Przyszłość dla koszykówki? "Trener powinien działać jak handlowiec, wychodzić do klienta"

- Trener powinien działać jak handlowiec i sam wychodzić do klienta. Dzieci trzeba wziąć za rękę, zaprowadzić, zachęcić - mówi Marcin Choromański z Fundacji "Future for Basket"


Od 1998 roku przyznajemy w "Gazecie Stołecznej" i warszawa.sport.pl tytuł koszykarza roku w Warszawie i okolicach, ale z roku na rok to coraz trudniejsze. 15 lat temu wyróżniliśmy Piotra Szybilskiego, którego oceniliśmy wyżej niż innych reprezentantów Polski - m.in. Dominika Tomczyka czy Katarzynę Dulnik. Potem wygrywali m.in. Eric Elliott, Łukasz Koszarek czy, rok temu, Sydney Colson.

W tym roku w Warszawie i okolicach nie ma ani jednej ekstraklasowej drużyny, a w męskim Zniczu Basket Pruszków czy żeńskim AZS UW trudno szukać wyróżniających się graczy. Legia gra coraz lepiej, ale wciąż tylko w drugiej lidze.

Zamiast szukać wyboru na siłę, porozmawialiśmy o stołecznej koszykówce z Marcinem Choromańskim, byłym zawodnikiem Polonii z rocznika 1975, który rozegrał 26 spotkań w ekstraklasie. Choromański jest współzałożycielem Fundacji "Future for Basket", która zaczyna od organizowania turniejów dla drużyny Polonii z rocznika 2001.

Łukasz Cegliński: Co się dzieje z koszykówką w Warszawie?

Marcin Choromański: Problemy widzę dwa - jak namówić najmłodszego kandydata do gry, który chodzi do podstawówki, i jak zatrzymać tego, który zaczyna liceum, ale już myśli, co będzie robił w życiu. Pierwszy dotyczy nie tyle szkolenia u podstaw, co przyciągania dzieci do koszykówki. Patrząc na drużynę Polonii mojego 12-letniego syna, widzę, że są w niej dzieci byłych koszykarzy lub osób, które z koszykówką były związane. Niewiele jest dzieci "z ulicy". A tych, co są i zaczynają grać na dobrym poziomie, nie potrafimy w Warszawie zatrzymać. I oni wyjeżdżają grać gdzie indziej.

Dlaczego dzieci spoza koszykarskich rodzin nie zaczynają grać?

- Bo czasy się zmieniły. Moje pokolenie uprawiało sport, najróżniejsze dyscypliny, bo nie było innej alternatywy. Trenerzy nie musieli się starać, by wybrać najlepszych z klasy, przyciągnąć na nabór, stworzyć drużynę. Teraz sport przegrywa z komputerem, gadżetami, najróżniejszymi atrakcjami w mieście. Dlatego trenerzy muszą wyjść do dzieci.

Jak pan sobie to wyobraża?

- Mówi się, że w Warszawie jest małe zainteresowanie koszykówką, że dzieciaki w nią nie grają. Tymczasem szkoła sportowa, do której uczęszcza mój syn, brała ostatnio udział w Warszawskiej Olimpiadzie Młodzieży. Byłem na kilku etapach rozgrywek i widziałem, że wzięło w nich udział około 200 szkół, czyli 1,5 tys. dzieci! Ta liczba dzieci mnie cieszyła, ale bardzo martwiło to, że ich mecze oglądało ledwie kilku trenerów. Różnice poziomów między drużynami, a nawet wewnątrz nich były duże, ale to w tej chwili nie ma znaczenia. Liczy się to, że w tak dużej grupie można było znaleźć chętnych do gry, wypatrzyć tych, którzy mają szansę rozwoju, by mieć kogo zainteresować koszykówką. Dzisiejszy trener powinien działać jak dobry handlowiec - to nie klient powinien przychodzić do niego, tylko on wychodzić do klienta. Dzieci są dzisiaj leniwe, mają wiele różnych zajęć, pewne rzeczy trzeba im pokazać. Wziąć za rękę, zaprowadzić, zachęcić, by chociaż spróbowały.

Koszykówka nie ma - tak jak np. siatkówka - sukcesów, by mieć czym zachęcać.

- Dlatego musi zacząć odbudowywać się od podstaw. Sukcesów nie będzie, bo nie ma kim ich osiągać. Koszykówka w Polsce opiera się w tej chwili na tych, którzy chcieli w nią grać, a nie na najlepszych, którzy zostali wyselekcjonowani z szerokiej grupy. W ogóle nie powinniśmy zatem myśleć o sukcesach i grać o wynik, tylko starać się przyciągnąć jak najwięcej dzieciaków - im większa grupa ćwiczących, tym większe szanse na wyszkolenie talentów. Dlatego tak zasmucił mnie fakt, że na mecze WOM, do tej kopalni talentów, nie przychodzili trenerzy. Często słyszę narzekania, że dzieci ciężko jest namówić do gry w koszykówkę i zgadzam się - jest ciężko. Konkurencja jest duża. Ale wiedząc o tym, że jest ciężko, nie wolno przegapiać takich okazji!

Ilu chłopców trenuje z pana synem w Polonii?

- 17.

A pamięta pan swój rocznik 1975 w analogicznym okresie?

- Było nas bardzo dużo, bo moja drużyna najpierw składała się z trzech grup - jednej, prowadzonej przez Adama Latosa na Polonii, oraz dwóch ze szkół na Żoliborzu i Bielanach. Potem połączono nas w jeden zespół, trener mógł wybierać nawet z 50 osób.

Potrafiłby pan porównać koszykarskie otoczenie swoje i syna, czy to są kompletnie inne światy?

- Czasy się zmieniły, ale my, jako środowisko koszykarskie, stanęliśmy w miejscu. Ludzie, którzy pracują w klubach, uważają, że tak jak było kiedyś, było dobrze i niech tak zostanie.

A konkretnie?

- Czeka się, aż dzieci przyjdą na nabory, ale o tych wie niewielu. I gdyby nie takie osoby jak odwiedzający szkoły Latos, byłoby ich jeszcze mniej. A tych, co przyjdą, często się nieświadomie zniechęca - pojawiają się np. docinki w stylu "buty nie grają", kiedy dzieciak pojawi się na treningu w nowym, fajnym obuwiu. Owszem, buty nie grają i ja to doskonale wiem. Ale wiem też, że dzieci się zmieniły, gadżety i nowinki są dla nich ważne. I trenerzy też muszą się zmienić. Często mówi się, że my dzieci rozpieszczamy i one są niezaradne. Ale takie mamy czasy. My byliśmy wychowani na trzepaku, one są chowane w domu ze smartfonami. I trzeba do nich inaczej podejść, żeby je zachęcić do tej gry.

Założyliście Fundację "Future for Basket". Dlatego, że wiecie, jak dzieci zachęcić?

- Przede wszystkim chcemy propagować koszykówkę wśród warszawskiej młodzieży. Zaczynamy od młodzików młodszych Polonii, czyli rocznika 2001, gdzie grają nasi synowie, ale nie chcemy się na tym zatrzymać, plany mamy ambitne. Co chcemy robić? Widzimy, że aby dzieci przyciągnąć do klubów, to coś trzeba im zaoferować. Bo dzieci chcą dzisiaj coś dostać w zamian za to, że będą trenować. Kiedyś tak nie było, teraz jest. Wyjazd na turniej, najlepiej zagraniczny, to przykład pierwszy z brzegu, ale, niestety, często nierealny, bo klubom brakuje pieniędzy. My chcemy to zmienić i np. zgłaszać dzieci do Europejskiej Młodzieżowej Ligi Koszykówki. To, poza grą, będzie dla nich frajda. Wyjazdy, nowe kraje, kontakty, koledzy z zagranicy... Chciałbym, by te dzieciaki, które przyjdą trenować w Polonii, wiedziały, że podejmując treningi, będą miały na to szansę. Koszykówka to ma być dla nich wielka zabawa.

Udało wam się zainteresować ideą fundacji firmy, które nie są związane z wami, z rodzicami polonistów z rocznika 2002?

- Fundacja utrzymuje się z wpłat naszych jako założycieli oraz rodziców i sponsorów. Ale każdy z rodziców, którego dziecko jest w drużynie, albo prowadzi swoją firmę, albo ma znajomego, który ma coś do powiedzenia w kwestii finansów. I taką drogą pozyskujemy pieniądze - pantoflową, przez klientów itp.

Prezesi klubów mówią zwykle: "Chodzimy po firmach, rozmawiamy, ale jest kryzys i z roku na rok mamy mniej pieniędzy". Inni odpowiadają: "Ci, co tak mówią, nie wiedzą, jak pozyskiwać pieniądze. Do tego trzeba mieć wizję, strategię, pomysł i umieć to sprzedać". Jakie są pańskie doświadczenia?

- Kryzys jest i prowadząc firmę, o tym wiem. Gdybyśmy chcieli teraz pozyskać w Warszawie pieniądze na koszykarską drużynę w ekstraklasie, to byłoby to duże wyzwanie. Ale przy szukaniu źródeł finansowania drużyn młodzieżowych jest inaczej. Duża część osób, która zarządza firmami w tym mieście, to ludzie napływowi, którzy niezbyt się z Warszawą utożsamiają. Staram się im jednak tłumaczyć, że przecież oni tu często zostają, rodzą im się dzieci, które potem idą do szkoły. Pytam: "A jak pana syn dorośnie i będzie chciał grać w koszykówkę, to gdzie to będzie robił? Stwórzmy teraz podwaliny do czegoś, z czego on będzie mógł kiedyś korzystać". Takie rozmowy dają pewien odzew. Może to jest sposób na to, by zainteresować ludzi, którzy decydują o finansach, koszykówką w Warszawie?

Drugi problem, o którym wspomniał pan na początku, to ten, że nastoletni utalentowani gracze wyjeżdżają z Warszawy.

- I to duża przeszkoda do tego, by w mieście była poważna koszykówka. W 2009 roku trzy drużyny - Polonia 2011, Polonia i Legia - zajęły w takiej kolejności podium mistrzostw Polski juniorów starszych. Gdzie są teraz ci zawodnicy? Bo na pewno nie w Warszawie.

Zostali Marek Popiołek w Polonii, Rafał Holnicki-Szulc i Bartłomiej Bojko w Legii, Michał Wojtyński w Zniczu i Tomasz Rudko w Piasecznie.

- Ale to jednostki, w trzech drużynach było przecież co najmniej 36 zawodników. W minionym sezonie Polonia miała cztery młodzieżowe zespoły w finałach mistrzostw Polski, kadeci zdobyli złoto. Ale tej drużyny kadetów praktycznie już nie ma - trzech pojechało do USA, czwarty do SMS PZKosz, a piąty do Rosy Radom. Dlatego uważam, że to problem, kiedy ci chłopcy zaczynają inaczej myśleć, zaczynają się zastanawiać: "Co będę robił po liceum?". I jeśli nastawiają się na koszykarską karierę, to już w wieku 16 lat trzeba im coś zaproponować.

Drużynę, w której mogą się rozwijać, i pieniądze.

- Kiedyś było inaczej, ale w dzisiejszych czasach trzeba się oduczyć myślenia, że młody człowiek będzie grał zupełnie za darmo. Czas dorastania się przesunął, już 17-latkowie chcą się usamodzielniać. Nawet jeśli nie liczą na wielki kontrakt, to chcieliby jakieś stypendium, pomoc związaną z mieszkaniem. Na tym to powinno polegać, ale coraz więcej zdolnych zawodników z Warszawy wyjeżdża. A gdyby kilka roczników zatrzymać, to spokojnie mielibyśmy zespół na pierwszą ligę bez sprowadzania zawodników spoza miasta. Tracimy jednak tych chłopaków, bo nie jesteśmy im w stanie nic zaproponować.