Frustracja, wstrząs i nóż na gardle koszykarzy Znicza. Przeszkodą nawet matury

Od 2:19 i żenującej porażki w sobotnim meczu play-out z Jaworznem, przez wstrząs i zawieszenie Michała Wojtyńskiego, do pewnej wygranej w niedzielę. Znicz Basket Pruszków w serii do trzech zwycięstw o utrzymanie w pierwszej lidze remisuje z MCKiS 1-1, ale dwa następne mecze rozegra na wyjeździe. Niedzielny prawdopodobnie bez trzech maturzystów.


Znicz, który ze względu na błędy popełnione podczas budowy zespołu rozgrywa najgorszy sezon od lat, jest na krawędzi nie tylko spadku, ale rozwiązania klubu. Jeśli zespół zostanie zdegradowany do drugiej ligi, to miasto, zgodnie z przyjętymi założeniami, przestanie fundować stypendia dla koszykarzy, co - wobec faktu, że Znicz od lat nie zainteresował sobą poważnego sponsora - oznacza koniec drużyny.

Dlatego w Pruszkowie jest nerwowo - na trybunach, w klubie, w drużynie. A ta ostatnia w weekend zagrała tak, jak przez cały sezon - miała momenty żenujące, miała solidne, miała też świetne. Skąd tak ogromne wahania formy w ciągu doby? - To jest pytanie, na które odpowiadam przez cały sezon - mówi trener Znicza Michał Spychała. - W niedzielę zobaczyliśmy drużynę ze zwycięskich meczów z Wilkami, Dąbrową czy Kutnem, a w sobotę zespół z porażek z Jaworznem, Poznaniem. Mogę się po zespole spodziewać wszystkiego i to mój największy problem. Dlaczego tak jest - nie potrafię powiedzieć.

Sobotnie spotkanie z Jaworznem - beniaminkiem, który w rundzie zasadniczej miał bilans 4-22 - Znicz rozpoczął od wyniku 2:19. Goście jak szaleni trafiali rzut za rzutem, Patryk Przyborowski w siedem minut zdobył 11 punktów. Nie dlatego, że grali świetnie, ale dlatego, że pruszkowianie fatalnie bronili. Gubili się na zasłonach, nie dobiegali do strzelców, wszystko robili zbyt wolno.

Nie poddali się, zaczęli mozolnie odrabiać straty i za sprawą przede wszystkim 19-letniego Kamila Czosnowskiego (20 punktów w meczu) dogonili rywali. W końcówce czwartej kwarty wyszli na prowadzenie, a w dogrywce - na cztery i pół minuty przed końcem meczu, kiedy "Czosnek" trafił za trzy - prowadzili nawet 64:61. Ale potem stracili 14 punktów z rzędu i przegrali wyraźnie.

Minorowe nastroje w klubie popsuła informacja z niedzielnego południa, którą zamieściłem na Twitterze - o tym, że Michał Wojtyński, rezerwowy skrzydłowy Znicza, na sześć godzin przed szalenie ważnym meczem nr 2, walczy za dwóch w meczu swojej uczelni w półfinałowym turnieju Akademickich Mistrzostw Polski. Choć zawodnicy mają wpisane w kontraktach, że nie mogą grać w innych rozgrywkach bez zgody klubu, Wojtyński nikogo w Pruszkowie o tym nie poinformował.

W klubie zawrzało. Tuż przed niedzielnym meczem doszło do rozmowy na ten temat w szatni, Wojtyński został zawieszony. Siedział na ławce, ale nie był przebrany w strój. Później okazało się też, że Spychała nie skorzystał w meczu z Przemysława Lewandowskiego, który - podobnie jak Wojtyński - jest w fatalnej formie. Obaj zawodnicy od początku marca w sumie trafili ledwie 28 ze 106 rzutów, czyli katastrofalne 26 proc.

- Wojtyński w niedzielę nie zagrał, zawiesiliśmy go na to spotkanie. Co będzie dalej? Zobaczymy. Lewandowski? W sobotę zagrał słabo, zresztą nie po raz pierwszy. Uznałem, że nic nie wniesie do gry. I to wszystko na ten temat - powiedział o sytuacji obu graczy Spychała po drugim spotkaniu.

Spotkaniu, które Znicz pewnie wygrał. Pruszkowianie zaczęli co prawda od wyniku 2:11, ale nawet na początku meczu widać było, że poziom walki i zawziętości w defensywie zdecydowanie przewyższa ten sobotni. Po pierwszej kwarcie było 27:21, po trzech - nawet 67:47. Każdy z zawodników grał dobrze, a najlepsi byli Adam Linowski (18 punktów, siedem zbiórek, cztery asysty), Michał Aleksandrowicz (17, trzy i pięć) oraz Marcin Matuszewski (16, sześć i cztery). Znicz wygrał 77:61.

Dlaczego koszykarze z Pruszkowa nie mogli zagrać w sobotę tak, jak w niedzielę? - Nie wiem, od czego zależą te nasze wahania. Może od koncentracji? - zastanawiał się Aleksandrowicz. - Dzisiaj wszyscy wiedzieliśmy, że mamy nóż na gardle, a na dodatek nie grali Michał Wojtyński i Przemek Lewandowski. Wiedzieliśmy, że musimy to wygrać i tyle. Że to jest nasza ostatnia chwila. Presja zadziałała jak pozytywna motywacja.

Linowski dodawał: - W sobotę osiągnęliśmy szczyt frustracji i dzisiaj powiedzieliśmy sobie w szatni, że to najwyższa pora, by już nie patrzeć na taktykę i grać w kosza. Agresywnie. I tyle. Oczywiście pamiętając o generalnych założeniach, które nakreślił nam trener.

A z czego wynika dół, w który wpadł Znicz w końcówce sezonu? - Różne sytuacje miały na to wpływ. I w klubie, i w drużynie - mówił Linowski. - Kontuzje, także moja, która wybiła mnie z rytmu w ważnym momencie. Czasem doły się zdarzają, nie mogliśmy się zrozumieć na boisku, mieliśmy mnóstwo strat, musieliśmy to przegrać. W końcu skupiliśmy się na sobie, a nie tylko ustawialiśmy pod przeciwnika. Szykując się na grę rywala dostawaliśmy za dużo informacji, czasem to był trochę przerost formy nad treścią.

Jak odmianę tłumaczył Spychała? - Jeśli chodzi o warsztat pracy, nie zrobiliśmy nic. Przed drugim meczem nie mieliśmy nawet wideo, choć miałem je w planie. Ale czułem się źle, bo dowiedziałem się kilku rzeczy o moich zawodnikach i nie byłem w stanie tego zrobić. Byłem zdenerwowany, poirytowany i roztrzęsiony tym, że muszę się zajmować czymś innym niż meczem, który muszę poprowadzić. Odprawa była krótka, dłuższa rozmowa dotyczyła innych problemów - mówił trener.

Czy zgadza się ze słowami Aleksandrowicza i Linowskiego o presji, nożu na gardle, odsunięciu taktyki na dalszy plan? - Zgadzam się z nimi, choć myślę, że doszło też mentalne pobudzenie po rozmowach i decyzjach przed meczem - komentował Spychała. - Już po odprawie widziałem inną energię zespołu i to się przełożyło na grę - liczbą zawodników, którzy rzucali się na parkiet mógłbym obdzielić kilka spotkań. Myślę, że ten wstrząs nam pomógł. A odpuszczenie taktyki? Tak, powiedziałem zawodnikom, że trzeba patrzeć na najprostsze rzeczy. Moje zagrywki są tylko otwarciem do pozycji, pokazuję zawodnikom, gdzie mają przewagi - tłumaczył trener Znicza.

W rywalizacji do trzech zwycięstw przewagę ma Jaworzno, któremu przy wyniku 1-1 wystarczy wygrać w weekend dwa mecze u siebie, by utrzymać się w pierwszej lidze, z Znicz zesłać w niebyt. - Obronimy ligę. Nie ma innej opcji. Utrzymamy się, na pewno - zapewnił Aleksandrowicz. - Mam nadzieję, że już nie wrócimy do Pruszkowa, że będzie 3-1 dla nas - dodał Linowski.

Spychała: - Na mecze w Jaworznie znów przygotuję drużynę, może wymyślę coś nowego, by znaleźć kolejne przewagi. Ale muszę wiedzieć, że jak przez cały tydzień będę szykował drużynę na konkretne rozwiązania, to w meczu to zobaczę. Przed sobotnim meczem pracowaliśmy nad pewnymi rzeczami, ale w meczu ich nie wykonywaliśmy.

Ale Znicz ma przed sobą istotny problem - niedzielny mecz w Jaworznie zaplanowano na 20. Spotkanie skończy się około 22, do Pruszkowa zespół nie wróci przed 2 w nocy. A trójka graczy - Czosnowski, Roman Janik i Tomasz Tarczyk - w poniedziałek rano rozpoczyna egzaminy maturalne. - Nie wiem, co będzie - przyznaje Spychała, który po niedzielnym spotkaniu rozmawiał z trójką graczy, a potem ich rodzicami. - Stanowisko rodziców jest takie, że chłopcy w niedzielę mają nie grać, żeby być gotowi i skoncentrowani na egzamin. Chłopcom zależy i na jednym, i na drugim. Ja to wszystko rozumiem i będę się musiał pogodzić z ich ewentualną absencją.

Znicz będzie wnioskował o zmianę godziny niedzielnego meczu, ale Spychała mówi: - Myślę, że to nie jest sytuacja, w której ktokolwiek będzie chciał o tym rozmawiać. To jest walka o byt, sentymentów nie będzie. Ja też bym ich nie miał - przyznał trener Znicza.

Prawdopodobne rozwiązanie? Znicz odwiesza Wojtyńskiego, w sobotę zespół gra w komplecie licząc na wygraną, a w niedzielę bez maturzystów godząc się z ewentualną porażką i decydujący, piąty mecz w Pruszkowie.

Ale to tylko teoria. Chaos w Zniczu w tym sezonie jest tak wielki, że niczego nie da się ani przewidzieć, ani wykluczyć.