Sport.pl

Trener Siódemki Legionovii: Stać nas na spokojne utrzymanie

- Większość ludzi nie widzi nas w Orlen Lidze. Powtarza, że podzielimy los Rumii, która awansowała i bez żadnego zwycięstwa z hukiem spadła. Znam swój zespół i ligę. Jestem przekonany, że stać nas na spokojne utrzymanie - mówi trener Siódemki Legionovii Wojciech Lalek.
5 października Siódemka Legionovia zadebiutuje w Orlen Lidze. Rywalem w pierwszym meczu będzie mistrz Polski Atom Trefl Sopot. Klub z podwarszawskiego Legionowa w ciągu dwóch lat wywalczył awans do najwyższej ligi w Polsce w siatkówce kobiet. Autorem sukcesu jest Wojciech Lalek. Trener, który w przeszłości prowadził kilka ligowych klubów teraz wraca do Orlen Ligi.

Krzysztof Zaborowski: Pracował pan już w kilku polskich klubach. Teraz z Siódemką Legionovią w blasku beniaminka wraca pan z przytupem na ligowe salony.

Wojciech Lalek: Udało się wywalczyć awans w spektakularny sposób, ale nie wiem czy można powiedzieć, że wracam z przytupem. Na pewno zespół ciężką dwuletnią pracą sobie na to zasłużył. Udało się przygotować odpowiednią formę, która pozwoliła uniknąć stresu w walce o awans. Nerwy dopiero się zaczną. Cieszę się z powrotu do ligi. Większość dziewczyn w zespole miały już swoją historię w ekstraklasie. Wcześniej zrezygnowały z gry w klubach, żeby doprowadzić Legionovię do awansu. Teraz będą chciały o sobie przypomnieć. Doświadczenie to jest siła tego zespołu. Przez dwa lata wspólnej gry zawodniczki mają za sobą spektakularne zwycięstwa. Teraz trafiliśmy do elity, gdzie nie ma słabych drużyn. Obojętnie czy to jest mistrz Polski czy drużyna, która walczy o utrzymanie. Nie będziemy tutaj wygrywali tak regularnie jak ostatnio. Każde zwycięstwo będziemy musieli wyszarpać.

Dlaczego akurat dwa lata temu zdecydował się pan na ofertę z Legionowa?

- Ofertę otrzymałem, kiedy byłem asystentem Jerzego Strumiła w Treflu Gdańsk. Tam po sezonie doszło do zmian. Rozmawiałem ze Stanisławem Supą, którego znałem od lat z boiska. Po przyjeździe do Legionowa usłyszałem od działaczy jaką mają wizję pracy i jakie zawodniczki mają się pojawić to nie zastanawiałem się. Każdy z trenerów marzy, żeby trafić do zespołu, który ma wysokie cele. Plan był taki, żeby w ciągu trzech lat awansować do ekstraklasy. Udało się po dwóch. Nie żałuję tym bardziej, że to był mój autorski projekt.

Zapisał się pan już w historii klubu, ale na pewno nie powiedział pan jeszcze ostatniego słowa.

- Zdaje sobie sprawę, że będzie ciężko. Najłatwiej jest trafić do klubu z mocnym składem. Wtedy praca jest spokojna. My będziemy musieli wszystko wręcz wyszarpać. Rozgrywać świetne mecze i robić niespodzianki, żeby zostać w lidze. Wiele nocy nie przysypiam, kiedy gra zespołu jest zła, ale nie mogę doczekać się, kiedy zacznie się sezon.

Orlen Liga to nie za wysokie progi dla Legionovii?

- Nie, bo nie kupiliśmy miejsca w lidze. My awansowaliśmy w sportowy sposób. Nikt nam tego nie podarował. Dziewczyny to wywalczyły na boisku. Była taka sytuacja, w której była możliwość kupienia miejsca w wyższej lidze i to było w zasięgu finansowym klubu. Mądrość ludzi, którzy zarządzają polegała na tym, że postanowili sportowo awansować najpierw do pierwszej ligi, a potem do ekstraklasy. Przez ten czas poznaliśmy się tak dokładnie, że wiem czego możemy się po sobie spodziewać. Większość ludzi nie widzi nas w Orlen Lidze. Powtarza, że podzielimy los Rumii, która awansowała i bez żadnego zwycięstwa z hukiem spadła. Znam swój zespół i ligę. Jestem przekonany, że stać nas na spokojne utrzymanie.

Okres przygotowawczy nie napawa jednak optymizmem. Porażki goniły porażkę w meczach kontrolnych.

- Tak. Denerwuję się tym, że źle gramy i nie pokazujemy tego co na treningach. To leży w psychice zawodniczek. Mam takie powiedzenie, że skoczka w dal nikt nie ocenia za rozbieg tylko za skok. My ten rozbieg spaliliśmy, ale uważam, że w tej chwili jesteśmy już gotowi.

Światełko w tunelu pojawiło się w Białymstoku, gdzie w ostatnim sparingu wygraliście z AZS-em 3:2?

- Nie mówię tylko o samym meczu, ale trzeba zaznaczyć, że nie należy lekceważyć drużyny z Białegostoku. Chodziło bardziej o postawę. Martwiło mnie brak walki i komunikacji u dziewczyn. Znaleźliśmy już przyczynę. Poradziliśmy sobie z tym i nasza postawa napawa mnie optymizmem.

W przerwie letnie raczej było spokojnie w Legionowie. Rewolucji kadrowej nie było. Tylko kosmetyczne zmiany.

- To była nasza wspólna decyzja. Pojawiły się głosy, że trzeba ściągnąć nowe zawodniczki. Najlepiej reprezentantki kraju, ale nie wiem czy byłoby to gwarantem sukcesu. Znamy przykłady z innych lig, że nazwiska nie grają. Zadalibyśmy kłam teorii, w której zakładaliśmy, że zespół w takim kształcie personalnym najpierw awansuje, a później po zmianach kosmetycznych będzie grał w ekstraklasie. Uważam, że pojawienie się trzech-czterech nowych zawodniczek to nie jest rewolucja. Dziewczyny, które wywalczyły awans zasłużyły, żeby tutaj grać. Gdyby doszło do rewolucji zrobilibyśmy coś najgorszego.

Pozycja przyjmującej to największy problem pana zespołu?

- W Orlen Lidze zresztą będą inne piłki, które są trudne do przyjmowania. W naszym przypadku wygląda to już lepiej niż na początku. Poświęciliśmy na ten element dużo czasu. Niestety straciliśmy Annę Witczak, na którą bardzo liczyłem. Nie doszła do siebie po ciężkiej kontuzji. Zdrowie w tej sytuacji jest najważniejsze. Musimy poradzić sobie z tą sytuacją. Mamy cztery zawodniczki na tej pozycji. Do końca grudnia jest otwarte okienko transferowe, ale z obecnym składem spróbujemy powalczyć.

Terminarz w pierwszych meczach wybitnie nie sprzyja beniaminkowi.

- To bez znaczenia. Każdy mecz będzie trudny. Do każdego trzeba będzie podejść z maksymalną koncentracją. Dla zespołu, który będzie bił się o utrzymanie ważne jest, żeby sprawiać niespodzianki z najlepszymi. Tylko wtedy jest szansa na spokojne utrzymanie. Oby ewentualne porażki nie wpływały na atmosferę w kolejnych meczach. Dobry początek jest ważny, ale tak naprawdę najważniejszy jest koniec.

Co ma pan jeszcze do udowodnienia w Legionowie?

- Jeśli trener powie, że nie ma nic to może rezygnować. Zawsze jest coś do poprawy. To jest wyzwanie. Na razie mamy cel, żeby utrzymać się w Orlen Lidze, a jeśli to zrobimy to dla mnie będzie to sukces. Porównywany z wywalczeniem awansu lub zdobyciem medalu. To byłoby coś fajnego. Mam także mniejsze cele. Będę starał się przed każdym meczem przygotować zespół taktycznie i fizycznie w taki sposób, żeby sprawiał niespodzianki. Każdy punkt urwany potężnym zespołom będzie małym sukcesem, a największym, jeśli dziewczyny jeszcze bardziej uwierzą w siebie.

Więcej o: