Rzut, przed którym rozbłysły światła. Jak Witold Ziółkowski przeszedł do historii

W środku Witold Ziółkowski. Z lewej - Marek Rudziński, z prawej - J. Cybulski

W środku Witold Ziółkowski. Z lewej - Marek Rudziński, z prawej - J. Cybulski (Wydawnictwo Polonii Warszawa)

Gdy "Ziółek" dopadł do odbitej za połowę piłki, zegar wskazywał 19. minutę i 59. sekundę drugiej połowy. Odwrócił się, rzucił. W momencie, gdy piłka wpadła do kosza, w transmisji telewizyjnej wyświetliły się napisy końcowe. Był 20 października 1984 roku, a Witold Ziółkowski, dając Polonii wygraną z Zastalem, przeszedł do historii.


Były w Polsce rzuty ważniejsze - ten najbardziej znany, to "Rzut Krzykały", ale przecież w 1969 roku kończący karierę Andrzej Pstrokoński trafił w Gdańsku z połowy, dzięki czemu Legia wywalczyła mistrzostwo, w ostatniej sekundzie sezonu 2005/06 Ron Johnson ze Śląska w trafieniem z połowy w Koszalinie zmienił kolejność w tabeli przed play-off, a dwa lata później Anna DeForge z Wisły szaloną trójką z rogu boiska doprowadziła do dogrywki w finałowym meczu nr 7 w Gdyni, którą jej zespół wygrał i zdobył tytuł.

Ale i trafienie Witolda Ziółkowskiego było wyjątkowe. 28-letni wówczas polonista został pierwszym w Polsce koszykarzem, który rzutem z połowy wygrał mecz, kiedy jego drużyna jeszcze momencik przed końcem przegrywała dwoma punktami.

Zastal goli

Sezon 1984/85 był w Polsce wyjątkowy. FIBA wprowadziła rzut za trzy punkty, PZKosz wprowadził play-off, w powiększonej z 10 do 12 drużyn lidze po raz pierwszy w historii było aż czterech beniaminków - Hutnik Kraków, Pogoń Szczecin, Zastal Zielona Góra i Polonia Warszawa.

"Czarne Koszule" balansowały wówczas na granicy pierwszej i drugiej ligi - w siedmiu wcześniejszych sezonach trzykrotnie z elity spadały, ale za każdym razem szybko do niej wracały. Co innego Zastal - dla zielonogórskiej drużyny awans do pierwszej ligi wywalczony w 1984 roku był pierwszym w historii klubu.

Ale ani ligowe doświadczenie Polonii, ani debiutancka świeżość Zastalu nie dały im zwycięstw w pierwszych kolejkach - warszawiacy zaczęli sezon od porażki 73:100 w Szczecinie, w derbach przegrali u siebie z Legią 89:98, ulegli też 89:105 Gwardii we Wrocławiu. Zastal zaczynał z ligowymi mocarzami - na inaugurację przegrał 97:105 z Wisłą, potem uległ 74:105 Zagłębiu w Sosnowcu i nie sprostał Lechowi, przegrywając 97:104. 20 października 1984 roku, w 4. kolejce sezonu, w Warszawie spotkały się więc dwie ostatnie drużyny w tabeli.

- Pamiętam ten mecz doskonale, rozpoczął się o 18, do przerwy przegrywaliśmy siedemnastoma punktami, rywale golili nas tak, że nie wiedzieliśmy, w którą stronę uciekać - wspomina ówczesny trener Polonii, jej były świetny zawodnik Andrzej Nowak. A "Życie Warszawy" o pierwszej połowie pisało potem tak: "Gospodarze grali beznadziejnie. [...] Schodzących na przerwę polonistów żegnały gwizdy, co zdarza się raczej rzadko".

Ale w przerwie zmieniło się wiele.

Polonia goni

- Druga połowa tego meczu była transmitowana w telewizji i kiedy wyszliśmy z szatni, znaleźliśmy się w zupełnie innej scenerii - wspomina Jarosław Posioł, ówczesny rozgrywający Zastalu. - Mała i ciemna hala przy Konwiktorskiej na potrzeby transmisji musiała być odpowiednio doświetlona, pamiętam, że lampy miały taki specyficzny kolor. Ja czułem się jak na scenie teatru, ale chyba nas to sparaliżowało. Światła całkowicie zmieniły perspektywę.

Transmisja telewizyjna z meczu ligowego? W latach 80. nie zdarzało się to często. Na dodatek w tym przypadku dotyczyło to meczu najgorszych drużyn w lidze. Dziennikarz "Życia" przyznawał potem w tekście: "Na ławce prasowej zastanawialiśmy się, co spowodowało jej wizytę na Konwiktorskiej. Grali przecież outsiderzy, tymczasem w poznańskiej Arenie odbywał się mecz na szczycie. Nie wiedzieliśmy jeszcze, co nas czeka". W Poznaniu było ciekawie, broniący tytułu Lech pokonał wicemistrza Wisłę 95:89. Ale i w Warszawie robiło się gorąco.

- Przy Konwiktorskiej zawsze grało się ciężko - opowiada Posioł. - Ludzie stłoczeni na balkonach wisieli nad boiskiem, kilkadziesiąt osób prowadziło głośny doping, była loża szyderców z takimi przedwojennymi wiarusami... Polonia często kryła na całym boisku i tak było też w drugiej połowie tego meczu. Siedli na nas, byli agresywni. A Witek Ziółkowski był przecież mistrzem przechwytów.

Na drugą połowę obie drużyny wyszły przy wyniku 41:24 dla Zastalu, po chwili goście mieli już 19 punktów przewagi. Ale "Czarne Koszule" wzięły się do jej odrabiania. "Życie Warszawy" pogoń Polonii relacjonowało tak: "W ciągu pięciu minut zredukowała prowadzenie gości do siedmiu punktów, w 33. minucie był już remis. "Czarne Koszule" na moment wyszły na prowadzenie, ale 56 sekund przed końcem Zastal znów wygrywał - i to pięcioma punktami".

Wprowadzone do ligi rzuty za trzy sprawiały, że nie była to przewaga wielka. Już w 2. kolejce przekonali się o tym koszykarze Stali Bobrek Bytom, którzy na 26 sekund przed końcem prowadzili z Hutnikiem właśnie różnicą pięciu punktów, ale pozwolili gospodarzom doprowadzić do dogrywki, po której przegrali mecz 68:71. A w Warszawie Polonia miała przecież 30 sekund więcej.

Rzut zwycięski, napisy końcowe

Jak wyglądała końcówka? Na tyle fascynująco, że Krzysztof Bazylow z "Przeglądu Sportowego" opisał ją bardzo dokładnie. Zobaczcie:

"Ostatnie osiemnaście sekund meczu dwóch beniaminków. Goście zdobywają dwa punkty powiększając prowadzenie. Jest 75:71 dla Zastalu. Szansy na sukces gospodarzy prawie nie ma, Czarne Koszule są znane jednak z tego, że łatwo nie rezygnują. Atak Polonii i robi się tylko 73:75, ale przecież do końca zaledwie dziesięć sekund i zielonogórzanie mają piłkę. Trener warszawskiej drużyny, Andrzej Nowak, może krzyknąć tylko jedno - "weźcie na całym". Koszykarze też o tym wiedzą, starają się przeszkadzać rywalom i... udaje im się to! Zdenerwowany Radosław Nowacki, zamiast do partnera, rzuca piłkę w aut. Piłka Polonii i pięć sekund do końca. Jeśli się uda, może być dogrywka, ale czy tylko dogrywka? Zielonogórzanie pieczołowicie pilnują każdego rywala, szczególnie Wojciecha Królika i Witolda Ziółkowskiego. Pilnują tak dokładnie, że polonistom wyprowadzenie piłki zza linii autowej praktycznie się nie udaje. Któryś z zawodników Zastalu skacze wyżej, odbija piłkę do przodu i ta leci - jak się wydaje - do Pawła Wysockiego. Zielonogórzanin lekko trąca ją na połowę Polonii i chce złapać, gdy jak spod ziemi wyrasta Witold Ziółkowski. Kapitan Czarnych Koszul, chyba wiedziony instynktem, zdążył wrócić i przechwycić piłkę w momencie, gdy zegar wskazywał 19. minutę i 59. sekundę drugiej połowy. Na nic nie było już czasu. Można było tylko rzucić zza linii środkowej. I "Ziółek" rzucił. Widzom i zawodnikom wydawało się, że lot trwa bardzo długo, ale po sekundzie halą przy ulicy Konwiktorskiej wstrząsnął okrzyk radości gospodarzy i ich kibiców oraz jęk rozpaczy gości. Czysty kosz, bez odbicia od deski, bez tańca na obręczy".

Radości polonistów widzowie jednak nie zobaczyli. - Jak mój rzut leciał do kosza, to na ekranie były już napisy końcowe - wspomina Ziółkowski. - Po meczu, jak pytano mnie o tę akcję, to mówiłem, że rozegraliśmy ją tak, jak była ustalona, ale oczywiście prawda jest taka, że mój rzut nie wynikał z ustaleń. Mieliśmy podawać do Andrzeja Różyckiego, ale ktoś tam piłkę odbił, ja ją przypadkiem złapałem, odwróciłem się i rzuciłem - opowiada "Ziółek", ówczesny kapitan Polonii, który w tamtym meczu zdobył 12 punktów. 29 rzucił Wojciech Królik, a 21 - Różycki.

"Ziółek" kapitan i nauczyciel

Poloniści wspominają, że Ziółkowski wielokrotnie trafiał z połowy. - No, zdarzało się - przyznaje bohater ostatniej akcji sprzed 30 lat. - Wie pan, byłem rozgrywającym i zwykle miałem piłkę w końcówce. Czy się wygrywało, czy się przegrywało, to się próbowało. Kilka razy mi w lidze wpadło. Pewnie także dlatego, że lubiliśmy sobie urządzać konkursy po treningach.

"Express Wieczorny" w relacji z meczu z Zastalem napisał, że podobny rzut Ziółkowski wykonał kilkanaście dni wcześniej w meczu z Legią. Podobny czyli celny? Tego nie pamięta nawet koszykarz. - Być może trafiłem, ale pewności nie mam - mówi teraz.

Ziółkowski, warszawiak z krwi i kości, w koszykówkę zaczął grać późno - w wieku 15 lat, w jednej ze szkół podstawowych na Saskiej Kępie. - Zachęcał mnie do tego mój kolega Tomasz Stockinger. Trzymaliśmy się wówczas blisko, potem poszliśmy innymi drogami - on do szkoły aktorskiej, ja zmieniłem technikum. Ale lubię przypominać, że to on mnie w pewnym sensie przyciągnął do koszykówki.

W 1976 roku 20-letni Ziółkowski wywalczył z Polonią srebrny medal mistrzostw Polski, a potem pełnił coraz ważniejszą rolę w zespole, który z roku na rok słabł. Gdy kariery zakończyli Wiesław Wypych i Krzysztof Gula, "Ziółek" został kapitanem drużyny.

- Pasował do tej roli, bo zawsze był w porządku wobec wszystkich - wspomina Waldemar Kijanowski, młodszy kolega Ziółkowskiego z Polonii. - Przekazywał pozytywne emocje, a na dodatek był w pewnym sensie nauczycielem. Ja wchodziłem do zespołu, gdy on już był doświadczonym graczem, a on mi pomagał. I nawet jak w końcu zająłem jego pozycję, to nie zmienił podejścia do mnie.

Nowak o Ziółkowskim mówi tak: - Wspaniały człowiek, można powiedzieć - dusza zespołu. Doskonały rozgrywający, o wielkim sercu do gry. Dla niego nie było straconych piłek. Rzucał się na parkiet po każdą. Ale miał też wspaniały przegląd sytuacyjny, wielkie czucie gry. Był zawodnikiem obdarzonym dobrym rzutem, wykonującym na boisku ogromną pracę.

Ziółkowski karierę zakończył w 1991 roku. - Zostałem asystentem Marka Jabłońskiego, a z czasem, w 1995 roku, przejąłem zespół żeński i prowadziłem go do momentu rozwiązania w 2000 roku - wspomina. - Następnie przez rok prowadziłem chłopaków z Legionowa, przez dwa lata dziewczyny z Wołomina, z którymi awansowałem, a potem spadłem z ekstraklasy. Przez pięć lat trenowałem też żeński zespół AZS UW - wylicza trener, który od 2009 roku nie prowadzi już żadnej drużyny.

Jak Polonia spadała

- Radość na boisku, także z kibicami, była duża, ale wielkiego świętowania wygranej nie pamiętam. W skali sezonu to był niewielki dobry moment Polonii - wspomina Ziółkowski. "Czarne Koszule" wygrały wówczas tylko trzy z 22 spotkań, zajęły ostatnie miejsce w tabeli. Szansą na pozostanie w lidze były dla nich wprowadzone razem z play-off mecze o utrzymanie , w których dziewiąty zespół grał z 12., a 10. - z 11.

Los chciał, że Polonia spotkała się w nich z Zastalem, który z bilansem 7-15 zajął dziewiąte miejsce. "Czarne Koszule", jako zespół z niższej pozycji, musiały wygrać trzy mecze, Zastalowi wystarczały dwa. Poloniści walki już nie nawiązali - na wyjeździe przegrali 68:89, a u siebie 82:102.

Po roku, ze świetnym bilansem 19-3, "Czarne Koszule" wróciły do pierwszej ligi, z której... znów spadły. Tym razem koszykarze Nowaka nie wykorzystali przewagi wynikającej z dziewiątej pozycji - poloniści wygrali pierwszy mecz z Pogonią, do pozostania w lidze brakowało im już tylko jednej wygranej, ale zamiast ją wyrwać, przegrali trzy kolejne mecze.

I już do końca kariery Ziółkowskiego grali w drugiej lidze.

PS W archiwach TVP nie ma śladu po taśmach z nagraniem meczu z 20 października 1984 roku.

Komentarze (8)
Rzut, przed którym rozbłysły światła. Jak Witold Ziółkowski przeszedł do historii
Zaloguj się
  • chris73

    Oceniono 12 razy 8

    Oj byłem na tym meczu, wspomnienia zostają na lata :-)

  • Michał Kowalski

    Oceniono 9 razy 5

    oj łza się w oku kręci .... pozdro Ziółek :) i cała reszta z k6!!!

  • bielany40

    Oceniono 7 razy 1

    Mój pierwszy mecz w sali na K6, ten rzut pamietam do dziś!

  • agnes.wawa

    Oceniono 4 razy 0

    Byłam, widziałam:)

  • lokarius

    Oceniono 12 razy -4

    oj wszyscy byliśmy na tym meczu wszystkie miejsca zajete 25tys polonistów
    oj łza się kreci w oku
    i prawym oj i lewym oj

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane