Dirt Hunter nad Zalewem Zegrzyńskim, czyli jak dziennikarz Warszawa.sport.pl został Łowcą Brudu

Michał Szaflarski (na pierwszym planie) w akcji podczas Dirt Hunter

Michał Szaflarski (na pierwszym planie) w akcji podczas Dirt Hunter (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

- Nie było płonących beczek ani rzutu dzidą do celu, ale po niedzielnym Dirt Hunter, biegu z przeszkodami nad Zalewem Zegrzyńskim, można zarazić się ekstremalnym bieganiem - pisze Michał Szaflarski z Warszawa.sport.pl, uczestnik niedzielnego biegu.
Zaintrygowało mnie hasło "Prawdopodobnie najbardziej ekstremalne 5 km w Twoim życiu". Organizatorzy Dirt Hunter zapowiadali bieg po lesie, plaży, dnie jeziora z mnóstwem przeszkód. Szukając informacji do napisania artykułu o imprezie wspomniałem, w rozmowie z Adamem Sułowskim, który ją organizował, że chciałbym zobaczyć taki bieg z bliska. Chwilę później w skrzynce mailowej miałem zaproszenie z pakietem startowym. "A, raz kozie śmierć. Spróbuję" - pomyślałem.

Wkopałem się

Na przygotowania nie było zbyt wiele czasu. Musiało wystarczyć to, co robię na co dzień - granie w piłkę z kumplami, rowerowe dojazdy do pracy, nieregularne bieganie po parku. Choć w tygodniu poprzedzającym start dodałem jeszcze pływanie.

Ale, że ostatni raz zorganizowanym w biegu brałem udział jak miałem 12 lat, czyli wieki temu, to dzień przed startem ogarnęły mnie wątpliwości. Czy dam radę pokonać wszystkie przeszkody i ukończyć bieg? "Wkopałem się" - pomyślałem. Ale odwrotu nie było.

W niedzielę rano jadę autobusem z Warszawy do Białobrzegów z dwiema kibickami, które mają mnie podnosić na duchu. Okazuje się, że autobus dojeżdża tylko do centrum, kolejne trzy kilometry do ośrodka Promenada w Rynii nad zalewem Zegrzyńskim trzeba przejść na piechotę. Dołącza do nas dziewczyna, która chodzi do klasy maturalnej i trenuje wioślarstwo w WTW. Również chce się sprawdzić w Dirt Hunter.

- Chcemy, żeby bieganie nie było nudne, dlatego urozmaiciliśmy trasę, przygotowaliśmy sporo przeszkód, żeby wszyscy dobrze się bawili - zapowiada na starcie Sułowski. Ja nie patrzę na przeszkody, staram się nie myśleć o tym, że będzie trudno, że nie dam rady. Chcę iść na żywioł i dać z siebie wszystko. Mój cel: nie zająć ostatniego miejsca.

Frajda? Tak, ale i rywalizacja

Na starcie stoję obok Pawła Januszewskiego, mistrza Europy na 400 metrów przez płotki z 1998 roku, który radzi mi, żebym na początku biegł szybko, bo potem i tak można odpocząć w kolejkach przed przeszkodami. Sygnał do startu daje Jerzy Górski, mistrz świata w podwójnym Ironmanie z 1990 roku, który też biegnie z nami. Towarzystwo doborowe.

Wąską leśną ścieżką próbuję przecisnąć się do przodu. Wbiegam na plażę, pokonuję dwa rowy z wodą i nagle widzę, że trasa skręca w jezioro! Biegnę po kolana w wodzie, wypadam na brzeg i znów do wody, tym razem prawie po pas. Mimo że buty mam ciężkie i nasączone wodą, po piasku biegnie mi się bardzo dobrze, wyprzedzam kolejnych zawodników.

Chcę się ścigać, rywalizować, choć przypominam sobie, że organizatorzy reklamowali Dirt Hunter jako bieg, gdzie nie liczy się czas, należy mieć frajdę z biegania, a na trasie powinno się pomagać osobom, które mają problem z pokonaniem trasy. No, ale jak tu nie walczyć o miejsce, o wynik? Człowiek niby zmaga się przede wszystkim z samym sobą, ale nie chce też zostać wyprzedzony.

Minęło półtora kilometra, zbliżam się do polanki, na której ustawiono kilka sztucznych przeszkód - drewniane ścianki, pajęcze sieci z lin i tym podobne. Bałem się ich najbardziej, ale okazuje się, że takim problemem nie są, wyprzedzam kilka osób. Przeskakuję kolejną ściankę i docieram na "bagna". Tu rzeczywiście trzeba czekać w kolejce, bo przeprawa na linach przez bajoro trwa długo. Opracowuję szybko technikę pokonywania bagienka na dwóch linach, odpoczywam w kolejce i biegnę dalej.

Zaczyna się dłuższy odcinek bez przeszkód. Zaczynam słabnąć. Czuję, że brakuje mi wybiegania, daję się wyprzedzać. Trasa zaczyna się dłużyć, każdy krok przychodzi z trudem, mam wyraźny kryzys. Kiedy słyszę na trasie, że został ostatni kilometr próbuję się zebrać do ostatniego wysiłku. Przypominam sobie to, co zrobił Dawid Hajok, dziennikarz z krakowskiego oddziału "Gazety" - w sobotę przebiegł 100 kilometrów w górskim ultramaratonie w niecałe 15 godzin. Przypominam i biegnę dalej.

Długimi susami pokonuję ustawione na trasie pnie drzew. Pomimo ogromnego zmęczenia daję radę przejść suchą stopą po belkach w kolejnym bajorku. Jestem z siebie dumny, ale gdzie jest ta meta?!

Będzie bardziej ekstremalnie

Słyszę z oddali głos spikera, nagle pojawiają się dwa ostatnie zakręty, ale nie mam siły finiszować. Wbiegam na metę trochę oszołomiony, ale i zdziwiony, że to już koniec. Dostaję medal za ukończenie biegu. Patrzę na zegar na mecie: mój czas to ponad 20 minut. Za mną przybiegają kolejni zawodnicy. Jestem ogromnie zmęczony, ale nie jest źle.

Piję wodę, wyrównuję oddech i podchodzę do Januszewskiego, który przybiegł około dwie minuty przede mną (najlepszy wynik w naszym biegu to 14.37 minuty). Ten opowiada, że sprzęt do biegania wozi zawsze ze sobą w bagażniku i jak tylko dowiaduje się o jakimś biegu, to bierze udział. O Dirt Hunter dowiedział się kilka dni wcześniej i wziął w nim udział z marszu.

Januszewski, który na co dzień biega w maratonach, półmaratonach i zaliczył też Cross Straceńców, podobny bieg z przeszkodami, mówi: - Strach przed dystansem, przed nieznanym, jest tylko w naszej głowie. Bardziej boimy się tego niż ograniczeń naszego organizmu - tłumaczy, komentując mój kryzys na trasie.

Okazuje się, że znajoma wioślarka zajmuje pierwsze miejsce w kategorii kobiet! Miała lepszy czas ode mnie o ponad półtorej minuty. Niektórzy zawodnicy na mecie narzekają, że dystans był krótszy niż pięć kilometrów i trasa była za mało ekstremalna. - Zrezygnowaliśmy ze względów bezpieczeństwa z kilku przeszkód. Nie było między innymi płonących beczek i rzutu dzidą do celu - tłumaczy Sułowski, który już zapowiada kolejną edycję Dirt Hunter i kilka podobnych biegów w przyszłym roku, w tym nad brzegiem Wisły w Warszawie, i to na dłuższych dystansach i z bardziej ekstremalnymi przeszkodami.

Nie mogę się doczekać!

Komentarze (1)
Dirt Hunter nad Zalewem Zegrzyńskim, czyli jak dziennikarz Warszawa.sport.pl został Łowcą Brudu
Zaloguj się
  • pesartur

    0

    Witam.

    Ciekawa relacja i fajne zdjęcia :) Też byłem na tym biegu i jestem nawet na tym zdjęciu jak przeskakujemy rów na plaży. I mam pytanie czy da rade jakoś otrzymać te zdjęcie na maila ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX