Do kadry z bazaru, czyli "Leszczu", "Kowal" i rzeczywistość warszawskiej Olimpii [ZDJĘCIA]

Raz na jakiś czas wolskiej Olimpii zdarzy się coś miłego. Ale w pierwszym klubie Wojciecha Kowalczyka czas zatrzymał się na latach 90. i bazarowej rzeczywistości.


Bramkarz pierwszoligowego Dolcanu Ząbki Rafał Leszczyński piłkarzem znanym szerszej grupie kibiców stał się tydzień temu, kiedy selekcjoner Adam Nawałka powołał go do reprezentacji Polski. Poszukiwanie informacji o 21-letnim piłkarzu doprowadziło nas do warszawskiej Olimpii, pierwszego klubu Leszczyńskiego.

- Od dawna byłem przekonany, że będzie grał na wysokim poziomie, ale to powołanie dla Rafała ma w tym momencie trochę wymiar symboliczny - mówi Sławomir Żyliński, trener Olimpii. - To taka motywacja dla wszystkich chłopaków z pierwszej ligi, że nie znasz dnia i godziny, kiedy może spotkać cię w życiu coś miłego - wyjaśnia.

W klubie, który utrzymuje się z tego, że w niedziele boisko zmienia w bazar, "coś miłego" zdarza się rzadko.

Pieniądze dostał Raszyn

Powołanie Leszczyńskiego do kadry to dla Olimpii też trochę śmiech przez łzy. Młody bramkarz do Ząbek trafił pięć lat temu, ale nie z wolskiego klubu, tylko z KS Raszyn, gdzie przeszedł z Olimpii w 2008 roku razem z trenerem Jackiem Romańczukiem. Wcześniej "Leszczu" - tak 10-letni chłopak podpisał się na swojej pierwszej karcie zawodniczej - grał i trenował przez osiem lat.

- Tak się ułożyło, że go nam podkradli do tego Raszyna - próbuje uśmiechać się Żyliński. - Romańczuk to był nasz człowiek. Przez kilka lat trenował u nas piłkarzy, potem odszedł do Łomianek, po czym znowu go przygarnęliśmy. Ale wtedy zrobił nam właśnie psikusa z Rafałem i Raszynem - dopowiada prezes Olimpii Marian Parchowski.

Olimpia dostała za Leszczyńskiego ekwiwalent za wyszkolenie, który za odejście do tej samej, okręgowej, ligi wynosił zaledwie tysiąc złotych. Dolcan zapłacił już kilkanaście tysięcy, ale nie Olimpii, tylko Raszynowi.

- W tej chwili w Olimpii trenuje około 300 zawodników. Potencjał jest, ale nazwisk specjalnie wymieniać nie chcę. Raz, żeby się nikt z tych chłopaków nie obraził. A dwa, żeby znowu nam kogoś za szybko nie podkradli - uśmiecha się Żyliński.

Bliżej Boruca niż Fabiańskiego

Nie tylko jeden Leszczyński był i jest związany z Olimpią. - Znam całą rodzinę Rafała. Jego mama jest chrzestną mojego bratanka - zaczyna opowiadać Żyliński. - Był czas, że razem z nim na treningi przyjeżdżało jego dwóch braci ciotecznych. Po wieku juniora zakończyli jednak swoją przygodę z piłką.

Ale to nie koniec, bo w Olimpii cały czas jest jeszcze jeden Leszczyński - Marcin, czyli młodszy brat Rafała. Też bramkarz. - Ma 16 lat, były z nim pewne problemy wychowawcze, ale jak zobaczył, co już udało się osiągnąć bratu, to ostatnio wziął się do roboty - przyznaje trener.

- Marcin warunki fizyczne ma nawet lepsze od Rafała. Już w tej chwili ma ponad 190 cm wzrostu. Jak będzie dalej pracował, to na pewno ma szansę coś osiągnąć - mówi Żyliński i po chwili wraca do Rafała. - On ma wszystko, co bramkarzowi jest potrzebne. Zdecydowanie bliżej mu do Artura Boruca niż Łukasza Fabiańskiego.

- Co w jego grze podoba mi się najbardziej? Sprawne nogi. Jak był młody, to zdarzało mu się występować w polu i przez to nauczył się nimi dobrze grać. Poza tym potrafi też krzyknąć, ale kiedy trzeba, jest spokojny. Jednym słowem, woda i ogień.

Gaz atutem Kowalczyka

Żyliński w Olimpii jest już 34 lata i doskonale pamięta poprzedniego kadrowicza, który zaczynał grać w piłkę na boisku u zbiegu ulicy Górczewskiej i alei Prymasa Tysiąclecia, Wojciecha Kowalczyka. - Bardzo dawno się z nim nie widziałem. Ostatni raz chyba zaraz po igrzyskach w Barcelonie. Spotkaliśmy się na Legii - akurat załatwiałem transfer jednego bramkarza do Olimpii - przywitaliśmy się, chwilę porozmawialiśmy i to byłoby na tyle - mówi trener.

- Jego początki w Olimpii pamiętam doskonale - opowiada Żyliński. - Próbował się uczyć w szkole podstawowej na Grenady, ale zdecydowanie częściej można było go spotkać na podwórku. Piłka to dla niego był dar. Gdyby nie ona, to mógłby się w życiu pogubić. Wojtek grał zawsze ze starszymi od siebie. Był przebojowy, ale największym jego atutem był gaz, czyli szybkość i dynamika.

Żylińskiemu najbardziej utkwił w pamięci mecz "Kowala" przeciwko Polonii z początku lat 80. - To było tuż przed 1 listopada albo zaraz po. W każdym razie wszyscy mi się rozjechali z rodzinami na groby, a moją drużynę trampkarzy czekał mecz na Konwiktorskiej. Na słynną "Saharę" pojechaliśmy w dziewięciu. Do przerwy prowadziliśmy 3:1, a Wojtek zdobył trzy bramki. Po przerwie jednak "umarliśmy" i przegraliśmy 3:7.

Kowalczyk na Woli trenował cztery lata. Po tym, jak jego rodzice dostali mieszkanie na Bródnie, przeniósł się do Poloneza, który swoją siedzibę miał na Targówku. Następnie trafił do Legii, skąd wyjechał do hiszpańskiego Betisu Sewilla. W reprezentacji Polski wystąpił w 39 spotkaniach, strzelił 11 goli.

Życie dzięki bazarowi

W Olimpii - Wolskim Robotniczym Klubie Sportowym, gdzie zaczynali też m.in. Krzysztof Iwanicki czy Paweł Miąszkiewicz - czas zatrzymał się na latach 90. Siedziba klubu przy ul. Górczewskiej to mały parterowy budynek, w którym po prawej jest gabinet, po lewej - zaniedbane szatnie. Po środku siedzi portier, a na ścianie wisi flaga "Solidarności".

Za budynkiem - tam gdzie było kiedyś boisko do piłki ręcznej - obecnie funkcjonuje plac manewrowy do nauki jazdy. Dalej jest boisko treningowe z oświetleniem postawionym z własnych funduszy Olimpii, a obok główna płyta z dwiema trybunami... za bramką. W sumie - 1,6 tys. miejsc siedzących.

Klub ledwo wiąże koniec z końcem. A podupadł finansowo po tym, jak przeszło sześciohektarowy plac w 2006 roku stał się własnością dewelopera (Insbud). Olimpia w tej chwili dzierżawi od niego tereny, a utrzymuje się jedynie z targowiska, które co niedzielę od wielu lat odbywa się na stadionie.

- Warunki pracy mamy fatalne. Szkoda gadać. Perspektyw na rozwój nie widać. Dobrze już nie będzie - mówi posmutniały Żyliński. - Nie bierzemy od zawodników żadnych składek. Naszym głównym źródłem utrzymania jest niedzielny bazar. Bez niego na pewno nie dalibyśmy rady, a Olimpia przestałaby istnieć - dodaje Parchowski.

Awans? Jakoś dalibyśmy radę...

Olimpia w tej chwili prowadzi siedem grup młodzieżowych oraz drużynę seniorską. Największe sukcesy klub odnosił w połowie lat 90., kiedy przez dwa sezony występował w ówczesnej trzeciej lidze. W swoim pierwszym sezonie, 1996/97, bił się nawet o awans do drugiej. W decydującym meczu jednak przegrał - w czerwcu 1997 roku Olimpia prowadzona przez Zbigniewa Pocialika uległa Warmii Olsztyn 1:2 i ostatecznie zajęła drugie miejsce w tabeli.

Jak wygląda sytuacja teraz? Olimpia od kilku sezonów gra w lidze okręgowej. W pierwszej drużynie najstarsi zawodnicy mają po 20 lat, ale idzie im całkiem dobrze. W rundzie jesiennej przegrali tylko dwa mecze i na półmetku rozgrywek zajmują drugie miejsce w tabeli za Hutnikiem.

- Wiemy, że jeśli awansowalibyśmy do czwartej ligi, to wiązałoby się to z koniecznością większych nakładów finansowych. Ale nikt tym chłopakom nie zabroni awansu. W piłkę gra się po to, aby odnosić sukcesy. Jakoś damy radę - kończy prezes Parchowski.

Więcej o: