Protest graczy, niespełnione obietnice działaczy. Piłkarze ręczni Warszawianki wycofali się z I ligi

Najlepsza stołeczna drużyna piłkarzy ręcznych wycofała się z I ligi z przyczyn finansowych. Po raz trzeci w ostatnich dwunastu latach.


- Szkoda, bo przez trzy lata dokonaliśmy mnóstwo fajnych rzeczy, na nasze mecze przy Piaseczyńskiej przychodziły setki warszawiaków - mówi Bartek Troński, jeden z najbardziej doświadczonych graczy Warszawianki. Drużyna nie przystąpi do rozgrywek, bo klubowe władze nie zdołały zebrać pieniędzy na pensje piłkarzy. Chodziło o 20 tys. miesięcznie. Średnio - 500 zł dla zawodnika.

W poprzednich sezonach gracze nie dostawali ani grosza. Częściej dokładali do zespołu, zrzucając się na wyjazdy, samodzielnie szukali też sponsorów. Mimo to rok temu awansowali do I ligi (drugi poziom rozgrywek), w ostatnim sezonie zajęli piąte miejsce. W obecnym mieli być jednym z faworytów do awansu do PGNiG Superligi. - O tym, że chcielibyśmy w końcu za grę zobaczyć jakieś pieniądze, rozmawialiśmy z działaczami już w maju - tłumaczy Troński - Nie mieliśmy wielkich żądań, ustaliliśmy, że 20 tys. wystarczy, by nie dokładać do sportu. Prezesi bez kłopotu na to przystali - dodaje 25-letni bramkarz.

Gdy w lipcu drużyna wróciła do treningów, działacze wycofali się jednak z obietnic. - Najgorsze było to, w jaki sposób tę informację przekazano - kontynuuje Troński. - Odpowiedzialny za finanse Jacek Jakubowski wykrzyczał nam, że jesteśmy klubem amatorskim i nie dostaniemy ani grosza. Kiedy próbowaliśmy się z nim kontaktować, rzucał słuchawką.

W trakcie pierwszego letniego treningu zespół naradzał się, co dalej. Grać za darmo zgodziło się czterech piłkarzy. Ale okazali się solidarni z tymi, którzy się nie ugięli. 10 sierpnia zawodnicy oficjalnie zrezygnowali z gry w Warszawiance.

Po decyzji piłkarzy działacze do gry w I lidze próbowali namówić... drugoligowy AZS UW. Chcieli, by oba zespoły połączyły siły i wystartowały. Oczywiście za darmo. Rywale na taki krok się jednak nie zgodzili.

- W pełni rozumiem decyzję zawodników - mówi trener i legenda Warszawianki Tomasz Porzeziński. - Temat nie wyszedł na wierzch wczoraj ani nawet miesiąc temu. W chłopakach to narastało. Grali za darmo trzy lata, dokładali do tego. A kiedy upomnieli się o kilka groszy, zostali potraktowani w sposób arogancki. Gdyby działacze przekazali tę informację w inny sposób, może udałoby się znaleźć kompromis. Ale w takim wypadku nie było o czym mówić.

- Zapisałem się do Warszawianki w 1960 r., naprawdę ciężko posądzać mnie o złą wolę w stosunku do klubu - przekonuje prezes Jacek Zamecznik. - Nie mogę jednak faworyzować jednej drużyny - nawet nie sekcji, bo w piłce ręcznej mamy jeszcze grupy młodzieżowe - kosztem pozostałych. Lekkoatletyka, w której będziemy mieć reprezentantów podczas mistrzostw świata w Pekinie i kandydatów do igrzysk w Rio, kosztuje nas mniej niż drużyna piłkarzy ręcznych. Zaoferowaliśmy chłopakom między 8 a 10 tys. zł miesięcznie, ale się nie zgodzili. W jakimś stopniu ich rozumiem, ubolewam nad tym, co się stało, ale nie mogłem spełnić ich żądań. Ważniejsze jest dla mnie dobro całego klubu.

Co dalej z byłymi zawodnikami Warszawianki? Część z nich znalazła sobie nowe kluby, część całkiem skończyła z piłką ręczną. Po wycofaniu zespołu w Warszawie zostały trzy seniorskie zespoły piłki ręcznej - akademickie AZS UW oraz AZS AWF w drugiej lidze oraz Agrykola w trzeciej.

To trzeci raz w ciągu ostatnich 12 lat, kiedy klub rozpada się z powodów finansowych. Po raz pierwszy Warszawianka wycofała się w 2003 r., sezon po zdobyciu Pucharu Polski oraz srebra mistrzostw Polski (porażka w finale z Orlenem Płock). Wówczas w składzie stołecznej drużyny grali m.in. Sławomir Szmal, Marcin Wichary i Grzegorz Tkaczyk. Kolejny upadek nastąpił trzy lata później. Okoliczności były takie same jak dziś. Reaktywowana drużyna awansowała do I ligi, zajęła trzecie miejsce, była krok od awansu do elity. Na dalsze funkcjonowanie zabrakło jednak pieniędzy.







Więcej o: