Klasy sportowe, przygotowania na parkingu i doradcy z ZSRR, czyli jak powstawała pruszkowska Mazowszanka

- Pamiętam mecz w juniorach z Polonią, gdzie do przerwy był wynik 59:0, a trener Adam Latos krzyczał z ławki do swoich zawodników, że jak trafią do kosza, to im kupi lody - Jacek Gembal, znany trener koszykówki z Pruszkowa, wspomina jak powstawała drużyna, która 20 lat temu w składzie złożonym niemal tylko z wychowanków, rozpoczęła walkę o awans do pierwszej ligi.
W sobotę Znicz Basket Pruszków rozpoczyna rozgrywki w pierwszej, czyli de facto drugiej lidze. Nikt w podwarszawskim mieście nie spodziewa się świetnych wyników i nie liczy na to, że zespół - tak, jak 20 lat temu drużyna MKS MOS - awansuje do ekstraklasy wywołując w Pruszkowie koszykarskie szaleństwo.

Kibice z Pruszkowa sezon 1992/93, a szczególnie zacięte finały ze Spójnią Stargard pamiętają świetnie. To, co było potem - mistrzowskie zespoły Mazowszanki z lat 1995 i 1997 z m.in. Adamem Wójcikiem, Tyrice'em Walkerem i Piotrem Szybilskim - pamięta już każdy Polak, który choć trochę interesował się koszykówką.

Niewielu jednak wie, z czego zrodził się zespół MKS MOS, który 20 lat temu podjął walkę o awans do pierwszej ligi. O wspomnienie poprosiliśmy Jacka Gembala, czyli najbardziej znanego z grupy miejscowych trenerów szkolących zespół, który w Pruszkowie wszyscy wspominają z łezką w oku.

"Słuchaj, zagrajmy w trzeciej lidze!"

- W latach 80. Znicz miał seniorów, a MKS MOS juniorów i dzieci. Ale pod koniec tej dekady w Zniczu zrobił marazm, zespół spadł z drugiej ligi i w 1988 roku został rozwiązany. Sekcja koszykarska przestała istnieć.

- Krzysiek Żolik, który prowadził wówczas zespół, był rozgoryczony i powiedział, że daje sobie spokój. Ale, że mieszkaliśmy w tym samym bloku i widywaliśmy się codziennie, to usiedliśmy kiedyś i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co można zrobić. Mówię mu: "Słuchaj, mamy dobrych kadetów, mamy dobrych juniorów - zagrajmy w trzeciej lidze! Może uda się ściągnąć jakieś pieniądze do MKS MOS".

- MOS był finansowany ze środków Szkolnego Związku Sportowego, ale ponieważ drużyna miała być w dużym stopniu oparta na graczach młodych z roczników 1969-70, to założyliśmy, że to będzie możliwe. Ze starych graczy mieli zostać Ziembiński, Morawski, Widlicki, Rowiński, Marszycki, Krajewski.

59:0 z Polonią, czyli konkurencji brak

- Młodych mieliśmy na bardzo dobrym poziomie. Ci z rocznika 1969 zajęli piąte miejsce na Spartakiadzie, a potem czwarte w finałach mistrzostw Polski juniorów. Ci z 1970 zostali wicemistrzami Spartakiady i zdobyli brązowy medal w juniorach. Gawryjołek, Sompol, Kasprzak, Brynda, Rybczyński, Kwasiborski, Białczewski oraz młodsi od nich Warmiak, Czosnowski i Trociński awansowali potem do pierwszej ligi.

- W Polsce zawsze zajmowaliśmy z tymi rocznikami czołowe miejsca, w młodzieżowych rozgrywkach w okręgu nie mieliśmy konkurencji. Najlepsza drużyna z Warszawy przegrywała z nami w Pruszkowie różnicą 20 punktów o każdej porze dnia i nocy. Pamiętam mecz w juniorach z Polonią, gdzie do przerwy był wynik 59:0, a trener Adam Latos krzyczał z ławki do swoich zawodników, że jak trafią do kosza, to im kupi lody.

- Z większością tych chłopaków zaczynaliśmy zajęcia od czwartej klasy szkoły podstawowej. W obu najważniejszych rocznikach przewinęło się ich ponad stu, ale "Kwasek", "Ryba", "Gawron" czy Hubert byli od początku, od wieku 10 lat, do awansu do pierwszej ligi.

Inicjatywa Andrzeja Gmocha

- Te klasy, to były klasy sportowe i wszystko powstało w oparciu właśnie o nie. Powstały z inicjatywy Andrzeja Gmocha, który w latach 50. i 60. tworzył w Pruszkowie koszykówkę, a w latach 80. był tutaj inspektorem oświaty. Znał się na rzeczy, na koszykówce zjadł zęby, także w Polonii. Czuł ten sport i wiedział, o co chodzi. Wtedy był też klimat na sport, na koszykówkę. Przychylność urzędników nam bardzo pomagała.

- Roczniki 1969-70 były pierwszymi, które załapały się na te klasy sportowe. Dzięki nim od małego, od 10. roku życia, wybrane grupy trenowały koszykówkę. Według dziwnych podziałów, bo ustalono, że koszykarski profil będą miały szkoły nr 6 i 11, w "dwunastce" będzie hokej, a w "dziewiątce" - piłka nożna.

- Te dwa roczniki w dwóch szkołach trenowałem ja, Krzysiek Podgórski, Adzik Kowalczyk i Mietek Kuczyński. Osiem godzin w tygodniu było przeznaczone na koszykówkę. Później te roczniki, niemal w całości, przeniosły się do Zespołu Szkół Mechanicznych, gdzie była tzw. specjalizacja sportowa i znów osiem dodatkowych godzin koszykówki. Dodatkowych, bo poza tymi rannymi zajęciami w ramach szkoły, były też już normalne treningi w klubie.

Podstęp Gembala. "Chcieliśmy coś zrobić"

- W oparciu o tych chłopców i sześciu starszych ze Znicza postanowiliśmy z Krzyśkiem zrobić jeden zespół. Treningi mieliśmy prowadzić razem, ale ja powiedziałem Krzyśkowi: "Ja drużyny nie poprowadzę, bo nie mam kiedy. Są przecież jeszcze mecze w juniorach". No i Krzysiek został trenerem.

- Trzecią ligę, już jako MKS MOS, udało nam się w 1988 roku zorganizować podstępem. Śp. Piotr Foks, ówczesny szef zarządu wojewódzkiego SZS, czyli główny nasz finansista, w ogóle nie chciał słyszeć o dawaniu pieniędzy na seniorów. Ale ja mówię mu tak: "A chcesz mieć sukcesy młodzieżowe?" "No chcę" - mówi. To mu tłumaczę: "Ja tu w okręgu nie bardzo mam, z kim grać, wszystko wygrywam wysoko. Dla chłopaków to złe, bo przed finałami nie zagrają żadnych ważnych meczów. Dasz mi pieniądze na turnieje?" "Dostaniesz" - odpowiada Foks. "No to nie dawaj mi na te turnieje, tylko daj na trzecią ligą. Chłopaki będą tam grać i przygotowywać się do finałów juniorów" - mówię. No i się udało.

- Dyrektorem MOS był wtedy Jerzy Kwasiborski, a jego zastępcą Janusz Wierzbowski., Wszyscy mieliśmy jeden cel: chcieliśmy zrobić coś z tymi zdolnymi graczami, spróbować przełożyć możliwości tej drużyny na grę w seniorach. O ekstraklasie nikt wtedy nie myślał.

Szczęśliwe losowanie Alojzego Chmiela

- Treningi często mieliśmy z Krzyśkiem wspólne - on prowadził zespół w meczach, ja szkoliłem juniorów, z których on korzystał. Ćwiczyliśmy i graliśmy na starej hali Znicz, dopiero później przenieśliśmy się do nowej hali przy ul. Gomulińskiego.

- Już w pierwszym sezonie, 1988/89, awansowaliśmy do drugiej ligi. Najpierw wygraliśmy swoją grupę trzeciej ligi i czekały nas turnieje - półfinałowy i finałowy. My z jednej strony nie bardzo chcieliśmy je organizować, bo na wyjazd dostawaliśmy pieniądze z SZS, a u siebie musieliśmy płacić. Ale jak znów przekonaliśmy Foksa, żeby zamiast na wyjazdy, dał nam pieniądze na organizację, to chcieliśmy grać u siebie.

- Wtedy jednak śp. Alojzy Chmiel, który odpowiadał za rozgrywki i zawsze robił wszystko zgodnie z przepisami od A do Z, nie chciał przyznać nam organizacji turnieju tak po prostu. Powiedział, że musi być losowanie. I tak wylosował, że mieliśmy być gospodarzem i półfinału, i finału.

- Z kim graliśmy? Cholera, już nie pamiętam Na pewno była Kotwica Kołobrzeg, może Start Łódź?

Interesy Anatolija Blika

- Po awansie do drugiej ligi celem było utrzymanie się, ale w drużynie zaczęły się zmiany. Odszedł Krajewski, po roku przestali grać Morawski, Marszycki i Rowiński. Potem Krzysiek miał problemy zdrowotne, przeszedł poważną operację serca i od 1990 roku zespół prowadziłem ja.

- Tu ciekawostka - wcześniej, przez rok, pracował z nami były zawodnik m.in. CSKA Moskwa Anatolij Blik, który pod koniec lat 60. wygrywał z tym zespołem Puchar Europy. Znał się dobrze z Bolkiem Morysińskim z Pruszkowa, który kiedyś grał w reprezentacji Polski na Uniwersjadzie w Moskwie.

- Blik z Morysińskim robili jakieś interesy, aż w końcu załatwiliśmy mu przyjazd do Polski i Anatolij razem z Krzyśkiem prowadził pierwszy zespół. Był w Pruszkowie przez rok, później wyjechał, ale miał wpływ na zespół, na to, co działo się później.

Niezwykłe podróże Aleksieja Agiejewa

- Do pierwszej ligi awansowaliśmy składem złożonym tylko z wychowanków. Wyjątkiem był Rosjanin Aleksiej Agiejew, którego pomagał nam sprowadzić właśnie Blik. Aleks był wychowankiem klubu z Saratowa, skąd przyszedł do nas, ale szkolił się także w dzisiejszym Sankt Petersburgu, gdzie kończył szkołę sportową i grał w ówczesnym Spartaku Leningrad.

- Jak przyjechał do Pruszkowa, to, w co trudno uwierzyć, grał i w MKS MOS, i w Saratowie. To dziwne, ale tak można było, a na dodatek godził to logistycznie. Umowa była taka, że w tamtym klubie, który walczył o awans do ekstraklasy, ma zagrać ileś spotkań. I jak miał mecz w sobotę w Pruszkowie, to po nim wsiadał od razu w samochód, jechał do Moskwy, a stamtąd leciał - do Krasnodaru, czy gdzieś indziej. Ta druga liga w ZSRR grała w poniedziałki, czy w środku tygodnia. I potem Aleks do nas wracał.

- Aleks trafił do nas jakoś w listopadzie, już po rozpoczęciu rozgrywek w ZSRR i nie bardzo mógł stamtąd odejść. Saratow się na taki układ zgodził, a my tym bardziej, bo dla nas było to bardzo poważne wzmocnienie. Na ówczesną drugą ligę Agiejew był na pewno jednym z najlepszych zawodników. Nie dość, że miał dobre warunki fizyczne, ze 204 cm wzrostu, to na dodatek miał spore umiejętności. Mógł grać pod koszem, ale rzucał też z dystansu, fizycznie na siłacza nie wyglądał, ale silny był i nieźle zbierał. No i był profesjonalistą - wszystko miał podporządkowane koszykówce.

Diaczenko i towar z Terespola

- Aleks był pierwszym obcokrajowcem w Pruszkowie, po nim był Michaił Diaczenko, który przyjechał do Warszawy na turniej ze swoim zespołem. Transfer znów pomagał nam załatwić Blik.

- Diaczenko to był dobry gracz, miał świetny rzut. Ale z tygodnia na tydzień blakł. Dlaczego? Bo żona, która przyjechała z nim, zajmowała się handlem, a on jej pomagał. W nocy jeździł do Terespola po towar, wracał nad ranem, na trening przychodził zmordowany. W końcu oddaliśmy go do Legii.

- Na marginesie - początek lat 90. to były takie lata, że Legia była w kryzysie, Polonia właśnie w niego wpadała, AWF już praktycznie nie istniał, Skra miała tylko taki dwuletni wyskok. I my wskoczyliśmy z tą swoją młodzieżą w tę lukę.

Thomson i pierwszoligowa wizja dla chłopców

- Aleks zarabiał pieniądze, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć ile. 400-500 dolarów, może mniej? Płacone miał z prywatnych pieniędzy, była wtedy przy klubie grupa, nazwijmy to, sympatyków. Ludzi, którzy prowadzili interesiki. Pensja Agiejewa klubu nie obciążała, reszta grała za skromne pieniądze. Wypłacane niesystematycznie, czasem w formie nagród. Sponsorów mieliśmy różnych - Herbapol czy inne firmy. Kiedy drużyna grała jeszcze w Zniczu, to zawodnicy byli zatrudniani gdzieś w zakładach na pół etatu.

- Na początku lat 90. Lech Kulesza, późniejszy członek Rady Miasta, a także ojciec Adama, który ocierał się o pierwszy zespół, pomógł nam załatwić wsparcie firmy Thomson. Kontaktami z nią zajmowali się Krzysiek i Janusz Wierzbowski, który był już wtedy dyrektorem MOS, ja trzymałem zespół. Thomson dawał pieniądze, które starczały na Agiejewa.

- W moim pierwszym sezonie graliśmy około ósmej pozycji, w drugim poszliśmy trochę wyżej, a potem pojawił się pomysł: a może by się tak pobić o awans? Nawiązywaliśmy walkę z najlepszymi, ale niewielu wierzyło, że to się może udać. Ja jednak mówiłem o tym celu głośno, ponieważ chłopcy musieli mieć przed sobą jakąś wizję, by wciąż grać i się starać.

- Akurat w tym, w którym awansowaliśmy, mieliśmy krach finansowy. Pieniędzy było na trzy kolejki, zastanawialiśmy się, czy się nie wycofać. Ale trochę zarobiliśmy dzięki Polonii, która grała u nas mecz pucharowy, a potem udało się załatwić coś od Thomsona. Graliśmy dalej i awansowaliśmy.

Namioty, treningi na parkingu i obóz w Czechach

- Obozy przygotowawcze zaczynaliśmy zwykle na przełomie czerwca i lipca w Sztutowie - w ośrodku zakładów mechanicznych pracowaliśmy głównie nad przygotowaniem fizycznym. Wyżywienie mieliśmy w tym ośrodku, chłopaki spali na polu namiotowym - to były takie harcerskie namioty, w których były wstawione łóżka. My z Krzyśkiem mieliśmy na terenie ośrodka jeden domek. Warunki były dobre, ćwiczyliśmy też technikę z piłkami na asfaltowym parkingu. Do tego bieganie, ćwiczenia gimnastyczne i wieczorne granie w piłkę nożną na plaży.

- Później, pod koniec lata, jeździliśmy do czeskiego Trzyńca czy do Pucka. Jeździliśmy tam, gdzie było tanio. W Pucku kolegę ze studiów miał Janusz Wierzbowski, do Trzyńca też opłacało się jechać. W Polsce, w ośrodkach sportowych, często był problem z halą, bo przyjeżdżało do nich po kilka drużyn i brakowało terminów, trzeba było się dopasowywać. My szukaliśmy ośrodka taniego z halą do swojej dyspozycji. I tak było w Trzyńcu, gdzie na hali była także siłownia.

Zona press oraz mądrość i cwaniactwo

- Przed sezonem 1992/93 wrócił do nas ze służby wojskowej z Legii Hubert Białczewski. Wrócił inny niż odchodził. U nas grał jako typowy środkowy, miał jeden wielki atut: bardzo dobrze operował hakiem. Miał do tego predyspozycje, był miękki. W Legii ustawiano go jednak dalej od kosza i jak wrócił do nas, to próbował rzucać z dystansu. Myślę, że gdyby grał u nas bez przerwy, to rozwinąłby się lepiej.

- Hubert i Aleks byli jedynymi wysokimi graczami. Pozostali nie mieli oszałamiających warunków fizycznych, więc drużyna była nastawiona na defensywę. Na ówczesne lata dobrze broniliśmy. Dzięki obecności Blika zaczęliśmy dużo bronić na całym boisku zoną press. Graliśmy trzy rodzaje tej defensywy, żeby zaskakiwać nią rywali. Mieliśmy zawodników z predyspozycjami do gry w obronie - Kwasiborski, Kasprzak, Rybczyński, Czosnowski na obwodzie, a bliżej kosza Gawryjołek czy Białczewski. A Agiejew był cwany, mądry, umiał się ustawiać.

To był zespół stąd

- Jak się dobrze broniło, się atakowało z kontry. My graliśmy dużo szybkiej koszykówki, wykorzystywaliśmy umiejętności np. "Kwaska" do gry jeden na jednego. Zabrać mu piłkę to nie była prosta sprawa, podobnie jak utrzymać się przed nim, kiedy wchodził pod kosz. A on potrafił odegrać.

- Tomek Ziembiński, wieloletni kapitan, pod względem motorycznym był przeciętny, ale grał inteligentnie. I był też cwany, doświadczony - umiał wybronić graczy o 10 cm wyższych od siebie. No i potrafił rzucać z dziewiątego metra.

- Ciężko powiedzieć, że któryś z tych zawodników był wybitnie utalentowany. Janek Warmiak miał duży talent, ale późno zaczął grać, nie przeszedł przez te wczesne klasy sportowe i potem brakowało mu techniki.

- Poza tym by talent, nawet tej mniejszy, się rozwijał, to trzeba się poświęcić sprawie w 100 proc. A chłopaki mieli normalne życie, to nie byli zawodowcy. Nawet ten pierwszy sezon w pierwszej lidze nie mieliśmy zawodowej drużyny w dzisiejszym rozumieniu.

- Ta drużyna miała swój charakter. Tu nie każdy mógł grać i nie każdy z tych chłopaków mógł pójść do innego klubu, by grać na dobrym poziomie. To był zespół stąd, wszyscy znali się na wylot, stanowili drużynę na boisku i poza nim. I dlatego był taki dobry.

MKS MOS 1992/93. Sezon zasadniczy - mecze z rywalami (na pierwszym miejscu mecz u siebie): Spójnia Stargard 83:85 po dogrywce i 93:94 po dogrywce; AZS Koszalin 88:80 i 89:105; Legia Warszawa 77:83 i 86:75; AZS Toruń 90:71 i 86:66; Skra Warszawa 87:70 i 83:72; Instal Białystok 96:71 i 89:62; Astoria Bydgoszcz 88:67 i 116:108; Kotwica Kołobrzeg 109:73 i 96:85; Wybrzeże Gdańsk 93:83 i 131:128 po dwóch dogrywkach; Warta Gorzów 97:50 i 81:57; Obra Kościan 100:67 i 106:105 po dogrywce.

Play-off - ćwierćfinał: Astoria Bydgoszcz: 92:85 w Bydgoszczy i 95:77 w Pruszkowie. Półfinał: Legia Warszawa: 81:76 w Warszawie i 89:70 w Pruszkowie. Finał: Spójnia Stargard: 66:59 w Stargardzie, 66:77 i 65:61 w Pruszkowie.

Skład MKS MOS: Aleksiej Agiejew (ur. 1961; 204 cm wzrostu; 29 meczów; 18,5 punktu na mecz; rekord 39); Jacek Rybczyński (1970; 186; 27; 16,9; 36); Tomasz Ziembiński (1965; 198; 28; 14,3; 26); Paweł Gawryjołek (1969; 194; 28; 11,6; 20); Tomasz Kwasiborski (1970; 172; 24; 10,0; 20); Hubert Białczewski (1970; 204; 26; 9,0; 33); Janusz Warmiak (1971; 194; 26; 6,8; 15); Paweł Czosnowski (1972; 186; 25; 6,3; 14); Dariusz Tomaszewski (1974; 194; 3; 3,7; 6); Radosław Sompol (1969; 197; 11; 2,6; 12); Dominik Czubek (1975; 178; 3; 2,3; 4); Michał Woźniak (1975; 185; 5; 2,2; 9); Piotr Trociński (1972; 185; 18; 1,8; 10); Adam Kulesza (1975; 197; 4; 0,3; 1)