Od Rozwadowskiego do Bendera. Trener Adam Latos opowiada o lepieniu graczy, talentach i różnych pokoleniach

- Kształtowanie koszykarzy z dzieci sprawia mi frajdę. Podobnie jak to, że ci, którzy kiedyś u mnie grali, przyprowadzają po latach swoje dzieci i mówią: ?Trenerze, pan je nauczy koszykówki i charakteru. I niech się też przegrywać nauczą, bo w życiu różnie bywa? - mówi Adam Latos, trener młodzieżowych grup Polonii.
Rusz się. Joga na plaży, longboardy na Agrykoli i parkour na Ursynowie. Co jeszcze w Warszawie?

Na początku kwietnia 2015 roku przypominamy wywiad z Adamem Latosem sprzed dwóch lat, bo właśnie mija 30 lat, od kiedy uznany w Warszawie trener został samodzielnym szkoleniowcem młodzieżowych grup Polonii Warszawa. Trenerze, gratulujemy!

____________________________

Zna go prawdopodobnie każdy, kto w swoim nastoletnim okresie trenował koszykówkę w Warszawie lub okolicach. Zna, ale ile o nim wie?

Adam Latos, rocznik 1956, pochodzi z okolic Ryk. Do Warszawy przyjechał w 1976 roku na studia. Na Politechnice studiował eksploatację maszyn budowlanych, pierwszy temat pracy dyplomowej dotyczył tarcz do budowy metra. - Ale musiałbym jechać na dwumiesięczny kurs do Moskwy. Nie chciałem, mieliśmy wtedy mistrzostwa Polski Politechnik w Lublinie, a ja byłem w drużynie. Już jako pomocnik trenera, trochę kierownik drużyny - opowiada.

W sezonie 2012/13 Latos zdobył złoto mistrzostw Polski kadetów z chłopcami urodzonymi w 1997 roku.

Łukasz Cegliński: Pamięta pan pierwszy trening, który pan poprowadził?

Adam Latos: To było na Polonii, w hali przy Konwiktorskiej, w 1984 roku. Właśnie zrobiłem kurs instruktora, kończyłem go z sekretarzem sekcji koszykarskiej Polonii. On robił specjalizację z piłki ręcznej, ale na ogólny chodziliśmy razem i on namówił mnie, żeby tu przyjść. Akurat zwolniło się miejsce, bo trener Remigiusz Koć odszedł do Skry. Kiedy przyszedłem, to struktura drużyn młodzieżowych była trochę inna niż teraz - była jedna grupa kadetów i jedna juniorów. No i seniorzy. Janek Kita prowadził obie te młodsze grupy, w juniorach grał wtedy rocznik 1966 z Krzyśkiem Lubaszką, Piotrem Wiktorowskim. W mistrzostwach Polski zajęli piąte miejsce. Ja zacząłem Jankowi pomagać, trochę go zastępować, przy kadetach. I organizować grupę naborową z rocznika 1970.

Pamięta pan, kto w tej grupie był?

- Oczywiście. Pamiętam taki turniej kadetów we wrześniu 1985 roku w Pruszkowie, już na Gomulińskiego, gdzie hala MOS została właśnie oddana do użytku. Starszym rocznikiem w kadetach był wówczas 1969, ja grałem rok młodszym. Krupski, Ciostek, Tasiecki, Paweł Urbański, który grał później w Skrze, Bulasiński z 1971 roku, Bielonko... Była to grupa, w której sześciu chłopców miało ponad dwa metry wzrostu. Fajnie wyglądali, tylko że szkoleni zaczęli być w ósmej klasie podstawówki. A w Pruszkowie Jacek Gembal miał w swoim zespole graczy, którzy potem wprowadzili MKS MOS do ekstraklasy - Białczewskiego, Rybczyńskiego, Kwasiborskiego, Gawryjołka. Oni w kadetach zdobyli bodajże srebro. Na tym turnieju przegrałem z nimi sporo, chyba 38:130. Ale ja spokojnie chłopaków uczyłem. Nie było jednak tak, jak ostatnio mówił w rozmowie Jacek Gembal, że przegrywaliśmy 0:59.

To był pański pierwszy mecz w roli trenera?

- Jeśli chodzi o zespół wyselekcjonowany i od początku prowadzony przeze mnie - tak. Ale wcześniej pomagałem Jankowi, pierwsze treningi to, jak mówiłem, 1984 rok. Umowę o pracę miałem jednak od 1985.

Skąd pan się wziął w koszykówce?

- W szkole średniej w Rykach, z których okolic pochodzę, trenowałem siatkówkę. Na studia poszedłem na Politechnikę, ale nie chciałem już grać w siatkówkę. Zajęcia z wuefu były obowiązkowe, wybrałem pływanie. Po dwóch tygodniach dostałem jednak zapalenia spojówek, no i basen się skończył. Miałem do wyboru koszykówkę na dole - na dole, bo mieszkałem w akademiku, albo trójbój siłowy w hali Gwardii. Wolałem pójść na koszykówkę. Na pierwszych zajęciach usłyszałem, że nieźle się ruszam i że mam się zgłosić do drużyny na Varsaviadę. Nie załapałem się do niej, ale akurat Bogdan Przywarski wrócił z Algierii i zaczął organizować drugi zespół AZS. Trafiłem do niej i okazało się, że ze swoimi 192 cm wzrostu, jestem najniższy. Zresztą razem z Piotrkiem Szeremetą, czyli synem Witolda - znanego dziennikarza, a także sędziego i działacza.

Wcześniej pan nie grał w koszykówkę?

- Grałem. W mechaniku w Rykach graliśmy, jak to wtedy było, we wszystko. Mieliśmy reprezentację w siatkówce, koszykówce, piłce ręcznej. Ale koszykówki nie trenowałem.

W Politechnice to było poważniejsze granie?

- Najpierw trenowałem w drugiej drużynie, potem przeszedłem do pierwszej. Za dużo nie grałem, uczyłem się przecież od zera. Uczyli mnie Przywarski, potem Jacek Knittel.

Kogo uznałby pan za swojego nauczyciela, jeśli chodzi o zawód trenera?

- Bogdana Przywarskiego. On nas ukierunkował na to, żebyśmy w koszykówkę się bawili i uczyli inteligentnej gry. Dużo pracy włożył w naszą grupę. Może dlatego teraz potrafię pracować z późnorozwojowcami, bo wiem, jak to jest, kiedy się nic nie umie? Ja uczyłem się koszykówki nie jako dziecko, tylko w pełni rozumny już człowiek.

Jaka jest różnica w podejściu do wczesnorozwojowca, a późnorozwojowca?

- Dzieciak, który rozwija się później, jest słabszy fizycznie od rówieśnika - wolniejszy, zawsze przegra walkę o piłkę, która leży na boisku. Na treningu może dziesięć razy przebiec boisko w obie strony i nie dostanie piłki. Bo do strefy ataku dobiegnie już po tym, jak padnie kosz, a jak wróci do obrony, to jego zespół już zaczyna kontrę. Dlatego trzeba zrobić wszystko, by także późnorozwojowcy dostawali piłkę. Trzeba ustalić taką grę treningową, by w ataku był ruch, wymiana piłki. Od Jana Mikułowskiego przejąłem tzw. tradycyjną, dużą ósemkę, czyli oddawanie piłki do skrzydła, zbieganie, ścięcia, podania na drugą stronę. W takiej gierce każdy ma szansę dostać piłkę, znaleźć się w dobrej sytuacji. Moje wszystkie gry, schematy, biorą się z tego ustawienia.

Jak pan szukał zawodników do tej swojej pierwszej grupy z roczników 1970 i 1971?

- Chodziłem do szkół na lekcje wuefu - przedstawiałem się nauczycielom, mówiłem, że jestem trenerem z Polonii, pytałem, czy mogę wejść na lekcję. Wtedy jeszcze można było na nie wchodzić, teraz jest ciężko - trzeba pisać podania do szkoły, są problemy. Ale wówczas wchodziłem na lekcje ósmych klas...

To chyba późno?

- Bardzo późno, tyle, że wtedy szkolenie w Polonii wyglądało tak, że klub miał trzy satelitarne szkoły podstawowe, które w rozgrywkach młodzieżowych grały jako Polonia - na Krakusa, na Osieckiej i na Mścisławskiej. Po ukończeniu szkoły najlepsi przechodzili do jednej już drużyny kadetów. Ja stwierdziłem jednak, że to za późno, bo ci zebrani kadeci nie identyfikują się z terenem, z halą, z klubem. Dlatego kandydatów do późniejszej grupy zacząłem szukać we wcześniejszych klasach. To były roczniki 1975, 1974, a nawet z 1973 - z tego ostatniego byli Arkadiusz Miłoszewski i Tomasz Rozwadowski.

Pamięta pan, jak zobaczył tę dwójkę?

- Rozwadowskiego znalazłem w szkole na Reymonta. Ale nie chciał przyjść na trening koszykówki, trenował piłkę ręczną. Wziąłem jego adres, telefon do rodziców i co dwa tygodnie chodziłem lub dzwoniłem. Przyszedł na trening raz, potem drugi. Za trzecim razem wziąłem go na mecz. Mówił, że nie ma butów, ale pożyczyłem mu chińskie trampki, które kiedyś przywiozłem z Pragi z turnieju organizowanego przy okazji Międzynarodowego Dnia Studenta. Dałem mu te buty, graliśmy na 29 listopada z rocznikiem 1973, który prowadził Rysiek Pietruszak. Wygraliśmy. I Tomek zaczął trenować.

A Miłoszewski?

- Też nie chciał. I to z rok czasu. Trenował piłkę nożną, stał na bramce chyba w Polfie Tarchomin, choć nie jestem pewny, to może był atak...

Jak pan ich przekonywał?

- Mówiłem, żeby przyszli na trening i zobaczyli. Takim opornym chłopakom daję na początku takie ćwiczenia, żeby się zachęcili, żeby im się podobało.

Jakie?

- Przede wszystkim trzeba im pokazać, że to nie jest trudne. Proste ćwiczenie jak rzut z bliska lub prosty zwód, którym można minąć rywala. Najpierw jedna, silniejsza ręka, ale potem też druga. Chłopak stopniowo przekonuje się, że wszystkiego może się nauczyć.

A ten 1975 rocznik, to chyba była trzecia klasa podstawówki, kiedy pan zaczął szukać w nim zawodników?

- Tak, w tym roczniku był Krzysiek Sidor. Chodził do szkoły na Kochanowskiego, trenowała go Jola Retkowska. Dwa lata na niego czekałem, przyszedł dopiero w piątej klasie.

A co pan w nim takiego zobaczył?

- Nogi jak patyczki, a do tego krzywe, wygięte w ósemkę. Dlatego, myślę, miał potem problemy z kolanami. To był jeszcze dzieciak, ale na boisku dużo widział. Rozglądał się swobodnie, piłka mu nie przeszkadzała, podawał. Już wtedy, w trzeciej klasie, miał charakter do rządzenia, tym bardziej, że miał już wtedy obok siebie czterech chłopców, który potem zdobyli w Polonii brązowy medal mistrzostw Polski kadetów - i to dwa razy. A ze starszym rocznikiem 1973 - brąz w juniorach.

To jak wchodzi pan do szkoły w poszukiwaniu graczy, to na co pan patrzy. Na wzrost?

- Nie, niekoniecznie. Na budowę. Gdybym patrzył na wzrost, to Michał Hlebowicki nigdy nie grałby w koszykówkę. Uzupełniałem rocznik 1975, przeglądałem piąte klasy. Znajomy nauczyciel ze szkoły na Niskiej powiedział mi, że jest dzieciak w czwartej klasie, który urodził się w 1975 roku. No to poszedłem zobaczyć. Stanęli w rzędzie, patrzę i mówię do nauczyciela: "O, to ten fajny chłopak z 1975?". A on na to: "Nie, to ten. Tamten, co pokazujesz, Hlebowicki, do niczego się nie nadaje". A Michał wyglądał wtedy tak, że z małego kawałka tułowia wyrastały długie nogi. Ponad pół roku chodziłem za nim do domu - też nie chciał przyjść.

W co on grał?

- W nic! Przewracał się o własne nogi. Ale jak przyszedł na trening, zobaczył, że to nie jest straszne. Wziąłem też razem z nim kilku jego kolegów z osiedla, zaczęli przychodzić na Polonię. Chociaż nie... Z tą halą to nie było tak łatwo, bo jak zacząłem organizować te młodsze grupy, to nie mogliśmy trenować na Konwiktorskiej. Zaczęliśmy więc wynajmować salę na Stawki. A na dodatek w czerwcu 1985 roku hala Polonii się spaliła.

Ta przy Konwiktorskiej?!

- Tak. Z tyłu, za siedzeniami, był magazyn sekcji lekkoatletycznej, akurat leżał tam zeskok. To już było po sezonie i nie wiem, czy to kibice, czy ktoś inny, ale w każdym razie od kiepa zajęło się to ogniem. Spalił się parkiet, wnętrze. Pierwszy zespół trenował wtedy na Politechnice lub na hali WAT, a my byliśmy na Stawkach. I my tam zostaliśmy. Na Konwiktorską wchodziliśmy tylko w weekendy, już od ósmej rano. Po to, by identyfikować się z terenem.

Wróćmy do selekcji - zwracał pan uwagę na wzrost, na budowę, na zachowanie na boisku. Na co jeszcze? Na cechy charakteru?

- To dopiero wychodzi później, w momentach stresowych. Wcześniej tego nie widać. Ale w walce na boisku, a nawet na podwórku, to już zauważalne. Czy jak dostanie w nos, to odda od razu? Czy inaczej - inteligentnie poczeka na dobry moment?

Który z etapów szkolenia lubi pan najbardziej?

- Największą frajdę sprawia mi moment, w którym biorę dzieciaka, który nic nie umie i lepię go jak plastelinę. Ten etap potrzebuje najbardziej doświadczonego trenera, przynajmniej ja tak uważam, żeby wyciągnąć z dzieciaka to, co najlepsze i prawidłowo nauczyć go elementów technicznych. Zadbać, by nie miał złych nawyków.

Od czego zaczyna się to lepienie zawodników?

- Od dobrego momentu. W tej chwili w swojej najmłodszej grupie, którą tworzą chłopcy z rocznika 2003, mam pięciu dzieciaków urodzonych w latach 2005-06 i to oni najszybciej wszystko łapią. Bo w koszykówce szkolenie zaczyna się za późno - siatkarze startują wcześniej, piłkarze też. My, jeśli tworzymy grupy w czwartej klasie, to zbieramy resztki. W drużynie mistrza Polski kadetów, z chłopców urodzonych w 1997 roku, kilku zaczynało w pierwszej lub drugiej klasie i efekty widać. Doszli do czegoś, są czołowymi koszykarzami w Polsce.

Dopytam - od czego zaczynać naukę koszykówki?

- Od prawidłowego wpojenia elementów ruchu. Zmiany kierunku, manewrów. I nie jednostronnych, z podziałem na pozycje. Uniwersalnych - w każdym miejscu boiska, prawej i lewej ręki, żeby prawidłowo rozwijać półkule mózgowe. Wtedy dalszy etap szkolenia jest dużo łatwiejszy. Wszystko najlepiej ćwiczyć z piłką, by poprawiać technikę. Choć ja na przykład na obozach włączam do treningów dużo lekkoatletyki - bieg, ćwiczenia sprawnościowe itp. Ja zresztą, jak studiowałem na Politechnice i frapowało mnie już szkolenie, to wiele godzin przesiedziałem na stadionie Skry podglądając lekkoatletów.

Jak przez te lata zmienił się Adam Latos jako trener?

- Odszedłem trochę właśnie od tego przygotowywania motorycznego, kondycyjnego, do nauczania, nacisku na technikę. Kiedyś dzieciaki były lepiej obyte z piłką, podstawy techniki ćwiczyły na podwórkach, gdzie grały po treningach. A teraz nie robią nic, więc więcej czasu na treningu trzeba poświęcić na zabawy z piłką.

Jakie są różnice między chłopakami urodzonymi w 1975 roku, a tymi w latach 90.?

- Takie, że teraz niektórych chłopców przyprowadzają rodzice, którzy sami są wychowankami Polonii. Ale na poważnie - różnice są bardzo duże. Przede wszystkim społeczne - tamci chłopcy chowali się na podwórkach, czasem ulicach. Rywalizację mieli we krwi. Kiedyś, jak dostałeś w nos, to byłeś słabiak - musiałeś szukać kogoś, by mu przyłożyć i znów stać się na podwórku gościem. Tamci młodzi koszykarze, z moich pierwszych roczników, nie umieli przegrywać. Jak przegrywali, to czuli się słabsi i to ich drażniło. A ci teraz, jak przegrają, to nie czują, że coś się stało. Są nauczeni na grach komputerowych - jak coś nie wychodzi, to włączasz od nowa i dalej próbujesz. A w życiu tak się nie da.

Jak pan z nimi pracuje pod tym względem?

- Uświadamiam im, i staram się to egzekwować, że każdy niecelny rzut to porażka. Gonię ich za to, artykułuję złość głośno i mocno. Rodzice miewają do mnie pretensje, że za głośno krzyczę, ale taki mam charakter pracy.

A jak jest z przyciąganiem chłopaków na treningi?

- Trudniej. Koszykówka jest mało popularna. Na treningi zapisują się ci, którzy ku tej dyscyplinie kierują się po linii rodzinnej - bo grał dziadek, ojciec lub wujek. Tacy to jeszcze chcą... Albo tacy, co się wszędzie przewracają i myślą: "A, może spróbuję jeszcze w koszykówkę". Tych, co chcemy my, patrzą gdzie indziej. Teraz większość dzieciaków chce był piłkarzami, tenisistami albo po prostu nie chcą się przemęczać. My zresztą w Warszawie jesteśmy przypadkiem szczególnym, profil mieszkańca się zmienił. Kiedyś w każdy weekend przychodziło na treningi na Polonię mnóstwo chłopaków, a teraz frekwencja w te dni maleje w porównaniu z tygodniem. Bo wiele osób wyjeżdża do domów i zabiera dzieci. Niektórzy mówią, że syn może trenować w tygodniu, ale w weekendy - nie.

Jaki był największy talent, z którym pan pracował w trakcie tych 28 lat?

- Muszę powiedzieć, że to jest chłopak z obecnej grupy, z rocznika 1997 - Maciek Bender. Kiedyś był kuleczką, grubaskiem, nie chciał przyjść na trening, a teraz ma 204 cm wzrostu i może mieć jeszcze więcej. Ma olbrzymi talent ruchowy, choć charakterologicznie to wciąż dzieciuch i nie wiadomo, czy to się zmieni. Ale na boisku problemów nie sprawia mu żaden ruch.

Inne talenty?

- Rozwadowski był potwornie inteligentnym człowiekiem, tylko że leniem. Gdyby on miał trochę charakteru do pracy, tak jak Miłoszewski, to zawojowałby polską ligę tak, jak Adam Wójcik. Miał 204 cm wzrostu, był bardzo sprawny. Ale nie chciał ciężko trenować.

Sidor?

- Bardzo inteligentny, ale słaby motorycznie. Szybkie ręce, dużą rozpiętość, ale bardzo wolne nogi. Na Polskę to starczało, on zaczynał grać jeszcze ze starszym pokoleniem, ale na Europę już nie.

Talenty z lat 90.?

- Rzutowy - Dominik Majewski. Ogromny talent. Podkoszową inteligencję miał z kolei Rafał Mudant. Ale też, nygus, nie chciał pracować. A przecież, jako zawodnik juniorów, był jednym z najlepszych podkoszowych w Europie. To był gracz w stylu Wojciecha Żurawskiego - niezbyt wysoki, miał dwa metry, ale gdzie się ustawiał, tam piłka wpadała mu w ręce. Na mistrzostwach Europy był sprytniejszy niż rywale.

A największe beztalencie, które ciężką pracą osiągnęło najwięcej?

- W życiu nie powiem o Arku Miłoszewskim, że był beztalenciem, ale miał problemy z koordynacją, nie miał luzu. Chciał jednak pracować, czasem przychodził wcześniej i trenował z młodszymi rocznikami, a potem dopiero ze swoją grupą. Robił po dwa treningi dziennie. Miał niewielkie możliwości ruchowe, ale wypracował bardzo dużo. W końcu trafił do reprezentacji Polski juniorów, ledwie po trzech latach gry w koszykówkę.

Pierwsza piątka Adama Latosa?

- Pod koszem to wiadomo - Rozwadowski, Miłoszewski i Bender. Na obwodzie Sidor. Kto obok niego? Osiągnąć coś może Michał Kierlewicz z rocznika 1997. Ale przede wszystkim ten Bender - naprawdę, nie miałem takiego gracza. Chociaż, jeśli mówimy o możliwościach ruchowych, predyspozycjach fizycznych, to w roczniku 1980 był Maciek Łastowski. U Lubaszki w drugiej lidze wygrywał mecze. Niesamowity talent, taki Bender z wrodzoną walecznością, miał 202 cm wzrostu. Pamiętam, że jak kiedyś Polonia grała sparingi z Bobrami, to czarni podkoszowi bali się obok niego skakać. Mógł dużo osiągnąć... Taka anegdota - pierwszy zespół schodzi kiedyś z treningu, Rozwadowski wsadził na koniec wyskakując prawie z linii osobistych. No to Hlebowicki wsadził z obrotem. A ja z kadetami wchodziłem akurat na trening - Łastowski popatrzył, wziął dwie piłki, chwycił, a łapy miał wielkie, i władował dwie na raz. "Zróbcie to" - mówi do seniorów. A Hlebowicki uśmiechnął się, powiedział "Przepraszam" i poszedł.

Ale Łastowskiego namówili na wyjazd do USA, razem z innymi chłopakami i dziewczynami z Polonii. Zaczął nieźle, skończył słabo, teraz można spotkać go gdzieś pod budką z piwem na Placu Wilsona.

Doradza pan czy odradza wyjazdy do USA?

- Teraz wybiera się Bender i jego koledzy z rocznika 1997. Odradzam im, bo twierdzę, że jechać do USA do gry można, ale raczej później niż wcześniej. Wydaje mi się, że bardziej ukształtowanym graczom jest tam łatwiej.

Dlaczego koszykówka w Warszawie upadła?

- W całej Polsce upadła.

Ale w Warszawie widać to szczególnie - nie ma drużyny ani w ekstraklasie, ani w pierwszej lidze.

- W Warszawie upadł cały seniorski sport, bo - poza piłkarską Legią - nie ma jego finansowania. Nie ma systemu i firm, które wchodziłyby w sport.

Dlaczego?

- Bo Warszawa jest anonimowa. W każdej innej miejscowości na imprezach sportowych można się spotykać, promować, a nawet załatwiać interesy. W stolicy - nie. I to mnie boli, bo choć warszawiakiem jestem, jak to się mówi, przyszywanym, przyjechałem na studia w 1976 roku, to jednak z tym miastem się zżyłem. Identyfikuję się z nim, z Polonią.

A w jakiej kondycji jest sport młodzieżowy?

- Jest trochę odbiciem tego, że społeczeństwo warszawskie jest wygodne. Bardziej niż w innych miastach. Jest wiele innych atrakcji, dzieciaki mają wybór.

Co to zmienia w pracy trenerów?

- Wymusza na nas pokazywanie, że koszykówka, że trenowanie może być fajne. Podejście do pracy nie jest takie, jak kiedyś, ale jednak można dzieciaki przekonać, że to ma sens, że może być fajne. Ja jestem tradycjonalistą - może mniej rozwijam chłopaków, których szkolę, ale uczę ich koszykówki na prostych elementach i dostosowuję je do składu, jaki mam. Tak samo z taktyką. Teraz tak się zastanawiam, że może popełniam błąd, koncentrując się na drużynie, ucząc wszechstronności, podporządkowując wiele zespołowi. Nie idę w kierunku, by wyszkolić np. świetnego rozgrywającego.

Ktoś może powiedzieć, że nie o to chodzi w szkoleniu młodzieży - że medale są nieważne, tylko to, ilu z tych chłopców zagra w kadrze.

- Wszystko fajnie, jeśli ma się w klubie ścieżkę rozwojową, jeśli twój utalentowany kadet czy junior może grać dalej w pierwszym zespole, w lidze. Ale jak tej ścieżki się nie ma, to jaką satysfakcję z wyszkolenia gracza może mieć trener pracujący z nim na jakimś etapie? Jeszcze żeby była z tego jakaś wymierna gratyfikacja finansowa - że za wyszkolenie koszykarza na poziom ligi czy reprezentacji dostaje się sporo pieniądze. Gdyby tak było, byłoby fajnie. Ale nie jest.

Krążą opowieści o pańskich zeszytach - podobno ma pan w nich zanotowane wszystkie wyniki i punkty.

- To nic specjalnego, po prostu zbieram sobie na własny użytek wyniki i zdobycze punktowe ze wszystkich rozgrywek młodzieżowych na poziomie ogólnopolskim. Kiedyś notowałem też etapy wojewódzkie, ale teraz to wszystko jest już zbierane w formie elektronicznej. Dzięki temu wiem takie szczegóły, jak to ilu zawodników o jakim wzroście gra w danym zespole, okręgu. Jak oni, z roku na rok, rosną, jak zmieniają się ich osiągnięcia. To mi pomaga przed meczami z danymi rywalami albo przed ogólnopolskimi turniejami. W jednym zeszycie mieści mi się kilka sezonów, a tych starych nie wyrzucam, więc trochę tego mam.

Jakie roczniki prowadzi pan teraz?

- Mistrzów Polski kadetów z rocznika 1997 i dwie grupy z 2002 oraz 2003 i młodsi. Chłopców z rocznika 2001 przekazałem Piotrowi Nurowskiemu. Dwa z tych roczników zdobyło mistrzostwa województwa, ten 2002 lał rywali dość mocno.

Liczy pan, ile roczników koszykarzy wychował?

- Gdzieś to mam spisane, ale trudno liczyć, bo zawodnicy przechodzą z grupy do grupy, grają ze starszymi itd. Ale mogę wyliczyć te, które organizowałem od zera - rocznikami: 1970, 1973-75, 1976-77, 1980, 1983, 1986. Potem, w 1990 roku, kiedy w Polonii był już Warbud, zaproponowano mi, żebym na bazie rocznika 1980, a także starszych i młodszych graczy, wszedł rezerwami do drugiej ligi. Awansowaliśmy. W drugiej lidze najpierw prowadziłem zespół sam, ale potem były jakieś zmiany w pierwszej drużynie i moje miejsce zajął Krzysztof Lubaszka. Pomagałem mu, w międzyczasie zdobyłem wicemistrzostwo juniorów z rocznikiem 1982 - przegraliśmy tylko z Polpharmą z Szymonem Szewczykiem. Potem karierę zakończył Wojtek Królik, a prezes Kozak zarządził, żeby został trenerem rezerw, a jego asystentem - Lubaszka. Mnie odsunięto. Wróciłem do szkolenia młodzieżowego i zacząłem zbierać drużynę z rocznika 1993. A potem zorganizowałem grupy z czterech kolejnych, aż do 1997. W pewnym momencie miałem pięć grup, które samemu prowadziłem.

Myślał pan kiedyś o prowadzeniu ligowego zespołu seniorów?

- Nie, takich ambicji nie mam. Największą satysfakcję mam z pracy z dzieciakami, w tym się ukształtowałem, wyspecjalizowałem.

Jakie ma pan zawodowe marzenie?

- Żeby praca w klubie była spokojna, bez zawirowań organizacyjno-finansowych. Chciałbym zdobyć jeszcze jakiś młodzieżowy medal. Kształtowanie koszykarzy z dzieci sprawia mi frajdę. Podobnie jak to, że ci, którzy kiedyś u mnie grali, przyprowadzają po latach swoje dzieci i mówią: "Trenerze, pan je nauczy koszykówki i charakteru. I niech się też przegrywać nauczą, bo w życiu różnie bywa".