo takim zostać musiało. Czwarty w sezonie trener "Czarnych Koszul" (po Jacku Grembockim, Duszanie Radolskim i Michale Libichu) ustawił zespół jednym wysuniętym napastnikiem, dwoma skrzydłowymi, jednym ofensywnym pomocnikiem, dwoma defensywnymi i czwórką obrońców. W bloku obronnym, na lewej stronie Błażeja Telichowskiego zastąpił Mariusz Zasada. Opaskę kapitana założył Sebastian Przyrowski, a nie jak wcześniej Piotr Dziewicki - Radek Mynarz jest kontuzjowany.

Plan Polonii był prosty. Przeszkadzać Legii konsekwentnym, zdyscyplinowanym i wysokim pressingiem, nie dawać rozgrywać szybkich akcji. Nie chodziło nawet o przejmowanie piłki, ale o jej wybicie, wytrącenie rywala z równowagi, zatrzymanie. Jedynym atutem miały być stałe fragmenty - i były. Po rzutach rożnych i wolnych bramkarz Jan Mucha musiał interweniować albo obrońcy wybijali piłkę sprzed bramki. Nowością było dośrodkowanie z narożnika - zagraną na bliższy słupek zgrał na siódmy metr Piotr Dziewicki, ale nie było nikogo, kto by wbił ją do siatki.

W odpowiedzi na tę akcję Marcin Smoliński strzelił z 20 m z wolnego w poprzeczkę. Później, do 52. minuty, stałe fragmenty Legii nie były zagrożeniem pod bramką Polonii. Zespół Jana Urbana grał za wolno. Polonia zmusiła legionistów do wyprowadzania piłki. Na katastrofalnej murawie i przy małych umiejętnościach technicznych graczy wymiana kilku czy kilkunastu podań była niemożliwa. Dalekie przerzuty również nie przynosiły efektów. Środkowi napastnicy Legii (Bartłomiej Grzelak i Marcin Mięciel) nie radzili sobie w takich sytuacjach. Ten drugi mógł strzelić gola, ale z sześciu metrów uderzył za lekko. Jemu piłka przeszkadzała najmniej. Pierwsza połowa była najsłabszym widowiskiem, jakie oglądano na Łazienkowskiej w tym sezonie. Tragicznie spisywali się na lewej stronie boiska Marcin Komorowski i Sebastian Szałachowski, którzy nie mieli jednej udanej akcji. Maciej Rybus, który w środę grał mecz w reprezentacji i którego oszczędził Jan Urban, byłby w piątek lepszy od Szałachowskiego, nawet gdyby 90 min z Polonią były drugimi, jakie musiałby rozegrać tego dnia.

Z prawej strony Miroslav Radović potrafił wyprzedzić rywala i wygrać pojedynek biegowy, ale tuż przed końcem pierwszej połowy uderzył łokciem w twarz Damiana Jaronia i powinien wylecieć z boiska. Dostał tylko żółtą kartkę. Po przerwie powinien dostać drugą - za głupotę. Zamiast strzelać, próbował wymusić karnego. Słaby sędzia Borski popełnił błąd.

Wszystkim rządził chaos i przypadek - takie były również bramki w tym spotkaniu. W 52. min po dośrodkowaniu z wolnego Marcina Smolińskiego piłka odbijała się od obrońców i Mięciela, aż trafiła pod nogi Grzelaka, który kopnął do bramki. Polonia grała w tym momencie bez nominalnego napastnika - po przerwie beznadziejnego, grającego na alibi i bez zaangażowania Chałbińskiego zastąpił ofensywny pomocnik Tamás Kulcsár. Węgier był tak słaby, że nie dotrwał do końca - gestykulujący całe spotkanie, stojący przy linii, podpowiadający graczom Bakero wymienił go niespełna kwadrans przed końcem.

Nie przeszkodziło to polonistom, którzy do meczu przystępowali na przedostatnim miejscu w tabeli, by wyrównać. Gola w 66. minucie strzelił z 25 m jeden z dwóch defensywnych pomocników - Łukasz Piątek. Ktoś nie wybił piłki, ktoś nie zablokował strzału i 23-letni warszawiak zdobył pierwszego w życiu gola w ekstraklasie. Legia nie miała wczoraj w jedenastce żadnego defensywnego pomocnika, dlatego nie miał kto zablokować rywala stojącego daleko przed bramką Muchy. Wprowadzenie Borysiuka kilka chwil później było spóźnione. Tym bardziej że zmieniono napastnika.

W końcówce zwycięskiego gola mogli zdobyć Astiz i Borysiuk, ale strzelili tuż obok bramki. Wcześniej Maciej Iwański kompromitował się katastrofalnymi strzałami z prawie 30 m. Poloniści okupili mecz kilkoma kontuzjami, w końcówce utykali Sokołowski i Trałka. Ale punkt zdobyli.