Sport.pl

Nerwy aż do końca

- Dobrze, że się tak skończyło - mówił z ulgą Paweł Janas. Polonia prowadzona przez niego pierwszy raz wygrała 1:0 z drugoligowym Zniczem Pruszków po bramce w doliczonym czasie.
W 92. minucie dwóch zawodników Znicza znalazło się za linią obrony Polonii. Żaden z nich nie był na pozycji spalonej. Mieli przed sobą tylko Michała Gliwę. Na strzał zdecydował się Maciej Rybaczuk. Bramkarz "Czarnych Koszul" pewnie obronił to uderzenie, od razu wznowił grę. Kilkanaście sekund później Janusz Gancarczyk wrzucił piłkę na pole karne gospodarzy wprost na głowę niepilnowanego Bruno Coutinho. Brazylijczyk z pięciu metrów strzelił obok rozpaczliwie broniącego Wojciecha Małeckiego. Znicz tylko wznowił grę, sędzia odgwizdał koniec spotkania.

Niedawny lider ekstraklasy wymęczył zwycięstwo z wiceliderem II ligi. W zespole Znicza bronił 19-letni bramkarz, w obronie wystąpiło dwóch nowych obrońców. - Jedna pensja piłkarza Polonii pozwoliłaby nam spokojnie utrzymać się przez kilka miesięcy - przyznał jeden z działaczy pruszkowian.

- Nie gramy jeszcze tego, co chcielibyśmy grać. Nie miałem zbyt dużo czasu, żeby zobaczyć zawodników w treningu. Jeszcze nie wygląda to najlepiej, ale z meczu na mecz, mam nadzieję, że się to poprawi - mówił Janas.

Był to dla niego pierwszy mecz w nowej roli. Kosztował go sporo nerwów. Drużynę z Konwiktorskiej prowadzi od tygodnia, wcześniej był wiceprezesem ds. sportowych - zajmował się transferami, doradzał właścicielowi Józefowi Wojciechowskiemu, wydawał opinie na temat pracy jego poprzednika José Mari Bakero. Teraz wszedł na śliski grunt, przejął dobrze płatną, ale najbardziej gorącą posadę w polskiej lidze. Cały mecz oglądał na stojąco.

Janas sporo pozmieniał w drużynie. Do obrony wrócił Piotr Dziewicki (pierwszy mecz w tym sezonie), na prawej stronie za Radka Mynarza zagrał Jakub Tosik. W pomocy Polonia zaczęła jednym defensywnym pomocnikiem (Łukasz Trałka), za czasów Hiszpanów bywało ich trzech. W środku pomocy grał Daniel Gołębiewski, wspierał go Bruno Coutinho. Jedynym napastnikiem był Artur Sobiech. Do gry wrócił Adrian Mierzejewski.

Styl Polonii się nie poprawił, wyglądało to nawet gorzej niż w ostatnich nieudanych meczach za czasów Bakero z: Zagłębiem, Widzewem i Koroną. W pierwszej połowie Polonia przeprowadziła jedną akcję. Sobiech z 11 metrów strzelił prosto w bramkarza. W obronie głównie za sprawą nerwowo i niepewnie grającego Tosika piłkarze Znicza mogli oddać kilka strzałów na bramkę Gliwy.

Interwencje bramkarza "Czarnych Koszul" zapewniły Polonii awans do dalszej rundy. Przed akcją w doliczonym czasie gry Gliwa pokonał w pojedynku sam na sam Kacpra Tatarę. Sebastian Przyrowski mógłby czuć się zagrożony, gdyby był bez formy. - Myślę, że Michał będzie grał w meczach pucharowych. W lidze? Mamy jeszcze trzy dni - mówił Janas.

Po prawdzie Polonia mogła prowadzić wcześniej. Arbiter nie podyktował karnego za faul na Januszu Gancarczyku, choć asystent sędziego głównego wskazał mu, że "jedenastka" Polonii się należała. - Karny był ewidentny - mówił Gancarczyk. - Męczyliśmy się do ostatniej minuty, ale nie jest ważne, czy strzela się w 93. minucie, czy w pierwszej. Gra się do końca - komentował spotkanie skrzydłowy "Czarnych Koszul".

W sobotę o 17 na Konwiktorskiej mecz ligowy z Polonią Bytom. Aby wygrać, "Czarne Koszule" muszą zagrać o niebo lepiej niż w Pruszkowie.

ZNICZ PRUSZKÓW - POLONIA WARSZAWA 0:1 (0:0). Bramka: Bruno (90.)

Znicz: Małecki - Tomczyk, Cegliński, Jędrzejczyk, Januszewski - Bylak Ż (55. Maciej Rybaczuk), Osoliński, Król (81. Kucharski), Feliksiak, Rackewicz (63. Kopciński) - Tatara.

Polonia: Gliwa - Tosik, Dziewicki, Pietrasiak, Brzyski Ż - Mierzejewski (46. Piątek), Trałka, Bruno, Gołębiewski, Smolarek (46. Gancarczyk) - Sobiech (67. Sarvas).

Widzów 1,9 tys.