Sport.pl

Czarna Magia. "Tylko" i "Aż"

Nie ma co się oszukiwać - przed rozpoczęciem sezonu 2010/11 apetyty wszystkich kibiców "Czarnych Koszul" były znacznie większe niż wątpliwej jakości danie, które zaserwowało nam pięć kucharskich ekip zatrudnianych (i zwalnianych) przez prezesa Wojciechowskiego. Stare przysłowie mówi: "Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść" - i jak zwykle okazuje się, że warto zawierzyć ludowym mądrościom, Monsieur JW.
Kiedy z powodu "konfliktu osobowości" (i - zapewne - kreciej roboty Pawła Janasa i spółki) prezes Wojciechowski zwolnił José Bakero, Polonia była na pierwszym miejscu w tabeli. W pięciu meczach miała na koncie 10 punktów: 3 zwycięstwa, 1 remis i jedną - wywołaną przez wspomnianą krecią robotę - porażkę. Paweł Janas do uzbierania równej punktowej zdobyczy potrzebował dwukrotnie większej liczby spotkań, co najlepiej komentuje jakościową zmianę in minus. Wprawdzie nadal strzelaliśmy sporo bramek, ale nasza szczelna dotąd obrona zaczęła przypominać niezbyt gęste sito. Poza tym zawodnikom wyraźnie brakowało wiary we własne siły - wiary, którą potrafiła natchnąć ich wcześniej legenda Barcelony.

Prezes Wojciechowski po raz kolejny postanowił zmienić trenera - idąc śladem Wisły Kraków postawił na wariant holenderski i... strzelił sobie w stopę. Trener Bos okazał się absolutną pomyłką, a Polonia grała jeszcze gorzej niż za trenera Janasa. Za to bez wątpienia drożej. Pseudomenedżerskie działania prowadzone przez członków sztabu szkoleniowego Bosa wystawiały imię "Czarnych Koszul" na pośmiewisko (legendarne już kombinacje przy niedoszłym transferze Rafała Murawskiego) i narażały prezesa na straty (zdecydowanie przepłacony Cotra plus kilka innych transferów, które Bogu dzięki nie wypaliły).

Na skutki nie trzeba było długo czekać - prezes "wyciął chore tkanki, zanim choroba zdążyła się rozprzestrzenić" i na chwilę obsadził na stanowisku "pierwszego" Piotra Stokowca. Eksperyment potrwał jeden nieudany mecz. Na szczęście w tym momencie eksperymenty się skończyły, bo pacjent mógł nie przeżyć. Prezes sięgnął po sprawdzonego trenera Zielińskiego. Ten błyskawicznie ocenił, co nie funkcjonuje, jak powinno, tu zluzował śrubę, tam dokręcił - i nasza maszyna ruszyła z kopyta do przodu. Skutek? 7 wygranych, 2 remisy i 2 porażki w 11 spotkaniach. Straciliśmy w nich 5 bramek, strzeliliśmy 18. A w końcowym rozrachunku do awansu do Europy zabrakło nam 4 punktów. "Tylko" czy "aż"?

Patrząc na makabrycznie niestabilną sytuację w klubie oraz na (eufemistycznie mówiąc) przeciętną postawę "Czarnych Koszul" w okresie podpisanym Janas/Bos/Stokowiec - na pewno "tylko". Cudem jest bowiem, że przy tak dużym (14 kolejek!) obciążeniu myślą szkoleniową niskich lotów udało się nam wznieść aż na taki pułap. Patrząc na nasz kadrowy potencjał - zdecydowanie "aż". Powinniśmy bowiem, mając w składzie TAKICH zawodników, wjechać w szeregi ekstraklasy jak ciężka kawaleria w nieopancerzoną piechotę i przemknąć przez nią, nawet nie zauważając przeciwników na drodze do Ligi Mistrzów.

Jeszcze jedna rzecz przemawia za "aż" - nawet ze wspomnianym obciążeniem dzięki wynikom trenera Bakero i trenera Zielińskiego mielibyśmy szanse, gdyby nie szczypta braku skuteczności (pamiętacie, ile sytuacji mieliśmy w bezbramkowo zremisowanym meczu z Bełchatowem?) i/lub... Janusz Gancarczyk (wynikająca z jego boiskowej głupoty / nieumiejętności gry w defensywie bramka na 0-1 z Jagiellonią na wyjeździe, wynikająca z tych samych przyczyn bramka na 0-1 ze Śląskiem Wrocław u siebie). Nie lubię gdybania, ale - nawet przy utrzymaniu wyniku z Bełchatowem u siebie - gdybyśmy te dwa kluczowe pojedynki zremisowali, zamiast przegrać po głupich, indywidualnych błędach, bylibyśmy w tabeli na czwartej pozycji. I gralibyśmy w pucharach. Pięknie, nieprawdaż? Zacząłem od przysłowia o kucharkach, teraz natomiast przypomina mi się inne, o łyżce dziegciu, która wystarczy, żeby zepsuć smak beczki miodu...

Największym pozytywem tego sezonu jest bez wątpienia to, że prezes Wojciechowski się uspokoił i chyba pozwoli wreszcie trenerowi Polonii popracować w spokoju przez rok czy dwa. Problem w tym, że rok temu na zakończenie sezonu pisałem dokładnie to samo - i się myliłem. A to z kolei nie napawa optymizmem.

Tak czy owak, pozostaje mieć nadzieję, że rozsądne ruchy transferowe przeprowadzone pod batutą trenera Zielińskiego i jego sztabu dodatkowo wzmocnią naszą i tak silną drużynę (obstawiam, że odejdą wypożyczeni Adamović i Riekisz oraz Gancarczyk, Rachwał, Pietrasiak i Gołębiewski, pytanie brzmi, kto trafi do Polonii na ich miejsce...). To powinno pozwolić na efektywną grę, która z kolei jest najlepszym sposobem na niebudzenie demonów gniewu regularnie nękających naszego prezesa. I choć na stulecie się nie udało, to może dzięki temu uczcimy mistrzostwem właśnie ten sto pierwszy rok istnienia Dumy Stolicy - Polonii Warszawa. Szkoda tylko, że cały czas nie doczekaliśmy się we władzach stolicy kogoś, kto doprowadziłby nasz rozpadający się stadion do stanu, w jakim znajduje się obiekt naszych lokalnych rywali. Wierzę jednak, że najbliższy sezon zmieni i to. Do zobaczenia w ostatnich dniach lipca przy Konwiktorskiej 6!