Warszawianka, czyli sportowa partyzantka [KOMENTARZ]

Warszawianka - najlepszy stołeczny zespół piłki ręcznej - nie zebrał funduszy, by zgłosić się do gry w I lidze. Poszło o 20 tys. zł miesięcznie. Dlaczego w stolicy nie znalazł się nikt - ani miasto, ani sponsor - kto zechciałby postawić klub na nogi?


O sprawie Warszawianki pisaliśmy we wtorek. Dramatyczną decyzję o wycofaniu drużyny z pierwszoligowych rozgrywek podjęli sami zawodnicy. Mieli dość dokładania do interesu. Przez trzy ostatnie lata grali za darmo, momentami na funkcjonowanie zespołu musieli zrzucać się sami, na własną rękę szukali też sponsorów.

W tym roku zawodnicy upomnieli się o swoje u działaczy. Nie chcieli wiele, na głowę wypadało 500 zł miesięcznie. W sam raz, by kupić benzynę przed meczem wyjazdowym. Klub nie był w stanie zapewnić im nawet tego. Zawodnicy unieśli się honorem i wycofali z ligi. Część z nich być może pogra jeszcze amatorsko, reszta zakończy kariery - transfer z Warszawy, gdzie trzyma ich praca czy szkoła, nie wchodzi w grę.

Czemu nie mogą realizować się w Warszawie? Nie mówimy wszak o grupie amatorów, która sport uprawia rekreacyjnie. Piłkarze ręczni Warszawianki z poziomu amatorskiego przebili się do I ligi, w ostatnim sezonie zajęli w niej piąte miejsce (na 10 drużyn), w kolejnym mieli powalczyć o awans do elitarnej PGNiG Superligi. Na ich mecze przychodziły setki kibiców.

Nie znalazł się jednak nikt, kto wyłożyłby na drużynę parę groszy. Pomóc powinno miasto, ale z władzami Warszawianki jest w sporze - idzie o tereny, na których funkcjonuje klub. Mimo konfliktu miejskie władze powinny znaleźć sposób, by szczypiornistów wesprzeć. Tymczasem przez trzy lata z kasy Warszawy jeden z najbardziej zasłużonych stołecznych klubów nie dostał ani złotówki. Nie pomoże w tym przygotowywana właśnie uchwała, wedle której miasto będzie dotować tylko kluby z najwyższej klasy rozgrywkowej.

Sponsorzy? Teoria o tym, że w Warszawie łatwo o firmę gotową wesprzeć finansowo stołeczny sport, to slogan. Owszem, swoje siedziby ma tutaj mnóstwo mniejszych czy większych firm, ale brak im ambicji, by wspierać lokalne kluby. A może to miasto powinno namawiać je do udzielenia takiego wsparcia?

Owszem, zdarzają się pojedynczy pasjonaci, którzy wykładają własny grosz na sport, ale zamiast być dla urzędników wyrzutem sumienia, to ich sumienie raczej wyciszają.

Ironią losu jest fakt, że Warszawianka wycofała się z powodu kłopotów finansowych już po raz trzeci w ciągu ostatnich dwunastu lat. Historia zatacza więc koło. A przecież piłkarze ręczni nie są jedynym zespołem w Warszawie, który z powodu braku środków może popaść w niebyt. Kolejnym jest siatkarskie Metro. Choć wychowało aż pięciu mistrzów świata, a w tym sezonie dostarczyło grającej w PlusLidze Politechnice połowę składu, dziś desperacko walczy o to, by znaleźć środki na wynajęcie hali.

O ile sport rekreacyjny w Warszawie ma się dobrze, o tyle ten wyczynowy już nie. Prócz będącej na świeczniku Legii reszta walczy o przetrwanie. Część, jak Gwardia czy Okęcie, tę walkę przegrała - te kluby musiały zlikwidować część sekcji. Inni uprawiają smutną partyzantkę.