Sport.pl

Zapomniana historia Skry, czyli jak na Wawelskiej w koszykówkę grali

W ekstraklasie grała rok, ale nie wygrała żadnego meczu. Kariery kończyli w niej Sitkowski, Wichowski czy Trams. Na przełomie lat 90. miała czołowy młodzieżowy zespół w kraju, ale szybko przestała istnieć. Teraz koszykówki w Skrze nie ma.
Po wielosekcyjnym klubie z centrum Warszawy zostało smutne wspomnienie. Rozpadający się stadion i obskurny budynek klubowy mieszczą dwie sekcje: lekkiej atletyki i rugby. Na ścianie korytarza, gdzie znajdują się pomieszczenia administracyjne, wiszą także zdjęcia siatkarzy. Siatkarek - już nie, choć to właśnie na Wawelskiej zaczynała karierę Małgorzata Glinka.

Pytam o historię sekcji koszykarskiej, ale dowiaduję się niewiele. To stare dzieje. Pytam o stare protokoły, dokumenty, zdjęcia koszykarzy. Nie ma. Spalone. - Były, ale kilka lat temu w magazynach nad basenem, gdzie były schowane, był pożar. Menele zrobili sobie metę i coś zaprószyli - słyszę w klubie.

Szkoda. Koszykarska historia Skry jest krótka, ale ciekawa.

Start w 1954 roku. A może wcześniej...

Klub powstał w 1921 roku, a że jego założycielami byli i robotnicy, i studenci, to jako nazwę zaproponowano akronim SKRA: Sportowy Klub Robotniczo-Akademicki. Pierwszymi sekcjami były bokserska, piłkarska i szermiercza. Koszykówka? W książce Krzysztofa Łaszkiewicza, nieocenionej "Polska Koszykówka Męska 1928-2004", Skra po raz pierwszy wspomniana jest przy okazji sezonu 1954/55.

Choć jeszcze nie pod nazwą Skra. We fragmencie opisującym turniej o awans do drugiej ligi Łaszkiewicz pisze: "Po dwa zwycięstwa zanotowały w Krakowie zespoły Startu (Skry) Warszawa i Sparty Sopot". Okazało się, że dwie wygrane wystarczyły do promocji. Dwa lata później zespół grał już jako Skra.

W Polsce zaczynał się wtedy świetny czas dla koszykówki. Szczególnie w Warszawie, gdzie na bardzo dobrym poziomie grały Legia, Polonia i AZS AWF. W latach 60. reprezentacja, zawsze z kilkoma warszawiakami w składzie, zdobywała medale mistrzostw Europy, jedyny raz wystąpiła na mistrzostwach świata (1967 rok), trzykrotnie grała na igrzyskach.

Andrzej Pstrokoński, świetny skrzydłowy Legii i reprezentacji, o tamtych czasach opowiadał tak: - W Warszawie było wtedy tylko kilka nocnych knajp na poziomie europejskim: Grand, Bristol, gdzie urzędowaliśmy z Realem Madryt po meczach pucharowych, Kongresowa... Do tych knajp nie było łatwo się dostać, cieć wybierał sobie, kto może wejść. No ale my, koszykarze, wchodziliśmy jak do siebie do domu, z zaproszeniem. Piłkarze? Oni mieli inne miejsca pobytu, szli na ilość, a my na jakość. Siatkarze się wtedy nie liczyli. My byliśmy śmietanką Warszawy, wielu z nas interesowało się nie tylko sportem.

Do Skry trafiali wygrani

Skra śmietanką Warszawy raczej nie była. W latach 50. i 60. zespół z Wawelskiej tułał się gdzieś na drugim planie stołecznej koszykówki, na krajowej mapie pojawiał się i znikał, zresztą tak, jak druga liga mężczyzn, którą PZKosz zamykał i otwierał. W 1965 roku Skra włączyła się do walki o awans do pierwszej ligi, ale była nieco słabsza niż ŁKS Łódź. Trzy lata później zespół wzmocnił Marek Sitkowski.

To znaczący moment w historii klubu, który w pełnej koszykarskich gwiazd w Warszawie pełnił rolę bocznicy. Sitkowski, warszawiak, przez kilkanaście lat grał w AZS AWF, regularnie występował w reprezentacji, w 1963 roku zdobył srebro mistrzostw Europy. W 1967 roku 33-letni już wówczas gracz, po roku przerwy w karierze zaczął grać w Skrze.

- Do Skry trafiali zawodnicy wygrani - wspomina Andrzej Rafałowski, wieloletni kierownik drużyny. - AZS, Polonia, Legia były poza zasięgiem, a w Skrze grali koszykarze kończący kariery albo tacy, którzy już swoje osiągnęli.,

W 1970 roku trenerem Skry został Zygmunt Ślesicki, były zawodnik i szkoleniowiec Polonii, brat Władysława, reżysera, który nakręcił m.in. "W pustyni i w puszczy" oraz ojciec Macieja, też reżysera, m.in. seriali "13 posterunek" i "Szpilki na Giewoncie".

Film, w którym Skra awansowała do ekstraklasy, reżyserował jednak jeszcze ktoś inny. Janusz Wichowski, jeden z najlepszych polskich koszykarzy w historii, który przez lata budził postrach na skrzydłach Polonii i Legii.

Drużynka przyjacielska, atmosfera świetna

35-letni wówczas "Wichoś" przyszedł do Skry razem ze Ślesickim. - Jakoś przed wakacjami Zygmunt zapytał mnie w Warszawie: "Janusz, co ty teraz robisz?" "Dobre wrażenie" - odpowiedziałem. A on na to, żebym przyszedł do niego, do Skry i pomógł drużynie - mówi Wichowski. I wspomina też, że właśnie wtedy, w 1970 roku, urodził się jego pierwszy syn Paweł.

- Nie stawialiśmy sobie awansu za cel, to była taka drużynka przyjacielska. Nie siłowa, inteligentna. Chłopcy byli zdolni. Brakowało wysokich, ale trener skupił się na poprawieniu obrony i wychodziła nam ona nieźle - dodaje były lider reprezentacji Polski.

- Zaczęło nam iść dobrze, było ładnie i przyjemnie. Wie pan, nie pamiętam już historii meczowych, w moim wieku wolno już zapomnieć - śmieje się 77-letni obecnie Wichowski. - Ostatni mecz graliśmy chyba z ŁKS. Musieliśmy wygrać, no i wygraliśmy. Świętowanie było skromne, ale miłe. Młodzież była wtedy grzeczna, wielu zawodników studiowało.

Wichowski dzieli się też ogólniejszą refleksją: - Ówczesna koszykówka to świetna atmosfera. PZKosz, dziennikarze, trenerzy, z których większość była zawodnikami - tworzyli ją wszyscy. Teraz jest inaczej, nie ma sukcesów - mówi były znakomity koszykarz.

Wichowski Skrę do pierwszej ligi wprowadził, ale w niej nie zagrał - wyjechał do Francji. Ślesickiego po siedmiu kolejkach zmienił Jan Czupryna, ale zespół przegrywał od początku do końca. Z bilansem 0-18 zajął ostatnie miejsce i spadł z ligi razem z Legią.

Koszykarze z Wawelskiej najbliżej wygranej byli w meczu z trzecią od końca Resovią, ale przegrali u siebie 76:77. Od zaciętych spotkań częstsze były pogromy: 49:92 ze Śląskiem i 70:107 w derbach z AZS u siebie czy 71:106 w Gdańsku z Wybrzeżem.

Trzecia liga i Słowacki

Po spadku Skra rozegrała jeszcze dwa przyzwoite sezony w drugiej lidze - w rozgrywkach 1973/74 miała po pierwszej rundzie dwa punkty przewagi nad Startem Lublin, ale dała się wyprzedzić rywalom. PZKosz rozszerzył pierwszą ligę do 12 zespołów, ale w turnieju barażowym warszawiacy zajęli ostatnie miejsce przegrywając wszystkie trzy mecze. Rok później spadli z drugiej ligi.

- W latach 70. trenowałam w Skrze lekkoatletykę, ale już tej koszykarskiej, dobrej drużyny nie pamiętam. Tylko siatkarzy - wspomina Jolanta Paluch, znana w koszykarskiej Warszawie trenerka Skry. Absolwentka i nauczycielka liceum im. Juliusza Słowackiego, przyczółka klubu, wspomina jeszcze tylko Włodzimierza Tramsa. Błyskotliwy rozgrywający, które najlepsze lata kariery spędził w więzieniu za przemyt, grubo po trzydziestce właśnie na Wawelskiej kończył karierę pod koniec lat 70.

W latach 80. Skry, na pierwszy rzut oka, na koszykarskiej mapie nie było - w sezonie 1979/80 zespół z hukiem wyleciał z drugiej ligi z bilansem 4-32, wrócił dopiero po dziewięciu latach. Wrócił, bo już zaczynał zbierać owoce sadzonki z 1984 roku.

- W Słowackim powstała wówczas pierwsza klasa koszykarska, której ja byłam wychowawczynią. A że wcześniej zrobiłam kurs instruktora, to pomagałam prowadzić drużyny trenerowi Remigiuszowi Kociowi - mówi Paluch, którą prawdopodobnie zna większość z tych, którzy mieli okazję grać w Warszawie na poziomie szkolnym od kadeta po uniwersytet.

Czupryna młodego "Szybila"

2 maja 1973 roku, niedługo po tym, jak Skra zakończyła nieudaną walkę o szybki powrót do pierwszej ligi, w jednym z warszawskich szpitali przyszedł na świat Piotr Szybilski. W 1980 roku, kiedy Skra na dziewięć lat znikła z rozgrywek centralnych, mały Piotrek poszedł do szkoły. Na Domaniewską, do podstawówki nr 146. I zaczął ćwiczyć pływanie.

- Miałem predyspozycje, by robić to na poziomie, ale pan Jan Czupryna, mój pierwszy trener, którego poznałem w trzeciej klasie, przekonał mnie, że warto się poświęcić koszykówce - wspomina Szybilski. - Wspierał mnie, bo dołączyłem do grupy, która ćwiczyła ze sobą już rok i wydawało mi się, że jestem za słaby. Przekonał mnie do koszykówki - mówi późniejszy reprezentant Polski o trenerze, który niegdyś prowadził Skrę w jedynym sezonie w pierwszej lidze.

Dlaczego Szybilski, który wyrósł na 207-centymetrowego podkoszowego, czołowego polskiego zawodnika pod koniec lat 90., trafił do Skry? - W tamtych czasach Warszawa była podzielona na rejony, które były objęte patronatami różnych klubów. Moja podstawówka była szkółką Skry - mówi Szybilski.

- Po jej skończeniu trafiłem do Słowackiego, choć nie taki był mój plan. Zdawałem do klasy informatycznej w liceum im. Czackiego, zdałem egzaminy, ale nie dostałem się do 30-osobowej klasy. No to poszedłem do Słowackiego, gdzie prowadził mnie trener Remigiusz Koć - dodaje zawodnik.

Bazar, komisy i złota szkółka

- Skra działała wtedy prężnie, były pieniądze na to, by pozyskiwać młodych, utalentowanych graczy nie tylko z okręgu, ale także np. z Prudnika jak Daniel Stec czy z Olsztyna jak Jacek Sienkiewicz - wspomina Andrzej Kierlewicz, wychowanek AZS AWF, potem klubowy kolega Szybilskiego, a obecnie trener juniorów Polonii.

- Na przełomie lat 80. i 90. Skra czerpała pieniądze z bazaru, na który, w czasach przemian, w weekendy zjeżdżali się ludzie nie tylko z Warszawy. Na Stadionie Dziesięciolecia handlu jeszcze nie było. Na terenie klubu były także salony i komisy samochodowe. Skra miała niezłe drużyny w siatkówce, koszykówce, piłce ręcznej, lekkiej atletyce - wylicza Kierlewicz.

Szybilski: - Skra była postrzegana jako jeden z wiodących klubów koszykarskich w Warszawie, bo odnosiła sukcesy w kategoriach młodzieżowych. Kiedy graliśmy w mistrzostwach szkół w ósmej klasie, to w finale w Warszawie przegraliśmy inną szkółką Skry, która potem zdobyła mistrzostwo Polski. Klub ściągał dobrych graczy z Polski, którzy mieszkali w internacie przy Słowackim.

Drużynę złożoną z graczy urodzonych jakby z okazji pierwszoligowego sezonu Skry na początku lat 70., Paluch doprowadziła do złotego medalu mistrzostw Polski kadetów w 1989 roku i juniorskiego brązu rok później. Potem zespół przejął Jerzy Leszczyński i zdobył z nim mistrzostwo Polski juniorów.

W imponującym stylu! W grupie Skra rozbiła obrońcę tytułu Lecha Poznań 119:96, a w finale 104:85 Gwardię Wrocław.

Przeniesienie? Likwidacja!

- Kiedy w 1991 roku zdobywaliśmy mistrzostwo Polski juniorów, mieliśmy olbrzymią przewagę, bo niemal w takim samym składzie graliśmy już w drugiej lidze. I nieźle nam szło, biliśmy się o awans do ekstraklasy - wspomina Szybilski. Skra postraszyła faworytów, ale ich nie pokonała. Szybilski wyjechał na studia do USA, koszykarze z Wawelskiej osłabli.

Zresztą, nie tylko koszykarze, ale cały klub. Bazar zniknął, pojawiły się kłopoty finansowe, zarząd Skry postanowił likwidować najmniej obiecujące sekcje. W 1993 roku pojawił się pomysł, by koszykarze z Wawelskiej połączyli się z innym klubem - mówiono o Legii, MOS Wola, a nawet przeniesieniem do Płońska.

30 marca 1994 roku ówczesny trener drugoligowej drużyny Adam Wielgosz sam dzwonił do dziennikarzy mówiąc, że klub podjął decyzję o likwidacji jego zespołu i pierwszoligowej drużyny piłkarek ręcznych.

- Przyczyną likwidacji obu drużyn są problemy finansowe, których klub nie potrafi rozwiązać już od kilku miesięcy - mówił Wielgosz.

Przez trzy następne lata drużynę w trzeciej lidze prowadził Krzysztof Podgórski. - Odszedłem, bo sekcja, rozumiana jako drużyna seniorów, się rozpadła.

Na Wawelskiej od początku XXI wieku nie ma także już grup młodzieżowych. O koszykówce mało kto pamięta. - Dwa, może trzy lata temu, umówiłem się z kimś w okolicy i, mając chwilę czasu, poszedłem zobaczyć jak wygląda hala - mówi Szybilski. - Okazało się, że wygląda tak samo, jak za moich czasów. Dokładnie tak samo. Zaśmiałem się, ale w sumie nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

- Jedno jest pewne: ogarnęła mnie nostalgia za starymi czasami - dodaje najbardziej znany wychowanek koszykarskiej Skry.

Więcej o:
Komentarze (4)
Zapomniana historia Skry, czyli jak na Wawelskiej w koszykówkę grali
Zaloguj się
  • 15mrromanowski

    Oceniono 1 raz 1

    Szanowny Panie Redaktorze,
    Piękne wspomnienie o Skrze. Na zdjęciu z Edkiem Jurkiewiczem jest prawdopodobnie Wojtek Galas, ale to mógłby potwierdzić np. jego brat Krzysztof Galas, lub Jan Sobczak-też byli zawonicy Skry , którzy grali w tamtej drużynie Skry, gdy ta występowała w I lidze. Grali w niej też w tamtym okresie: Robert Gajzler, Krzysztof Kołodziejczyk, Marian Szugzda, Andrzej Skwirowski (później asystent od statystyki ligi u red. Łukasza Jedlewskiego ze "Sportowca"). Z Krzysztofem Galasem i Janem Sobczakiem spotykamy się dwa razy w roku na przedświatecznym opłatku i jajeczku organizowanym przez Polskie Towarzystwo Koszykówki. Z "11" w Wybrzeżu prawdopodobnie Pana imiennik Cegliński, ale imienia nie pamiętam. Pozdrawiam.

  • Jack Arrow

    0

    Grałem z Szybilskiim w latach 1987/88. Pamiętam trenera Wolskiego. Nawet dyrektor Słowackiego rozmawiał z moimi rodzicami abym tam poszedł do liceum Jednak życie potoczyło się inaczej.

  • azspw

    0

    Byłem ostatnio na hali... niewymiarowe kosze, brud, warunki sanitarne straszne... szkoda bo pod koniec lat 90 lubiłem tam grać..

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX