Sport.pl

Mateusz Bartel: Szachiści grają sami ze sobą

- Zdarzają się sytuacje, kiedy ludzka myśl dominuje nad krzemową, ale w tym momencie jasne jest, że to komputery są lepsze - mówi szachowy arcymistrz Mateusz Bartel, który broni tytułu mistrza Polski w turnieju, który w sobotę rozpoczyna się w Warszawie.
Bartel, 27-letni szachista, broni tytułu, który w swojej karierze zdobywał już trzykrotnie. Nie jest jednak zdecydowanym faworytem turnieju. O złoto będzie walczył z najwyżej sklasyfikowanym na liście FIDE polskim zawodnikiem Radosławem Wojtaszkiem.

Olgierd Kwiatkowski: Skąd wzięło się u pana zainteresowanie szachami?

Mateusz Bartel: Gdy miałem sześć lat, ja i mój młodszy o półtora roku brat Michał zachorowaliśmy na ospę. Wówczas tata, chcąc nas czymś zainteresować, nauczył nas grać w szachy i tak to się zaczęło. Pasja pojawiała się stopniowo, ale na pewno duże znaczenie miał fakt, że wygrałem swój pierwszy turniej - mistrzostwa Warszawy do lat 9.

Nie marzył pan jako dziecko o jakimś innym, bardziej dynamicznym sporcie?

- Szachy od samego początku bardzo mnie fascynowały, więc z pewnością można przyjąć, że był to wybór świadomy. Okazji wypróbowania się w innych sportach za bardzo nie miałem. Czasami nieco tego żałuję, bo jestem dość wysportowany. Niewykluczone, że także w innych dyscyplinach nie byłbym bez szans na sukcesy.

Kiedy nadszedł taki moment, w którym pan stwierdził, że postawi tylko na szachy?

- Przed długi czas nie chciałem zostać szachowym zawodowcem, broniłem się przed tym. Dopiero podczas studiów uznałem, że szachy są tym, co lubię robić najbardziej i co najlepiej mi wychodzi. Z pewnością bardzo mobilizujące dla moich dalszych decyzji było zdobycie mistrzostwa Polski mężczyzn w 2006 r. Miałem wówczas 21 lat, musiałem wybrać, czy postawić bardziej na edukację, czy na szachy.

Zaczynał pan karierę w Polonii Warszawa i nadal - mimo przeprowadzki do Wrocławia - jest pan jej zawodnikiem. To klub, który odniósł masę sukcesów w ostatnich latach. Skąd bierze się jego siła?

- Jakby się dokładnie przyjrzeć, to znaczna część polskiej czołówki rozpoczynała poważną przygodę z szachami od Polonii. W latach 90. zajęcia z młodzieżą prowadzili tam wybitni specjaliści: Adam Umiastowski, Tomasz Lissowski czy śp. Wojciech Ehrenfeucht. Z dużą skutecznością potrafili wyławiać szachowe talenty i pomagać im w pierwszych szachowych krokach.

Czy nie było dla was upokarzające albo co najmniej mało wygodne trenowanie w nieogrzanych barakach przy Konwiktorskiej?

- Te słynne baraki nie są wymarzonym miejscem do gry, ale wspominam je z sentymentem. Tym bardziej trzeba docenić rolę ludzi, którzy tak wiele zrobili dla tej sekcji. Swoją pozycję Polonia zawdzięcza ludziom, przede wszystkim Marii i Janowi Maciejom, którzy od przeszło 20 lat poświęcają wiele energii, by Polonia osiągnęła jak najwięcej w kraju i w Europie. Dzięki ich staraniom nasza drużyna przez lata wspierana była przez wiele wielkich firm, dzięki temu osiągnęła znakomite wyniki.

Czy klub ma dziś jeszcze duże znaczenie dla szachisty? Jaka jest dziś jego rola?

- Pełnią inną rolę niż przed laty. Kiedyś było to główne miejsce spotkań nie tylko juniorów, ale także seniorów. Obecnie wszystko ewoluuje, również w kierunku internetu - w końcu zajęcia szachowe mogą odbywać się nawet za pośrednictwem Skype'a. Nic jednak nie zastąpi normalnych kontaktów przy szachownicy i takie klubowe spotkania są bardzo istotne.

W zeszłym roku powstał nowy klub Wojtaszek Comarch. W jaki sposób pomoże on polskim szachom?

- Wojtaszek Comarch Team to nawet nie tyle klub, ile grupa, której celem jest wsparcie naszych najlepszych zawodników i jednocześnie wychowanie ich następców. Współpraca z taką firmą daje zawodnikom wiele nowych możliwości, zwłaszcza treningowych i startowych. Rosną także oczekiwania, a to mobilizuje do zwiększonego wysiłku.

Firma Comarch działa w branży informatycznej, dziś komputer jest chyba niezbędny w treningu szachowym?

- W obecnych czasach komputer jest dla szachisty narzędziem nieodzownym. Po pierwsze, na komputerach zgromadzone są bazy szachowe zawierające miliony rozegranych partii. Gdy dowiadujemy się, z kim przychodzi nam grać, wyszukujemy partie przeciwnika w bazach i sprawdzamy, jakie zazwyczaj wybiera debiuty, jaki jest jego styl gry itp. Drugą pomocną rzeczą są programy szachowe, które obecnie mają już bardzo wysoki poziom. We współpracy z nimi szachiści opracowują debiuty.

Człowiek może być lepszym szachistą niż komputer?

- To trochę tak, jakby porównywać człowieka z samochodem. W tej chwili algorytmy, którymi posługują się komputery, są już tak dobre, a same maszyny tak szybkie, że najlepsi szachiści mają z nimi niewielkie szanse nawet na remis. Poza tym, że komputery analizują miliony pozycji na sekundę, to także nie męczą się - w przeciwieństwie do ludzi, u których zmęczenie odgrywa ogromną rolę. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy to ludzka myśl dominuje nad tą krzemową, ale w tym momencie jasne jest, że to komputery są lepsze.

Jak wyglądają pana treningi, ile czasu pan im poświęca?

- W odróżnieniu on innych sportów szachiści nie muszą mieć konkretnej rozpiski, co i kiedy robią. W związku z tym ciężko dokładnie podać, ile się pracuje. Raz bywa, że trening trwa dziesięć godzin, a w inny dzień, powiedzmy, godzinę. Same treningi zależą od poziomu szachisty. Najlepsi zawodnicy skupiają się głównie na analizie zagadnień debiutowych, a także na umiejętności liczenia wariantów. Do takich treningów nie jest potrzebny sparingpartner, toteż często ludzie niewtajemniczeni mówią, że "szachiści grają sami ze sobą". Nie można także zapominać o przygotowaniu fizycznym. Chociaż wielu ludzi nie uważa szachów za sport, to zapewniam, że stresująca kilkugodzinna partia jest naprawdę męcząca i kondycja może w niej odgrywać niebagatelne znaczenie.

Warto się tak poświęcać? Co panu dały szachy w życiu?

- Zależy, z której strony patrzeć. Przede wszystkim to znajomości - każdy turniej to nowe grono znajomych, wśród których jest wielu bardzo ciekawych ludzi o różnych zainteresowaniach. Podróże interesują mnie mniej, ale nawet taki ignorant jak ja miał okazję zwiedzić przy okazji turniejów kilka bardzo znanych miejsc. No i na koniec - szachy dały mi także miłość. Moja dziewczyna Marta Przeździecka, z którą jestem już od prawie sześciu lat, to szachowa arcymistrzyni. Szachy uczą też wielu przydatnych rzeczy. Na swoim przykładzie zaobserwowałem, że to umiejętność radzenia sobie z niepowodzeniami, umiejętność szybkiej koncentracji czy przewidywania. Myślę jednak, że każdy może z szachów wynieść dla siebie także inne korzyści.

Broni pan tytułu mistrzowskiego, jest faworytem najbliższego turnieju. Czy drugie miejsce w Warszawie uzna pan za porażkę?

- Skoro wygrałem mistrzostwa dwa razy z rzędu, to faktycznie chyba muszę znaleźć się w gronie faworytów, choć specjalnie tego nie lubię. Na szczęście najlepszym polskim zawodnikiem nadal jest Radosław Wojtaszek (od którego nazwiska powstał wspomniany wcześniej Wojtaszek COMARCH Team), obecnie 34. zawodnik świata, i to jego wygranej oczekuje większość kibiców. Ja jak zwykle zadowolę się miejscem na podium, a celuję w miejsce drugie - tak samo myślałem rok i dwa lata temu. Srebra mistrzostw Polski jeszcze nie miałem i cały czas staram się je zdobyć. Choć akurat ostatnie dwa "niepowodzenia" raczej mnie ucieszyły!

Więcej o: