Sport.pl

"Śruba" z Łańcuta, fan New York Knicks. To Przemysław Michalczyk, drugi trener Politechniki

W Łańcucie skakał wzwyż i grał w koszykówkę, ale karierę zrobił jako siatkarz. Występował w kabarecie, zgubił telefon Daniela Plińskiego, zarywał noce, by oglądać NBA i New York Knicks. - Dorastając myślałem, że prędzej będę woźnicą, bo w Łańcucie można wynająć karety - śmieje się teraz Przemysław Michalczyk, drugi trener siatkarzy AZS Politechniki Warszawskiej.
40-letni Michalczyk latem ubiegłego roku dołączył do sztabu szkoleniowego siatkarskiej Politechniki jako drugi trener. Wcześniej był zawodnikiem - zaczynał w Resovii, przez większą część kariery występował w Jastrzębskim Węglu, z którym zdobył mistrzostwo Polski, zaliczył też roczny epizod w Politechnice. Potem jako trener pracował przez trzy sezony w pierwszoligowym BBTS Bielsko-Biała.

W obszernej rozmowie z Warszawa.sport.pl Michalczyk opowiada m.in. o początkach kariery, modlitwach przed meczami o utrzymanie, inspiracjach treningami koszykarzy NBA, zgubionym telefonie Daniela Plińskiego i atmosferze panującej w Politechnice.

Krzysztof Zaborowski: Był pan skazany na rolę trenera?

Przemysław Michalczyk: Można tak powiedzieć, choć poszedłem na studia trenersko-nauczycielskie i bardziej myślałem o pracy w tym drugim zawodzie. Nie spodziewałem się, że przygoda z siatkówką rozwinie się. W Rzeszowie, gdzie studiowałem, traktowałem to bardziej jako zabawę, dlatego chciałem zdobyć wykształcenie. W rodzinie nauczycielami zostali ojciec i brat. Siostra też była nauczycielką wychowania fizycznego, choć później uczyła geografii. Dlatego wybór wydawał się naturalny. Nie sądziłem, że będę grał w pierwszej lidze i trafię do reprezentacji.

Pana brat jest trenerem koszykówki i w przeszłości bliżej panu było do tej dyscypliny sportu.

- Zaczynałem od skoku wzwyż i tak ćwiczyłem do czwartej klasy. Jeśli chodzi o siatkówkę, to pierwsze lata przespałem, choć w szkole w Łańcucie, gdzie było parcie na siatkówkę, trafiłem do klasy sportowej. Nie trenowaliśmy tam jednak pod okiem fachowców, tylko entuzjastycznie nastawionych nauczycieli. W liceum zacząłem grać w koszykówkę, która wcześniej wydawała mi się brutalna, ale potem się spodobała. Poważniejsza siatkówka pojawiła się, kiedy mama przestraszyła się moim imprezowym stylem życia i zadzwoniła do Bogdana Kanickiego. W wieku szesnastu lat trafiłem do Resovii.

Późno

- Długo nie mogłem przebić się przez siatkę, ale uratowało mnie ćwiczenie, w którym skakaliśmy przez płotki ustawione na wysokości 1,1 m. Pokonywałem je bez problemu, dlatego pewnie zostałem. Najpierw przyjeżdżałem na dwa treningi w tygodniu - zwykle odbijałem tylko piłkę o ścianę, ale paradoksalnie to mi pomogło, bo później miał dobrze ułożoną rękę. Dopiero w trzeciej klasie liceum przeprowadziłem się do Rzeszowa. Normalne treningi, mecze sprawiły, że zacząłem poważnie myśleć o siatkówce.

Co z kabaretem, w którym pan występował?

- Liceum w Łańcucie, do którego chodziłem, miało duże tradycje. Poziom był wysoki i starałem się w nim utrzymać. W pierwszej klasie dołączyłem do kabaretu prowadzonego przez nauczycielkę języka rosyjskiego. Daliśmy trzy wystąpienia dla szkoły. To była świetna grupa ludzi. Dzisiaj są lekarzami i prawnikami. Często wyjeżdżaliśmy w góry czy na spływ kajakowy. To była ekipa rozrywkowa, ale niezwykle inteligentna. Kiedy przeniosłem się do Rzeszowa, to przeżyłem szok. W tamtejszym liceum nie trzeba było już tyle się uczyć, a wszyscy tylko czytali "Przegląd Sportowy".

Pana początek w Resovii był nieudany, bo klub przez dwa sezony z rzędu spadł z ligi.

- Nie byłem nawet na swojej studniówce, bo pojechałem na mecze o utrzymanie do Świdnika. Przegraliśmy i zlecieliśmy z ligi. Do tej pory żałuję, że nie było mnie wtedy na balu. Można powiedzieć, że do pierwszego kontraktu dopłacałem. Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Zainteresowanie mediów, transmisje telewizyjne, wysokie kontrakty sprawiają, że można się wszystkim zachłysnąć. Mieszkałem z trzema kolegami w jednym pokoju w akademiku. Pół roku tam wytrzymałem i postanowiłem dojeżdżać z Łańcuta, bo prowadziłem dosyć intensywne życie studenckie, choć ze względu na rozgrywane w weekend mecze czasu było mało. Sam klub upadał i jedynym plusem było to, że oprócz możliwości trenowania, dostawaliśmy bloczki na jedzenie.

A na meczach brakowało dla pana koszulki...

- Na mecze wyjazdowe nie jeździłem z racji oszczędności. Wiadomo było, że w pierwszym sezonie nie będę grał, dlatego w spadku po innym zawodniku dostałem tylko spodenki, a dres miał tak duży kołnierz, że jak skakałem do ataku, to nic nie widziałem. Na szczęście miałem dobrych rozgrywających.

To prawda, że trener przed meczami o utrzymanie nie wiedział jak motywować zespół?

- Tak i my wtedy się modliliśmy. Kiedyś śmiałem się z tego, ale teraz patrzę na to z innej perspektywy. Trener przez cały sezon musi szukać różnych motywacji. Inspirować, pomagać, ale nie jest to łatwe. Zwłaszcza w walce o utrzymanie, kiedy nie decydują już tylko umiejętności, a psychika.

Modlitwa jednak nie pomogła, bo znowu spadliśmy i nie wiadomo było, czy klub będzie dalej funkcjonował. Utrzymaliśmy się dlatego, że wycofała się jedna drużyna i wygraliśmy baraż w Częstochowie. Potem pokonaliśmy Legię Warszawa. Doskonale pamiętam wypełnioną po brzegi halę w Rzeszowie. To był historyczny obiekt ROSiR-u z ogromnymi tradycjami koszykarskimi i przede wszystkim siatkarskimi. Poczułem się wtedy tak, jakbym zdobył medal. Później już takich nerwowych sytuacji nie było. Przez trzy lata mogłem spokojnie grać, a zespół radził sobie coraz lepiej.

Aż w końcu trafił pan do Jastrzębskiego Węgla, w którym odniósł pan największe sukcesy.

- Kiedy tam trafiłem w 1996 roku, klub był budowany od podstaw. Najpierw był awans do pierwszej ligi. W pierwszym sezonie jako beniaminek ekstraklasy utrzymaliśmy się. W trzecim sezonie gry w drużynie zmieniłem pozycję, bo wcześniej byłem środkowym. Przyszedł Radosław Rybak i był dylemat, kto miał atakować, bo ja też byłem brany pod uwagę. Ostatecznie zostałem przyjmującym. Była w tym zasługa chyba Grześka Wagnera, który szepnął coś trenerowi. Właśnie do rozgrywających miałem szczęście, bo po roku gry z Grzegorzem trafiłem do reprezentacji.

Zaliczyłem debiut przeciwko Rosji w Lidze Światowej w katowickim Spodku. To były magiczne chwile, bo rok wcześniej w tej hali oglądałem jak Polacy w tych rozgrywkach grali z Jugosławią. Nagle wylądowałem po drugiej stronie. Śmiałem się wtedy, jak komentatorzy mówili, że jestem doświadczonym przyjmującym, choć na tej pozycji grałem tylko rok.

W Jastrzębiu miałem szczęście, że w każdym sezonie była szalona ekipa, przez co atmosfera była świetna. Później jeszcze więcej kolorytu wnieśli Jakub Bednaruk, Daniel Pliński i Łukasz Kadziewicz. Klub zapewniał odpowiednie warunki, żeby osiągać jak najlepsze wyniki. Jestem wdzięczny losowi, że mogłem uczestniczyć w budowaniu dzisiejszej potęgi Jastrzębskiego Węgla.

Wydawało mi się, że to moje miejsce, mój klub, ale w beczce miodu zawsze jest łyżka dziegciu. Doznałem kontuzji barku, prowadziłem rozmowy o nowym kontrakcie, a dodatkowo w prasie pojawiły się wyrwane z kontekstu moje słowa, które chyba przesądziły, że po zakończeniu kontraktu opuszczę klub. Stało się tak dwa lata później. Bardzo mnie to zabolało.

Jak pan wspomina grę w Politechnice?

- Po odejściu z Jastrzębia wszyscy na mnie liczyli w Warszawie. Byłem po kontuzji i momentami było ciężko, choć okres gry wspominam bardzo dobrze. Mieliśmy kapitalny zespół, w którym grali m.in. Pavel Chudik, Anton Kulikowski, który występuje w Zenicie Kazań, Kuba Markiewicz, Radek Rybak czy Mark Siebeck. Gdyby każdy z nas grał na optymalnym poziomie, to osiągnęlibyśmy zdecydowanie więcej, a tak musieliśmy grać o utrzymanie. W kolejnym sezonie zakopałem się już na ławce rezerwowych w Częstochowie. Rozważałem grę w pierwszej lidze, ale byłem świadomy, że nie będzie tam łatwo. Za to pojawiła się oferta pracy jako trener w pierwszoligowym BBTS Bielsko-Biała.

Ciężko było wejść w buty trenera?

- Bardzo ciężko, bo w tej pracy cały czas jest coś do zrobienia. Gdy byłem zawodnikiem, to wszystko było podporządkowane mojej osobie. Miałem skupić się na grze, czuć się najlepiej. Nagle okazało się, że mam pod opieką 12-13 zawodników. Przestaje się być kumplem i zostaje się przełożonym, który za wszystko jest odpowiedzialny.

Przejął pan zespół od Grzegorza Wagnera, który przegrał baraż o awans do ekstraklasy z Jadarem Radom. Po niepowodzeniu klub opuściło większość zawodników i trzeba było budować drużynę na nowo.

- Przed przejęciem zespołu po Grześku mogłem uczestniczyć w przygotowaniach prowadzonej przez niego kadry B. Dzięki temu wdrażałem się w realia i później łatwiej było mi rozpocząć samodzielną pracę. W Bielsku przeżyłem świetny poligon doświadczalny.

Myślałem, że wszystko przekażę, ale wcale nie było to łatwe. W drużynie miałem tylko jednego doświadczonego zawodnika. Najważniejsze, że zespół chciał pracować, choć szóste miejsce i dwa razy siódme na koniec sezonów nie były zadowalające. Ambicje były zdecydowanie większe. Mogę tylko podziękować, że klub obdarzył mnie dużym kredytem zaufania.

Długo zastanawiał się pan nad przyjęciem oferty Jakuba Bednaruka, by zostać jego asystentem w Politechnice?

- W ogóle się nie zastanawiałem. Różnice między PlusLigą, a pierwszą ligą są ogromne. Choćby w sztabach szkoleniowych. W Bielsku byłem praktycznie sam, a tutaj mamy statystyka i fizjoterapeutę. Sama magia PlusLigi działała na wyobraźnię. To duża nobilitacja pracować z najlepszymi zawodnikami w Polsce.

Po trzech latach samodzielnej pracy można było przyzwyczaić się do władzy. Trudno było się przestawić?

- Nie miałem z tym problemów. Dużo na współpracy z Kubą skorzystałem. Zobaczyłem inną pracę, np. w przygotowaniu taktycznym, fizycznym zespołu. Mogłem pracować przy wykorzystaniu trenażerów. Lubię atmosferę panującą w klubie. Widać, że jest pozytywne parcie na widowiska siatkarskie, choć są mankamenty, do których zdążyłem się przyzwyczaić, ale minusy nie przesłaniają plusów.

Ma pan na myśli problemy finansowe?

- W poprzednich klubach spotykałem się z większymi.

Często spieracie z Bednarukiem?

- Zawsze są jakieś różnice, ale poważnych starć nie było. Myślimy podobnie o siatkówce. Kuba był rozgrywającym i na boisku zawsze miał oczy dookoła głowy. Uważam, że najlepszymi trenerami zostają rozgrywający, którzy jako zawodnicy ścierali się z różnymi charakterami i musieli być otwarci na różne sytuacje. Kuba w pierwszym sezonie samodzielnej pracy dobrze sobie poradził.

W Politechnice wszedł pan do szatni, w której spotkał pan kolegów z boiska. Często graliście nawet w jednym klubie.

- To trudna sytuacja, bo spotkałem ludzi, z którymi przeżyłem wiele sytuacji. Nie tylko na boisku. Na szczęście byli to już doświadczeni zawodnicy i doskonale widzieli, co chcą osiągnąć, dlatego łatwiej było prowadzić zespół. Tym bardziej, że niektórych już skreślano i mieli coś do udowodnienia.

W jakich elementach widzi pan siłę Politechniki? Przed sezonem nikt nie spodziewał się, że sezon będzie tak udany.

- W sile doświadczenia o determinacji takich zawodników jak Marcin Nowak, Maciej Pawliński, Paweł Siezieniewski czy Grzegorz Szymański, którzy byli odstawiani już na bok, ale udowodnili, że niesłusznie. Drużyna nie bała się pracować i to dało efekt.

Podczas meczu w Bydgoszczy zaskoczyliście wszystkich, kiedy wspólnie z Bednarukiem do garnituru założyliście białe sportowe buty. Niespodziewanie wygraliście z Delectą 3:1 i tak ubieraliście się do końca sezonu. Ciężko było pana namówić na taką akcję?

- Nie. Kuba jest człowiekiem renesansu. Zna się na modzie, kuchni, muzyce i wielu innych rzeczach. Mieliśmy kilka innych ciekawych pomysłów, ale zawsze coś nas ograniczało. Z założeniem butów nie było żadnego problemu. Liga jest medialna, a my łącząc elegancję z ekstrawagancją chcieliśmy rozbić nudę. Codzienna praca, powtarzalność ćwiczeń sprawia, że gdzieś wkrada się rutyna. Do tego ciągła presja i chcieliśmy wprowadzić trochę luzu. Dobrze to wpływa na zdrowie psychiczne zespołu.

Na którym trenerze pan się wzoruje?

- Wymienię trzech: Ryszard Bosek, Tomaso Totolo i Igor Prielożny. To oni odcisnęli na mnie największe piętno. Każdy miał inny sposób pracy. Ostatni z tej trójki wniósł powiew świeżości w moim dotychczasowym sposobie trenowania. Z Prielożnym zdobyłem mistrzostwo Polski.

Podoba mi się też filozofia trenera koszykówki Phila Jacksona, który zawsze imponował spokojem. Obserwowałem także innych trenerów NBA, np. Pata Riley'a, który tak jak my teraz świetnie się ubierał.

Zarywa pan jeszcze noce oglądając mecze NBA?

- Kiedyś tak było. Miałem swoich faworytów. Teraz zarywam noce oglądając nasze mecze. Koszykarzy NBA wolę podpatrywać, jak trenują. Szukam takich właśnie filmików, które pozwalają wychwycić ciekawostki, np. sposoby przygotowania fizycznego.

Ulubiony klub?

- New York Knicks. Zaczęło się w latach 90., kiedy do klubu przyszedł Riley i w 1994 roku doprowadził drużynę do finału. Wtedy to była ekipa Bad Boys. Trener mówił, że nie ma graczy, ale wojowników. Knicks grali dobrą koszykówkę i nawet Chicago Bulls musieli się z nimi męczyć. Do dzisiaj pozostał sentyment, choć kiedy byłem w Nowym Jorku, to nie miałem okazji zobaczyć meczu na żywo. Ceny były kosmiczne. Byłem za to na spotkaniu WNBA.

Kto wymyślił panu pseudonim "Śruba"?

- Leszek Dyjewski lub Paweł Grzeszcz, z którymi grałem w otwartych mistrzostwach USA. Zresztą dzięki nim trafiłem do Jastrzębskiego Węgla. Słyszałem też głosy komentatorów, którzy mówili o mnie, ze wkręcam piłki w parkiet i stąd wziął się pseudonim, ale to nieprawda. Zawsze gdzieś się zakręciłem, coś zostawiłem.

Zgubił pan telefon Daniela Plińskiego.

- Daniel pożyczył mi telefon, bo swój zgubiłem. Pech chciał, że jego też zgubiłem. W kinie był alarm i skąd mogłem wiedzieć, że akurat ja się ewakuowałem, a telefon już nie. Daniel nie był szczęśliwy, ale załagodziliśmy to. Chyba w barze

Czuje się pan spełniony jako zawodnik?

- Tak. Teraz zauważam, że miałem w swojej grze dużo mankamentów i zastanawiam się, jak mogłem grać na wysokim poziomie. Tym bardziej, że miałem tylko niezły wyskok. Koledzy śmiali się, że gdy układałem ręce do przyjęcia, to wyglądało to jakbym niósł wiadro. Na szczęście piłka częściej odbijała się tam, gdzie powinna.

Można teraz gdybać, co działoby się, gdybym nie doznał kontuzji barku, ale i tak na początku drogi, w Łańcucie, małej miejscowości na Podkarpaciu, prędzej myślałem, że będę woźnicą, bo można tam wynająć karety. Tam też jest charakterystyczny zamek i muzeum powozów. Pamiętając gdzie i jak zaczynałem, mogę powiedzieć, że czuję się spełniony jako zawodnik. Spotkałem w życiu wybitnych siatkarzy, z którymi miałem przyjemność grać. Przynajmniej oni mnie rozpoznają. Przeżyłem też kilka niezapomnianych chwil w reprezentacji.

Wróci pan kiedyś do Lańcuta?

- Bardzo bym chciał, choć spodziewałem się, że zostanę w Jastrzębiu i moja dalsza przygoda z siatkówką będzie związana z tym miejscem. Nie przeszkadza mi to, że Łańcut to małe miasteczko, ale z drugiej strony wiem, że tylko duże ośrodki siatkarskie mają coś do zaoferowania. To praca wybiera miejsce do życia. Dobrze czuję się w Warszawie. Wcześniej wiele rzeczy planowałem i później życie brutalnie to weryfikowało. Teraz żyję z dnia na dzień.

Widzi pan siebie w sztabie szkoleniowym Politechniki w przyszłym sezonie?

- Tak. Przyzwyczajam się miejsc. Poznałem tutaj wielu fajnych ludzi, którzy są nakręceni na siatkówkę. Jest, co robić. Jedyny minus to rozłąka z rodziną. Ale to zawsze jest wpisane w zawód trenera i trzeba umieć z tym żyć.

Więcej o:

PlusLiga 2019/20

lp. Drużyna Pkt Sety Zw. Por.
1 VERVA Warszawa 59 65:21 21 2
2 ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 58 64:22 19 4
3 Jastrzębski Węgiel 48 53:31 17 6
4 PGE Skra Bełchatów 48 55:30 16 7
5 Trefl Gdańsk 35 46:41 11 11
6 GKS Katowice 32 47:53 10 13
7 Cerrad Czarni Radom 31 41:42 10 11
8 MKS Ślepsk Suwałki 28 38:49 10 12
9 Indykpol AZS Olsztyn 26 39:45 9 12
10 Aluron Virtu CMC Zawiercie 26 34:48 9 13
11 MKS Będzin 24 36:50 9 13
12 Cuprum Lubin 23 33:53 8 15
13 Asseco Resovia 21 32:57 6 17
14 BKS Visła Bydgoszcz 12 26:67 2 21

  • Półfinały
  • Ćwierćfinały