Sport.pl

Kamil Łączyński o sezonie w Koszalinie: Uczyłem się od Milicicia i Urlepa

- W Koszalinie ambicje były duże, zdecydowanie przewyższały te z Warszawy. Musiałem wyżej zawiesić sobie poprzeczkę, ale jestem zadowolony z wyboru - miałem okazję pouczyć się koszykówki od Igora Milicicia - mówi Warszawa.sport.pl wychowanek Polonii Kamil Łączyński.
23-letni rozgrywający miał w AZS Koszalin świetną końcówkę sezonu - jego zespół przegrał w ćwierćfinale play-off 2-3 z Asseco Prokomem Gdynia, ale Łączyński w dwóch ostatnich spotkaniach rzucał obrońcom tytułu odpowiednio 14 i 16 punktów. W całym sezonie zdobywał średnio po 5,0 punktu i 4,2 asysty na mecz. Zagrał w aż 38 meczach - aż, bo utalentowanego rozgrywającego, który w ekstraklasie gra od 2006 roku, przez kilka lat trapiły częste kontuzje kolana. Przeszedł sześć operacji, ostatnią w marcu 2010 roku.

Łukasz Cegliński: Kolana nie bolą?

Kamil Łączyński: Wszystko jest w porządku, nic poważnego się nie działo. Małe problemy były, ale ja nigdy tyle nie grałem i nie trenowałem, więc to pewnie dlatego.

Jak brak problemów z kolanami wpływa na twoją grę?

- Jestem zdecydowanie bardziej aktywny, jeśli chodzi o wejścia pod kosz czy grę w obronie - wiem, że kolano, że mięśnie wszystko trzymają i nie boję się gry fizycznej, kontaktu z rywalem. Ale ta pewność siebie wynika też z ogromu pracy, jaki wkładam w to, by nogę wzmocnić.

Jesteś po pierwszym sezonie gry poza Warszawą. Jakie wrażenia?

- Na początku obawiałem się czy odnajdę się w mieście, jak będzie mi się mieszkało samemu itp. Ale z czasem się przyzwyczaiłem. Miałem zupełnie inną drużynę - nie taką, która gra o przetrwanie, a ja, jako młody gracz, mogę - ale nie muszę - coś wnieść. W Koszalinie były duże ambicje, zespół złożony był z weteranów i wymagania ze strony kibiców i klubu zdecydowanie przewyższały te z Warszawy. Musiałem wyżej zawiesić sobie poprzeczkę, ale jestem zadowolony z wyboru - miałem m.in. okazję pouczyć się koszykówki od Igora Milicicia.

Czego nauczył cię 36-letni Milicić, jeden z najlepszych rozgrywających w historii ligi?

- Spojrzenia na grę. Po jednym z przedsezonowych sparingów Igor powiedział mi tak: "Kamil, ja ci mogę różne rzeczy mówić, bo na razie nie mam komu przekazywać wiedzy o koszykówce, moi synowie są jeszcze za mali. Jak chcesz to słuchaj i podpatruj, jak nie chcesz, to nie". Spodobało mi się to, że nie powiedział: rób to, co ja! Złożył propozycję, a ja ją przyjąłem - w trakcie sezonu odbyliśmy kilkanaście rozmów o graniu na pozycji rozgrywającego, o koszykówce. Uczyłem się od Igora prowadzenia drużyny na boisku, ale także od strony szatni. Ja jestem zawodnikiem, który lubi napędzać drużynę, dużo gadam itd. Igor tu też mi pomógł. Ale dopiero na boisku okaże się, czy coś z tego wyniosłem.

Na razie boisko pokazuje, że - inaczej niż w Warszawie - rzadziej i słabiej rzucasz z dystansu, ale stajesz się rozgrywającym pełną gębą. Masz coraz więcej asyst.

- Zawsze bardzo lubiłem podawać, a że nie było tego widać... W Polonii często była taka sytuacja, że jak grałem z Marcinem Nowakowskim, Michałem Kwiatkowskim, a wcześniej Krzyśkiem Szubargą i Tomkiem Ochońko to bywało tak, że nie miało znaczenia, kto na jakiej pozycji gra na obwodzie. Może dlatego czasem więcej rzucałem. W AZS, szczególnie od momentu jak zespół przejął trener Andrej Urlep, grałem tylko jako rozgrywający. A jak dostawałem więcej szans, to, siłą rzeczy, miałem też więcej okazji do kreowania kolegów. Ale nad skutecznością muszę pracować, bo końcówkę sezonu miałem tragiczną.

Wywołałeś nazwisko Urlepa - jakie wrażenia z pracy z legendą?

- Na początku miałem stracha, bo krążą o nim różne opowieści. Ale po paru miesiącach jestem bardzo zadowolony. Facet żyje koszykówką, ma ogromną wiedzę i poświęca mnóstwo czasu by jakiegoś Łączyńskiego uczyć i podnosić jego poziom. Trenerowi zwykle zależy tylko na wyniku drużyny, ale Urlep pracował też z każdym z nas. Mieliśmy indywidualne wideo, także z drugim trenerem Davidem Dedkiem - oglądaliśmy mecze analizując je akcja po akcji. Słyszałem od trenerów, w których konkretnych sytuacjach zachowałem się źle, bo mam złe nawyki, a w których dobrze i co muszę powielać. Wcześniej w karierze czegoś takiego nie doświadczyłem. Trener Urlep jest oczywiście zwariowany, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Wybucha, ale te wybuchy mają pozytywny wydźwięk. Zrobił w Koszalinie wielką robotę - może nie widać tego tak bardzo po wynikach, ale po jego przyjściu zespół zaczął funkcjonować jak drużyna.

W ćwierćfinale play-off graliście z Asseco Prokomem Gdynia. Przegraliście 2-3, ale wypadliście nieźle, szczególnie ty.

- Grało mi się bardzo dobrze. Nie spodziewałem się, że będziemy aż tak z Prokomem walczyli, choć wiedzieliśmy, że mamy szansę im się postawić - szczególnie w Koszalinie. Spodziewałem się, że wygramy dwa mecze u siebie, bo to specyficzna hala. Ja miałem pretensje do siebie za końcówkę piątego, decydującego meczu w Gdyni - słabo ją rozegrałem, nie wziąłem odpowiedzialności na siebie. Szło mi, zdobyłem 10 punktów z rzędu, a w trzech ostatnich minutach nie oddałem rzutu. A przegraliśmy tylko siedmioma punktami.

W minionym sezonie Tauron Basket Ligi, łącznie z tobą, zagrało tylko 10 koszykarzy zaczynających grać w koszykówkę w Warszawie lub okolicach. To chyba źle świadczy o regionie?

- Zdecydowanie. To porażka. Największe województwo, największe miasto powinny być fabryką młodych sportowców, koszykarzy. A w przyszłym roku znów może nie być w Warszawie koszykówki w ekstraklasie.

Z czego wynika ten regres?

- W Warszawie jest wiele klubów młodzieżowych, w których grają fajni chłopcy. Te drużyny grają w półfinałach lub finałach mistrzostw Polski w swoich kategoriach, więc nie jest tak, że nie mamy młodych, ambitnych zawodników i trenerów. Warszawa nie chce jednak zainwestować w dorosłą koszykówkę - ci, którzy kończą wiek juniora, nie mają gdzie we własnym mieście grać w seniorach na dobrym poziomie. Muszą wyjeżdżać, a to jest często skok na głęboką wodę. Czasem się nie udaje, człowiek się podłamuje. Brakuje inicjatywy ze strony miasta, nie ma ludzi, którzy chcą inwestować w koszykówkę. Warszawa zasługuje na zespół grający na najwyższym poziomie i tylko taki zdoła przyciągnąć ludzi. Drużyny walczące w dole tabeli nie wzbudzają zainteresowania. Mam nadzieję, że w górę pójdzie Legia i za jakiś czas znajdzie się w ekstraklasie.

Rozmawiał Łukasz CeglińskiFC Warszawa, czyli drużyna naprawdę niezła


Więcej o: