Przeżywają, walczą, zatracają się w sporcie. Cztery dziewczyny z Warszawy, cztery (nie)zwykłe historie

Różne dyscypliny, różne cele, dobór przypadkowy. Jedna z nich zagrała niedawno swój najlepszy mecz w życiu, kolejna - najgorszy. Trzecia jeszcze niedawno walczyła o medale, dziś walczy z kontuzjami, by w ogóle wrócić do sportu. Czwarta... To, co je wszystkie ze sobą łączy, to miłość do sportu. I Warszawa. Oddajmy im głos.


Małgorzata Susfał, 25 lat. W Warszawie od urodzenia, na szermierczej planszy - od kiedy pamięta. Sportowo ukształtowała się w uczniowskim klubie z Ursynowa, d'Artagnan. Młodzieżowa wicemistrzyni Polski, reprezentantka kraju podczas młodzieżowych mistrzostw Europy. Dwa lata temu odniosła kontuzję, która przekreśliła jej szansę na wyjazd na mistrzostwa kontynentu u-23 - dziś walczy, by w ogóle wrócić do zawodowego sportu. Marzeń o wielkiej sportowej imprezie nie porzuca - ma w sobie duszę wojownika.

To było w Gdańsku. Ostatnie zawody o Puchar Polski, akurat kończyły się kwalifikacje do mistrzostw Europy. Ja zajmowałam w rankingu drugie miejsce, na mistrzostwa łapały się cztery pierwsze zawodniczki. By utrzymać pozycję, w Gdańsku musiałam wejść do najlepszej ósemki. Nie było to jakieś wielkie wyzwanie - byłam w gazie, mogłam powalczyć nawet o zwycięstwo.

W meczu o ósemkę walczyłam z niewymagającą rywalką, chyba jakąś juniorką. Wygrywałam już zdecydowanie. I wtedy... No właśnie - cofałam się do obrony i nagle się przewróciłam. Niesamowity ból, pojechałam do szpitala. Diagnoza? Zerwane więzadło. Ominęły mnie nie tylko nadchodzące mistrzostwa Europy. Nazajutrz miałam jechać do Szanghaju na prestiżowe zawodu o Puchar Świata. Byłam przeszczęśliwa, cieszyłam się na taki egzotyczny wyjazd. Niestety...

Myślałam, że nie będzie to aż tak poważna kontuzja, tymczasem trwa to już dwa lata. Pierwszą operację przeszłam ponad rok temu - wróciłam już nawet do treningów, ale na zajęciach na AWF-ie kontuzja mi się odnowiła. Nawet podczas biegu słyszałam, jak coś mi tam w kolanie pęka... Kolejna operacja - w lipcu. Pomału wracam do siebie. Pojechałam już nawet na pierwsze zawody, ale na razie nie ma co wysnuwać po nich jakichś większych wniosków.

Teraz moim największym problemem są finanse. W szermierce panuje prosty układ: trenujesz, jeździsz na zawody - zarabiasz. Kiedy masz kontuzję i nie ma cię na turniejach - odcinają cię od kasy. Jestem w wieku, w którym nie mogę za bardzo pozwolić sobie, by okrągły rok nie pracować i walczyć o powrót do sportu - jeśli dostałabym jakiekolwiek pieniądze ze związku, to dopiero w przyszłym sezonie.

Pamiętam 2007 rok. Ćwiczyłyśmy z koleżankami z myślą o tym, że być może uda nam się pojechać na igrzyska w Pekinie. Nie udało się, ale my miałyśmy jeszcze czas - byłyśmy 17-letnimi dziewczynami z wielkimi marzeniami. Cztery lata później też się nie udało - przez kontuzję... Ale wyjazd na igrzyska to nadal jest moje wielkie marzenie. Coś, co bardzo chciałabym osiągnąć. Tym bardziej że mam w sobie ten ból, tę zadrę, że byłam o krok. Miałam znakomitą formę, byłam wysoko w rankingu, to wszystko świetnie się "kręciło", nabrało w końcu jakichś rzeczywistych barw. Ale teraz po dwóch latach bez regularnych treningów i rywalizacji - wrócić jest cholernie ciężko.

Z jednej strony są marzenia, ale z drugiej czasem czuję, że brakuje mi sił i wiary. Nie wiem, czy mam w sobie siłę, by znów podjąć rękawice.

Szermierka dała mi wiele - zdobywałam laury, zwiedziłam kawałek świata. Ale ten Puchar Świata w Szanghaju jednak mi przepadł... Ale jednak jest we mnie coś takiego, co podpowiada: Gosia, zwiedzisz go za parę lat, na igrzyskach w 2020 roku. Jeszcze wszystko przed tobą. Jest we mnie taki wewnętrzny fighter.

***

Marta Żebrowska, 23 lata. Warszawianka. Gra i trenuje w Legii w założonej pół roku temu sekcji rugby. Występuje na pozycji łączniczki młyna. Do rugby trafiła okrężną drogą - wcześniej próbowała wielu sportów, m.in. piłki nożnej, ale i jazdę konną, pole dance, czy taniec z szarfą. Studiuje reklamę i marketing, działa także w fundacji "Nigdy Sam" - kilka dni temu zorganizowała charytatywny koncert, z którego zyski zostały przekazane na jeden ze stołecznych domów dziecka.

Rugby to dla mnie sport kompletny - wcześniej trenowałam różne dyscypliny, ale zawsze czegoś mi w nich brakowało. A rugby zawiera wszystkie ważne elementy: to dyscyplina drużynowa, operuje się w niej piłką i ma się fizyczny kontakt z przeciwnikiem - podczas treningu można się naprawdę wyżyć!

Zanim dołączyłam do drużyny, o rugby nie miałam większego pojęcia. Wiedziałam tylko tyle, że jest to dyscyplina podobna do futbolu amerykańskiego, ale różnią się one stylem podawania i ochraniaczami. Tyle.

Ale po pierwszym treningu byłam oczarowana - od razu mi się spodobało. Pamiętam te zajęcia - czerwcowy, upalny wieczór, ćwiczyłyśmy na bocznym boisku Legii. Było bardzo ciężko, po zajęciach czułam się wycieńczona, ale i... spełniona.

Razem z koleżankami z drużyny czujemy, że - jakkolwiek wzniośle to nie zabrzmi - tworzymy historię czegoś nowego. Legia ma wielkie tradycje sekcyjne, wiadomo - piłka nożna, koszykówka, hokej... Ale sekcji rugby nie było tutaj nigdy - czujemy się więc w jakimś stopniu pionierkami. Sympatyczne uczucie.

Z Legią jestem związana emocjonalnie. Jestem z Warszawy, wychowałam się na Muranowie. Na stadion przy Łazienkowskiej przyprowadzał mnie i moją siostrę tata - choć przyznam się, że tego nie pamiętam, musiałam być bardzo malutka. Drugi "debiut" na Legii zaliczyłam już w dorosłym życiu - na "Żyletę" przyprowadziła mnie moja koleżanka z drużyny piłkarskiej. Pamiętam ten dzień jak dziś, bo było strasznie zimno, a Legia przegrała z Górnikiem Łęczna 0:2. To był chyba 2005 rok. Ale atmosfera na trybunach zwyciężyła z wynikiem sportowym. Od tego czasu jestem na trybunach kiedy tylko mogę.

Razem z przyjaciółmi z trybun założyliśmy fundację "Nigdy Sam" - jesteśmy dość młodą fundacją, działamy dopiero od roku, ale udało nam się już zorganizować kilka zbiórek dla schronisk, domów dziecka - jeden z nich chcemy wziąć pod stałą opiekę. Chcemy kupić dzieciakom podręczniki, by mogły uczyć się po lekcjach w domu.

Ale zakres naszych działań jest większy - wcześniej działaliśmy po cichu, bez rozgłosu, mniej formalnie. Dziś, dzięki założeniu fundacji, możemy pomagać warszawiakom w ciężkiej sytuacji życiowej, wspierać kombatantów. No i oczywiście propagować zdrowy i sportowy tryb życia - co też jest naszym celem. Dopiero się rozkręcamy!

Jak godzę rugby z fundacją? Bez problemu - kocham sport i na trening pójdę nawet, gdy bardzo mi się nie chce wstać z łóżka, czy jestem zmęczona po całym dniu. Na zajęcia przychodziłam nawet, jak byłam kontuzjowana. Było mi smutno, że nie mogę ćwiczyć, ale nie chciałam zostawiać drużyny. W końcu mamy wspólny cel.

***

Weronika Dąbrowska, 18 lat. Pochodzi z Płońska, ale od trzech lat związana jest z Warszawą. Uczy się w sportowym liceum, za pół roku czeka ją matura. Jest najmłodszą zawodniczką w składzie drugoligowej Polonii. Gra jako rozgrywająca. Niedawno - rzucając 20 punktów, w tym kilka efektownych trójek - poprowadziła koleżanki do wygranej w prestiżowym, derbowym meczu z Hutnikiem 63:60.

Swoje pierwsze koszykarskie kroki stawiałam na boisku w rodzinnym Płońsku. Pierwszym trenerem był mój tata - to on zaszczepił we mnie miłość do koszykówki, nauczył techniki rzutu, kozłowania, pokazywał mi mecze Michaela Jordana z czasów, gdy mnie jeszcze nie było na świecie. Zresztą to od rodziców dostałam swoją pierwszą statuetkę. Byłam mała i zazdrościłam starszym koleżankom, że mają już tyle medali i pucharów. No to rodzice wręczyli mi swoją. Do dziś zresztą bardzo mocno mnie wspierają - przyjeżdżają na moje mecze, trzymają kciuki, wierzą we mnie i bardzo mi pomagają.

Wracając do Płońska - wolny czas spędzałam na boisku. Grałam ze starszymi chłopakami w streetball i chyba radziłam sobie całkiem nieźle. Pary razy zaskoczyłam ich swoimi umiejętnościami.

Ale gra na podwórku i treningi z tatą to było za mało. Brakowało mi gry.

Do Warszawy przeprowadziłam się trzy lata temu. W Płońsku nie było nawet klubu, w którym mogłabym ćwiczyć, a tutaj uczę się w szkole sportowej i trenuję w mocnym klubie ze świetną trenerką. Czego chcieć więcej?

Jestem w klasie maturalnej, oprócz gry i treningów mam też sporo nauki. Niedawno zdawałam próbną maturę - chyba nie wypadłam źle, choć wyników jeszcze nie mam. Ale jestem dobrej myśli. W przyszłości bardzo chciałabym studiować fizjoterapię - tak jak moja mama. W torbie sportowej - prócz butów i stroju - trzymam więc podręczniki do biologii.

W Polonii gram od początku sezonu - ten mecz z Hutnikiem rzeczywiście wyszedł mi nieźle. Wygrałyśmy po dogrywce, ale po pierwszej połowie nie wierzyłam, że uda nam się dogonić rywalki. Tym większa radość ze zwycięstwa.

Gram z numerem 19. Pewnie każdy sportowiec mógłby w tym miejscu opowiedzieć historię związaną ze swoim numerem - niestety prócz mnie. Chciałam grać z dziewiątką, ale była zajęta. Wybrałam 19, bo nikt wcześniej w Polonii z tym numerem nie grał. Pomyślałam, że może kiedyś kibice będą kojarzyć: "19? To z tym numerem grała Weronika Dąbrowska!".

Chciałam grać z dziewiątką, bo z tym numerem występują dwaj koszykarze, których podziwiam - Tony Parker i Rajon Rondo. Pierwszy - mistrz zagrań typu pick&roll. Nikt na świecie nie gra tak jak on. A Rondo ma najpiękniejsze asysty i penetracje pod kosz. Szkoda, że w tym sezonie ma kontuzję. Mogę się od niego tylko uczyć.

Co daje mi koszykówka? Radość, chyba największą, jaką można sobie wyobrazić. Traktuję ją jako odskocznię od codziennych spraw. To moment, w którym mogę się odstresować, zapomnieć o problemach - każdy z nas je ma, nieważne, większe czy mniejsze... Kiedy trenuję, myślę tylko o grze, koncentruję się na piłce. Jestem "tu i teraz", nie zastanawiam się nad tym co złe, nie rozpamiętuję. Nie potrafię przejść obok treningu - to nie tak, że przychodzę na zajęcia, odbębniam je, wychodzę z hali i zapominam. Nie. Dla mnie to rytuał.

Trenuję codziennie - jeśli akurat nie mamy zajęć w klubie, biegam, chodzę na basen, uczę się w szkole sportowej, więc prawie codziennie mam też WF. Lekką ręką dwie godziny każdego dnia.

Od niedawna mam nawet tatuaż, o którym zresztą od zawsze marzyłam. Na ramieniu wytatuowałam sobie napis "flow", całkowite zatracenie się w jakiejś czynności, w samym jej wykonywaniu. Oznacza skupienie i koncentrację - w moim przypadku ma to odniesienie do koszykówki.

Miałam momenty zwątpienia, oczywiście. Bałam się, że nie robię postępów, pomyślałam, że jest wiele opcji w życiu, być może ciekawszych niż koszykówka... Jednak przezwyciężyłam to. Jeśli kiedyś koszykówka przestanie sprawiać mi radość, to po prostu przestanę ćwiczyć. I kto wie... może zacznę tańczyć? Na razie miłość do koszykówki wypełnia mnie całą.

Gdzie chciałabym być za pięć lat? Do WNBA, z pierwszym numerem draftu. Nie obrażę się na grę w Los Angeles. Byłabym pierwszą polską rozgrywającą, która trafi do tej ligi. Ktoś musi być pierwszy! Umówiłam się nawet z trenerką Polonii, że latem będę grać w Stanach, a zimą będę występować w Polonii. A przecież umowy trzeba dotrzymywać, prawda?

***

Elena Bonevich, 27 lat. Z pochodzenia Rosjanka, wychowana na Ukrainie, a od ośmiu lat mieszkająca w Warszawie. Mówi, że tutaj jest jej dom - tu ma wszystko, czego potrzebuje do szczęścia. Przyjaciół, teatr, także sport - od lat gra w softball, w drużynie Warsaw Diamonds. A wszystko zaczęło się przed laty, przy tablicy ogłoszeń w Chmielnickim...

W Warszawie mieszkam już osiem lat. Czy myślę o sobie jako o warszawiance? Raczej nie. Choć kiedy mówię komuś, że wracam do domu, mam na myśli Warszawę. Czuję się tu dobrze.

Urodziłam się Rosji, w Iżewsku. Spędziłam tam pierwszych osiem lat mojego życia. Kiedy byłam w szkole podstawowej, rodzice podjęli decyzję o przeprowadzce - wyjechaliśmy na zachód Ukrainy, do Chmielnickiego, gdzie mieszka moja babcia. Tam jest mój rodzinny dom, choć w sercu czuję się Rosjanką.

Jak trafiłam do Polski? Dzięki korzeniom i mojemu tacie. Mój dziadek jest Polakiem, a kiedy poszłam do szkoły, mój tata dowiedział się o specjalnym programie dla dzieci z pochodzeniem polskim - przygotowywał on do wyjazdu na studia. Od tamtego czasu uczyłam się, przygotowywałam i dążyłam do tego celu. Udało się.

Na miejsce studiów mogłam wybrać każde miasto w Polsce. Przez rok mieszkałam w Krakowie, gdzie uczyłam się języka i nadrabiałam różnice programowe. Ale coś ciągnęło mnie do Warszawy. Przyjechałam tutaj przed ośmioma laty i tak już zostało. Tu jest moje miejsce na ziemi. Wiem już, gdzie jest mój dom.

Z tym miastem wiążę swoją przyszłość - kupiłam tu mieszkanie, to już chyba nie mam wyjścia, prawda? Mówiąc poważnie - mam tu przyjaciół, znajomych, pracę, sport - wszystko, czego potrzebuję. Nie chcę już niczego zmieniać, jestem osobą, której ciężko przychodzą zmiany otoczenia. Warszawa daje mi stabilizację.

Czy bałam się przyjazdu? Nie - do momentu, aż tu przyjechałam. Mój brat nie chciał zostać w Polsce, wrócił na Ukrainę. Byłam sama. I mimo że jesteśmy bardzo podobnymi narodowościami, to różnice w naszej mentalności są spore. Czułam się niekomfortowo i - nie ma co ukrywać - obco.

Kiedy? Na przykład, gdy nie potrafię czegoś wymówić albo ktoś mnie poprawia. Miałam też sporo problemów w kwestiach formalnych - nie mogłam podjąć pracy, póki nie otrzymałam karty stałego pobytu. Podobnie na studiach, gdzie musiałam wykonać mnóstwo papierkowej roboty, by w ogóle podjąć naukę. Teraz już coraz bardziej te granice się ścierają, ale bywa, że czuję się obco.

Studiowałam informatykę na Politechnice Warszawskiej - pracuję w zawodzie właściwie od końca studiów.

W takiej aklimatyzacji bardzo pomógł mi teatr i taniec - jeszcze w trakcie studiów dołączyłam do zespołu teatralnego, tańczyłam w różnych zespołach. No, a lada moment dołączył do tego wszystkiego softball.

Czy to przypadek, że trafiłam akurat do tego sportu? I tak, i nie. Kiedy byłam mała, mój tata - osoba bardzo aktywna fizycznie - szukał dla mnie i dla mojego brata różnych wydarzeń sportowych, w których moglibyśmy brać udział. I na tablicy ogłoszeń znalazł wzmiankę o organizowanym obozie dla dzieci. Okazało się, że chodzi o softball. Zapisał nas. Miałam wtedy 14 lat, nie bardzo chcieli mnie na ten obóz wziąć, ale tata uprosił ich. Od tego czasu pokochałam ten sport, a na obozy zaczęłam jeździć regularnie.

Kiedy przyjechałam do Polski, to trochę o softballu zapomniałam. Studia, nowe miejsce. Dopiero na trzecim roku studiów podjęłam decyzję. Znalazłam w internecie ogłoszenie o naborze, spakowałam się i przyszłam na trening. W tej chwili jestem w drużynie około czterech lat.

Fakt, że trafiłam do Diamonds, nie był więc przypadkowy. Ale to, że zainteresowałam się softballem - już trochę tak. Może gdyby tata znalazł na tablicy ogłoszeń wzmiankę o obozie koszykarskim, grałabym teraz w kosza? Na szczęście ogłoszenie było jedno - o softballu. Na szczęście, bo do dziś jestem tacie wdzięczna za softball. A on mnie wspiera i cieszy się każdym moim małym sukcesem - nawet jak te nie są jakieś spektakularne.

Czy pamiętam swój najlepszy mecz? Tak. Ale nie wiążę go z jakimś konkretnym wynikiem sportowym, co z okolicznościami. To był Wrocław, mecz Pucharu Polski. Ja spędziłam na boisku cały mecz, miałam kilka dobrych zagrać. Niby nic wielkiego, ktoś na trybunach mógłby powiedzieć: "O, wielkie rzeczy, złapała dobrze piłkę". Ale dla mnie to było ważne. Każde dobre zagranie dodaje mi sił i pewności siebie. Nawet wtedy, gdy robię coś źle, to jest to doświadczenie, z którego mogę wyciągnąć wnioski. Uczę się na własnych błędach.