Jak zostałem wybrany w drafcie, czyli ruszyła warszawska Draft Liga

- Z numerem 11 Sacramento wybiera... Michała Owczarka! - który z kibiców koszykówki nie marzył kiedyś, by usłyszeć takie słowa z ust komisarza NBA? Ja marzyłem. Skoro w Warszawie powstała nowa koszykarska liga dla amatorów, która próbuje przejmować wzorce z NBA, postanowiłem sprawdzić, jak to jest być wybranym w drafcie - pisze Michał Owczarek ze Sport.pl.


O koszykówce pisze i tweetuje Michał Owczarek - @mikelwwa

W NBA gra około 450 zawodników starannie wyselekcjonowanych z całego świata. Trzeba mieć wielki talent, dobrego agenta, trochę szczęścia. Dla zdecydowanej większości grających w koszykówkę jest to świat kompletnie niedostępny. Wielu kibiców odgrywa namiastkę swojej kariery w grach komputerowych, jak np. NBA 2K12. Tworzymy gracza, bierzemy udział w testach, czekamy na wybór w drafcie i potem rozwijamy karierę. Sprzed telewizora.

Ale w Warszawie rusza właśnie nowa koszykarska liga, w której jest troszkę jak w NBA - są trenerzy, jest draft, są statystyki. To kolejny projekt grupy trenerów-zapaleńców i ich znajomych, którzy działają przy Małej Akademii Koszykówki na Ursynowie. Witek Zygierewicz m.in. wspólnie z bratem Tomkiem od kilku lat organizują Ligę Wiatrów, czyli rozgrywki dla licealistów. W tej chwili trwa piąta edycja. Teraz ruszają rozgrywki dla seniorów-amatorów. Takich jak ja.

Wiem, czego nie umiem, ale pytam Jucia

Mam 26 lat, 183 cm wzrostu i kondycję, która pozwala nie złapać zadyszki podbiegając do autobusu. Koszykówki nigdy nie trenowałem w klubie, zagrałem kilka sezonów w UNBA, a teraz grywam dwa, trzy razy w tygodniu ze znajomymi. Raz lepiej, częściej gorzej. Wiecie, jak to zwykle wygląda. Dlatego chcę sprawdzić się w Draft Lidze. I na własnej skórze przekonać się, jak to byłoby w NBA. Oczywiście z zachowaniem wszystkich proporcji.

Draft poprzedzony testami odbył się w sobotę. Te testy, to kilka ćwiczeń oraz mecze w losowych składach. 68 zawodników, trzy boiska, sześciu trenerów. Wyróżnić się ciężko. Nagle z amatora-potwora nie stanę się Michaelem Jordanem. Ani Andrzejem Plutą. Do poziomu drugoligowych koszykarzy też mi wiele brakuje. Wiem, bo sprawdzałem. Jestem głównie praworęczny, dwutakt z lewej strony umiem wykonać, ale w bardzo zwolnionym tempie. Dużo rzucam za trzy, trafiam czasem. Lubię podawać. Wiem, czego nie umiem.

Kilka dni wcześniej dzwonię do Rafała Jucia, skauta Denver Nuggets, byłego trenera w Lidze Wiatrów, i pytam, jak na testach pokazać się z dobrej strony i ukryć te słabsze. Przecież każdy chce być wybrany z jak najwyższym numerem. - Graj swoją grę, ale nie forsuj akcji na siłę. Czasem lepiej wybrać łatwy, ale stabilny rzut niż szaleńczą akcję. Wiele osób ma problem z utrzymaniem się przy piłce, więc dobry kozioł w cenie - poradził. Będę pamiętał, ale czy w ferworze walki nie zapomnę o tych radach.

Szaleństwo po dwutaktach

Sobota, 18. Pół godziny do początku testów. W hali przy ul. Redutowej na warszawskiej Woli już jest kilkanaście osób. Kilka znajomych twarzy. Czuć lekką ekscytacją przed draftem. W szatni raczej oszczędna wymiana zdań niż rozmowy. Trwa podpatrywanie rywali. Jak w liceum - patrzę na buty. Wiele świetnych modeli, ale czy ich właściciele potrafią grać? Czy są lepsi ode mnie?

Jest lekki stres. Na początek kilka minut rozgrzewki, biegamy kontry po dwóch na puste kosze, a potem odbieramy draftowe koszulki. Są białe i czarne. Każdy dostanie numer - to ma ułatwić trenerom ocenę graczy. Ja mam białą 15. I zaczynamy testy.

Pierwsze ćwiczenie to sprawdzian kozłowania, zmian kierunków, dwutaktu z lewej strony i rzutu za trzy. Najpierw zmiana kozła przed sobą, sprint, w okolicy linii rzutów za trzy punkty zmiana kozła pod nogami i dwutakt lewą ręką. Zbiórka, sprint na drugi kosz, w okolicy linii środkowej zmiana kozła za plecami i rzut za trzy. Wydaje się proste, ale takie nie jest. Zwłaszcza że lewa ręka nie jest moją silną strona.

Dwa próbne przebiegnięcia testu, a potem już na serio. Trenerzy patrzą, notują. Większość ustawiła się pod koszem, gdzie kończymy dwutaktem lewą ręką. Nie jest dobrze. Czas nie jest mierzony, ale trzeba dać z siebie wszystko. Ruszam. Pierwsza zmiana kozła w porządku, sprint, przy drugiej, pod nogami, piłka nieco mi ucieka, dwutakt robię koślawy, a piłka do kosza nie ma szans wpaść. Zbieram, biegnę na drugi kosz. Zmiana za plecami też daleka do ideału, ale piłka po rzucie ląduje w koszu! Daleki jestem od zachwytów.

Na pozostałych czterech koszach rzucamy wolne (mam 5/8) i czekamy na sparingi. Jesteśmy dzieleni losowo. Gramy po czterech na dwa kosze na dwóch boiskach. Na trzecim są dwa kolejne testy - kwadrat oraz dwutakty. Pierwsze ćwiczenie to test szybkości i sprawności - na czas poruszamy się po liniach pod koszem (w przód, w tył i na boki). Moje 12,6 sekundy ponoć nie jest aż tak złym wynikiem. W drugim ćwiczeniu chodzi o to, by trafić jak najwięcej razy po dwutaktach - raz z lewej strony. W 30 sekund! Szaleństwo. Raz pudłuję, trafiam cztery lub pięć.

Podglądanie rywali

Skupiam się na meczach. W pierwszym trafiam na "ogarniętych" zawodników, gra nam się całkiem przyjemnie i dość łatwo wygrywamy z drużyną w czarnych koszulkach. Rozumiemy się na boisku, wychodzą nam dwójkowe akcje, są rzuty z wolnych pozycji, pomagamy sobie w obronie. Ja? Trafiam raz w kontrze, mam kilka dobrych podań, unikam strat. Jestem zadowolony.

W drugim sparingu jest gorzej, bo inna drużyna - chaos, każdy gra "pod siebie", forsuje swoje akcje, rzadko oddaje piłkę. Do tego nie ma obrony. Oddaję jeden rzut (z faulem), mam dwa dobre podania, z których tylko jedno kończy się asystą. A tak tylko ganiam do obrony po kolejnych stratach. Nie jest dobrze. Widzę to na twarzach trenerów. Mam nadzieję, że zbyt wielu minusów nie złapałem.

W przerwach podglądam rywali. Jest kilkunastu bardzo dobrych zawodników, dużo lepszych ode mnie. Są wsady, efektowne podania, wpadają trójki. Ale są i gracze mający problem z kozłowaniem, gubiący się przy presji w obronie. Nikomu jednak zaangażowania odmówić nie można. Trenerzy obserwują gry, cały czas notują, wymieniają się uwagami, ale swoich opinii nie zdradzają. Nawet swoim znajomym.

Testy kończą się o 21. Trenerzy zamykają się w sekretnym pokoju i draftują. Za dwie godziny ogłoszenie wyników. Dużo czasu, ale myśli cały czas krążą wokół testów. Czy dałem się zauważyć i to z tej dobrej strony? Z którym numerem zostanę wybrany? Oby tylko nie pod koniec...

Jak wybierali trenerzy?

Ogłoszenie wyników nie w Barclays Center, ani na Stadionie Narodowym, czy choćby w jednym z lokali w centrum Warszawy. Po prostu wpatruję się w laptopa, na którego ekranie po kolei wyświetlane są nazwy drużyn i wybrani zawodnicy. Zespołów jest sześć, a wybierają w pierwszej rundzie według kolejności: Orlando, Sacramento, Indiana, Chicago, Seattle i New York.

Nerwowe minuty. Wyboru w pierwszej rundzie się nie spodziewam. Realnie oceniając trzecia, czwarta runda to właściwe odwzorowanie moich umiejętności na tle rywali. Tak mi się wydaje. I nagle... - Z numerem 11 Sacramento wybiera Michała Owczarka!

Radość? Też, ale raczej zaskoczenie, bo chyba wielu lepszych ode mnie graczy wybieranych jest z gorszymi numerami, nawet w szóstej rundzie. Czy trenerzy dokonali właściwych wyborów i stworzą dobre drużyny? Czasu mają mało, bo pierwsze mecze już 7 grudnia.

Trenerzy zadanie mieli trudne. W niespełna trzy godziny, spośród 68 w większości nieznanych sobie zawodników, wybrać takich, którzy stworzą zwycięskie drużyny. Następnego dnia pytam Piotra Zarychtę, blogera "Z krainy NBA" i autora z "MVP Magazyn", który pomagał jednemu z trenerów w ocenach, jak wyglądała jego praca i co oceniali u graczy.

- Zwracaliśmy uwagę po pierwsze na zachowanie przy slalomie. Jako że była to krótka próba, to jedyne co mogliśmy ocenić, to czy piłka nie przeszkadza chłopakom w grze. Do tego oczywiście można było zobaczyć, jakie mają podstawy w postaci dwutaktu, czy też jak wyglądają motorycznie przy przemieszczaniu się po boisku - mówił Piotr.

- Zdecydowanie ważniejsze były jednak gierki czterech na czterech, podczas których oceny wielu zawodników diametralnie się zmieniły. Doszedł bowiem nacisk rywala, a także konieczność gry w drużynie. Trzeba było zatem szukać graczy, którzy chętnie dzielą się piłką, nie szukają na siłę rzutów, tylko próbują myśleć w grze. I znalazło się kilka przypadków graczy, którzy na teście slalomu wyszli w naszych notowaniach na słabe 3-4 w skali od 1 do 10, a dzięki grze ich nota poszła w górę nawet do 8 - dodał.

No dobra, to gramy. Pierwszy i prawdopodobnie jedyny trening mamy już za sobą. Trzymajcie kciuki za Sacramento!

Więcej informacji o Draft Lidze - na ligowym Facebooku.